Piętnasta edycja Nowych Horyzontów osiągnęła półmetek. Na innych festiwalach mógłby to być moment, w którym zaczyna się typowanie kandydatów do nagród, jednak wrocławska impreza rządzi się nieco innymi prawami. Tutaj przeważają coraz częściej słyszane rozmowy zachęcające (lub zniechęcające) do obejrzenia tego czy innego filmu i skłaniające do przemyślenia osobistego harmonogramu projekcji.

Poza kilkunastoma pewniakami program składa się z dziesiątek wielkich niewiadomych – zaliczenie wszystkich nowohoryzontowych rewelacji przy jednoczesnym ominięciu tych bardziej wątpliwych pozycji jest nieosiągalnym ideałem, do którego dąży większość uczestników festiwalu. W nieustannym rewidowaniu codziennych wyborów pomaga fakt, że niemal wszystkie projekcje odbywają się w jednym budynku – nie sposób chociaż kilka razy dziennie nie spotkać kogoś znajomego (albo poznanego już na miejscu, bo Nowe Horyzonty to idealne miejsce do rozpoczynania długoletnich filmowych znajomości), kto spróbuje przekonać nas, że pokazywany w ramach Nocnego Szaleństwa horror to lepszy pomysł na spędzenie wieczoru niż kolejny kontemplacyjny tytuł z retrospektywy Sharunasa Bartasa. Nieco kłopotów sprawiła wczorajsza awaria systemu rezerwacji, ale widocznie nawet najlepiej zorganizowana impreza nie może obyć się bez drobnych wpadek. Sytuację udało się opanować (choć system ruszył o innej godzinie dla każdego uczestnika, wobec czego część miejsc przypadła szczęśliwcom, którzy akurat znajdowali się przy komputerach) i festiwal wraca do normalnego życia, jednak wiele osób zmuszonych zostało do nieplanowanych zmian – kto wie, może poskutkują one nieoczekiwanym filmowym odkryciem.

Koronczarka

Mnogość filmów i sekcji, jakie przygotowali organizatorzy tegorocznych Nowych Horyzontów, to w przypadku tak dużych imprez rzecz dość oczywista. Teoretycznie „każdy znajdzie tu coś dla siebie” – zarówno hardkorowi miłośnicy nowohoryzontowego konkursu, jak i fani mainstreamowego kina artystycznego, którzy zrobią wszystko, by obejrzeć najnowsze propozycje Hirokazu Koreedy i Gaspara Noego tygodnie czy miesiące przed ich kinową premierą. Wydaje się jednak, że zdecydowana większość widzów wybiera opcję kompromisową, próbując uszczknąć choć trochę z każdej sekcji programu. W takim wypadku ciekawą strategią (i zarazem mechanizmem obronnym pozwalającym uniknąć snu podczas nawet podczas najnudniejszych seansów) może być wyszukiwanie nieoczekiwanych powiązań czy połączeń między filmami wywodzącym się niekiedy z zupełnie różnych światów. Moim faworytem są dwie niemal identyczne sceny składania prześcieradła, pochodzące z „Koronczarki” z 1977 roku (projekcja dzieła Claude’a Goretty połączona była z ceremonią wręczenia nagród XIX Konkursu o nagrodę im. Krzysztofa Mętraka) oraz premierowego, pokazywanego w ramach Panoramy „Mustanga” Deniza Gamze Ergüvena, ciepło przyjętego w Cannes oraz Karlowych Warach. Możliwych do wyłapania podobieństw są jednak całe setki – i to nie tylko fabularnych, ale również formalnych, takich jak chociażby eksperymenty z formatem obrazu (1:1 w pokazywanej w sekcji Sezon 2014/2015 „Mamie” Xaviera Dolana oraz okrąg w konkursowym „Lucyferze” Gusta van der Berghe).

Tego rodzaju pokrewieństwa nie zawsze są jednak czystymi zbiegami okoliczności, mogą bowiem świadczyć o pewnych szerszych zjawiskach i tematach, jakie leżą na sercu twórcom pochodzącym z różnych miejsc świata. Ciekawie w tym kontekście wypada porównanie „Nikt nie chciał umierać” z 1966 roku – litewskiego klasyka opowiedzianego w konwencji zbliżonej do westernu – oraz „Z tego, co było, po tym, co było”, nowego, trwającego pięć i pół godziny dzieła kultowego w nowohoryzontowych kręgach Filipińczyka Lava Diaza. Choć ich produkcję dzieli niemal pół wieku, to obydwa opowiadają w gruncie rzeczy o tym samym: o wielkiej historii wkraczającej w spokojne życie małej wiejskiej społeczności. W przypadku „Nikt nie chciał umierać” już w pierwszej scenie zostajemy wrzuceni w centrum politycznych zawirowań: gdy ustanowiony przez sowieckie władze naczelnik miasteczka zostaje zamordowany, do wioski powracają jego czterej synowie, by pomóc w ustanowieniu porządku w rejonie terroryzowanym przez nacjonalistyczną partyzantkę. Film Vytautasa Žalakevičiusa jest rzecz jasna opowiedziany z punktu widzenia komunistycznej władzy, która nominalnie stoi po stronie „dobra”, ale nie jest bynajmniej ideologiczną agitką. Reżyser stara się ważyć racje, udowadniając, że za chaos i terror odpowiedzialne są obie strony konfliktu. Zgodnie z tytułem żaden z mieszkańców wioski nie chce umierać (a tym bardziej zabijać) w bratobójczej wojnie, która nikomu nie przynosi korzyści. Sytuacja polityczna zmusza jednak do opowiedzenia się po jednej ze stron i walki wbrew swoim interesom. Z kolei nakręcone w zgodzie z neomodernistycznym paradygmatem i wymagające nie tyle zwiększonej uwagi, co po prostu ogromnej cierpliwości „Z tego, co było, po tym, co było” osadzone jest w czasach reżimu Ferdinanda Marcosa, pokazując odchodzący do historii świat filipińskiej prowincji. Przez przeszło 330 minut projekcji (na sali trudno było dojrzeć kogokolwiek, kto nie byłby na tę ewentualność zaopatrzony w kubek kawy) obserwujemy powolny rozkład relacji między mieszkańcami miasteczka – ich sposób życia, ściśle związany z naturą i ukształtowany na przestrzeni setek lat, nie ma szans w starciu z nowym porządkiem, którego symbolem są mundury młodych żołnierzy stacjonujących w wiosce. Kontekst historyczny, choć istotny, nie wydaje się jednak niezbędny do właściwego odbioru filmu Diaza – więcej w nim refleksji nad przemijaniem i przemianami cywilizacyjnymi, aniżeli stricte politycznej krytyki.

Z tego, co było, po tym, co było

Czy warto jednak poświęcać aż tyle czasu na film, który toczy się niespiesznym rytmem, a jego treść mogłaby zostać równie dobrze opowiedziana w dwukrotnie krótszym czasie? Najwięksi festiwalowi wyjadacze nie mają wątpliwości, że tak – nawet jeśli ich opinia o danym tytule okaże się ostatecznie krytyczna. Nowe Horyzonty to nie tylko święto artystycznego kina, ale też miejsce, w którym wręcz wypada pozwolić sobie na błędy i choć raz poddać się chwilowym emocjom. Dzięki licznie rozmieszczonym w holu kina komputerom w każdej chwili można zrezygnować z dotychczasowych planów, by zmierzyć się z kolejną pozycją z Konkursu Głównego, ewentualnie dać jeszcze jedną szansę bohaterowi którejś z retrospektyw. Największe hity imprezy – przeboje z Cannes czy nowe dzieła uznanych reżyserów – w znakomitej większości prędzej czy później pojawią się w regularnej dystrybucji. Warto odłożyć część z nich na później, bo satysfakcja z odkrycia niespodziewanej perełki, przełamania filmowych uprzedzeń lub zobaczenia na dużym ekranie takiego arcydzieła, jak np. odświeżony cyfrowo „Lampart” Luchino Viscontiego, może być czymś, co zapamiętamy na długie lata.

Marcin Sarna

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *