Osiągnęliśmy wielki sukces, tegoroczna, czwarta edycja festiwalu SpaceFest! została po raz pierwszy wyprzedana! Gdy te słowa padły z ust Anny Szynwelskiej na otwarcie tegorocznego SpaceFest!, zrobiło się jakoś ciepło na sercu. Wciąż młoda impreza, niszowa muzyka, a tu proszę – jest pierwszy sold out.

Konsekwencja, z jaką organizatorzy – Karol Schwarz i Anna Szynwelska – podążają drogą obraną podczas pierwszej edycji, jest godna podziwu i naśladowania. Gatunki, które wybrali jako fundament swojego festiwalu, nie są przecież ani specjalnie „medialne”, ani łatwe w odbiorze. Dlatego kiedy organizatorzy wspominali pierwszy fest słowami Liczyliśmy wtedy na nie więcej niż piętnaście osób na sali, pojawił mi się w głowie obraz tego, jak prawidłowo rozwijać festiwal w Polsce. Niektóre padają po roku, bo organizatorzy chcą za dużo (i za szybko) zarobić. Inne zapraszają gwiazdy, z którymi nie są w stanie sobie poradzić. A SpaceFest! działa perfekcyjnie. Jest atrakcyjny cenowo, przekrojowy artystycznie i do tego odbywa się w idealnym dla niego miejscu.

Pod względem doboru artystów była to najmocniejsza edycja. Spójrzmy zresztą na gwiazdy. Piątek to retrorockowe, kosmiczne i odjechane Death Hawks, a sobota – klasyczny, pełen tekstur, głośny shoegaze w wykonaniu brytyjskiego duetu The KVB. Pierwsi, przez problemy na gdańskim lotnisku, dotarli lekko spóźnieni, lecz warto było chwilę poczekać. Zagrali fantastyczny set, pełen improwizacji, magicznych momentów i odlotów, na które fani space’a czekali. Z kolei The KVB nakładali jedną gitarową teksturę na drugą, a do tego dochodziły kosmiczne odgłosy z syntezatora Kat Day, co budowało niesamowitą ścianę dźwięku. Momentami, kiedy Day machała głową nad swoim syntezatorem, a Wood wyginał się i walczył z gitarą, jawili mi się jako jakaś niesamowita shoegaze’owa wariacja na temat The White Stripes. Zaskakujące wrażenie.

Ale SpaceFest! to nie tylko wielkie nazwy. Otwierający pierwszy dzień 3moonboys – skład z Bydgoszczy – został wyłoniony w konkursie Zagraj na SpaceFest!, który trwał od sierpnia. Podobnie pochodzący z Ornety The Enters. Oba składy zaprezentowały słuchaczom swoje podejście do shoegaze – każdy na swój sposób. Pierwsi jego stronę przestrzenną, bardziej rozmarzoną, między innymi za sprawą głosu Wojtka Kotwickiego. Jednak rytmicznie również było przepięknie – dwa zestawy perkusyjne plus Rickebacker, na którym szalał Piotr Michalski, stworzyły niesamowite wrażenie. The Enters z kolei mocno, głośno i w punkt. Krótkie kompozycje, niesamowicie energetyczne, czasami wręcz agresywne, nie pozostawiły nikogo obojętnym. Na koniec wciągnęli wszystkich w trans tłukąc dwa dźwięki basu przez ponad dziesięć minut, kiedy w tle perkusja zagrywała coraz mocniejsze akcenty, a Andrzej Bulik położył się z gitarą przy swoim pedalboardzie i wydobywał z niego coraz bardziej odjechane brzmienia.

Fani elektronicznego podejścia do dźwięków kosmosu mieli swoją ucztę pierwszego dnia, za sprawą dwóch artystów. Pierwsi to 2kilos &More wspierani przez mistrza słowa mówionego Black Sifichi, zaś drugim wyczekiwanym muzykiem był Silver Apples – legenda eksperymentalnej elektroniki, obecnie tylko w osobie Simeona Coxe’a. 2kilos &More zaskoczyli mnie świetnym patentem. Z przodu sceny rozstawili stelaż, na którym rozciągnięty był przezroczysty czarny materiał. Dzięki temu wizualizacje (swoją drogą – bardzo niespokojne) mogliśmy podziwiać tak przed muzykami, jak i za nimi. Panowie grali niespokojny ambient przeplatany postrockowym brzmieniem gitary (tak, żywej!) oraz opowieściami snutymi przez Black Sifichi. Soczyste basy, mocne przejścia między poszczególnymi tematami oraz słowo mówione – wszystko to trochę straszne. Nie moja para kaloszy, więc tak to zostawmy. Z kolei Silver Apples bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Na scenę wszedł prawie 80-letni Simeon w kapeluszu kowbojskim, stanął za biurkiem zagraconym kostkami efektów, własnej produkcji syntezatorem oraz innej maści looperami i dał taki show, że wypadłem z butów. Śpiewał, lewą ręką wbijał sample, prawą kręcił gałkami oscylatora, zmieniał bity w looperze – coś nieprawdopodobnego. Wyglądał jak szalony naukowiec albo alchemik, z tym, że ten czarodziej wiedział, co z czym wymieszać, by stworzyć na sali regularny rave. 76 lat! Czapki z głów.

Wspomnieć też należy o brytyjskim trio The Oscillation grającym hipnotyzującego krautrocka ze świetną grą perkusyjną Valentiny Magaletti – niesamowity feeling, transowe tempa oraz mnóstwo oryginalnych zagrywek na blaszkach. Perkusyjnie gorzej wypadli Tales of Murder and Dustotwierający drugi dzień festiwalu. Szkoda, bo tworzyli skomplikowane, piękne kompozycje, jednak momentami budowali napięcie, które zdawało się do niczego nie dążyć, co było bardzo frustrujące. Ktoś z publiczności krzyknął nawet Więcej czadu!, ale zespół konsekwentnie robił swoje. Mimo wszystko będę miał na nich oko, gdyż mają dobry pomysł na muzykę.

Na głównej scenie pojawili się też Pure Phase Ensemble, czyli sztandarowy twór SpaceFest! Zespół złożony z siedmiu osób – między innymi Marka Gardenera, Raya Dickaty czy organizatora Karola Schwarza – zafundował nam eteryczną podróż przez dźwięki trzech gitar, basu, samplera, klawiszy, gitary basowej i saksofonu. Brzmi potężnie? Tak było. Kiedy jeszcze dowiedziałem się, że ci ludzie poznali się zaledwie cztery dni wcześniej – wielki szacunek.

Nie zapominajmy o scenie Cafe. Tam pojawił się przecież chłopak z plakatu festiwalu – Snowid. Zamieszanie wywołał już pierwszego dnia, kiedy stanął w drzwiach Żaka, co nie może dziwić, gdyż jego podobizny były na programach, plakatach, ulotkach i pocztówkach. Karol Schwarz wpadł nawet na pomysł stworzenia „ścianki” z plakatem festiwalu, z wyciętym otworem na głowę, dzięki czemu każdy mógł poczuć się jak Głos Lasu. Na scenie Cafe krótki set zagrał też Rara, czyli Robert Skonieczny – ostatni z artystów wybranych w ramach konkursu SpaceFest! Obaj wykonawcy rozbujali kawiarnię Żaka do granic możliwości.

A propos Żaka – obsługa klubu wykonała fantastyczną pracę. Od szatni, przez przemiłych barmanów, aż po akustyków i inżynierów dźwięku. Na obecną chwilę nie wyobrażam sobie lepszego miejsca na SpaceFest! Był to jeden z lepiej zorganizowanych festiwali, na jakich byłem – nie udałoby się to, gdyby nie Żak.

Anna, Karol – zaryzykowaliście i udało się. Stworzyliście ciekawy i bardzo oryginalny festiwal, który już po czterech latach ma wyraźne miejsce na muzycznej mapie Trójmiasta. Oczywiście nie znaczy to, że teraz będzie z górki – wręcz przeciwnie. Poprzeczkę zawieszacie z każdym rokiem coraz wyżej. Jeśli uda się utrzymać taki poziom, jak w tym roku, to czeka Was przesiadka na większy lokal. Z jednej strony szkoda, z drugiej – tego Wam życzę.

Patryk Pomichowski

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.