Jaffe Zinn to indie człowiek renesansu: rysuje ilustracje, gra w zespole Folded Light, pisze scenariusze, kręci i edytuje filmy. Trochę z niego Zosia samosia, ale właśnie to sprawia, że debiutancka „Magiczna dolina” ma w sobie bardzo osobisty rys, który dodaje delikatności mrocznej fabule i realistycznym zdjęciom. W ten sposób powstał wciągający portret społeczności małego miasteczka gdzieś w Idaho, której życie odmieni wkrótce jedno wydarzenie. Czasami warto sprawdzić co słychać w niezależnym kinie amerykańskim.

Na tle stawu pełnego pływających do góry brzuchem ryb pojawia się dekoracyjny napis „Magic Valley”. Ten jeden kadr zawiera w sobie atmosferę całego filmu. Odrażający realizm zdjęć połączony z surrealistyczną baśniowością krajobrazu, subtelność i tragizm, niewinność i śmierć. Już sam tytuł ma w sobie coś przewrotnego. Chociaż to rzeczywista nazwa rejonu w Idaho, to jest pełna ironii. W tej zapomnianej mieścinie raczej nie ma nic magicznego.

Nad Buhl znowu wschodzi słońce i wstaje kolejny dzień. Kadry ociekające światłem wczesnego poranka pokazują zaśmiecone podwórza farm i równe trawniki przedmieścia. Przeskakując między krótkimi ujęciami, poznajemy mieszkańców miasteczka. Dla Jerry’ego, który jest właścicielem pobliskich stawów, ten dzień zaczął się bardzo źle. Oczywiście nie wie jeszcze, że będzie tylko gorzej. Jego żona również nic nie przeczuwa – jest zbyt zaaferowana psem, którego wiezie do weterynarza. Sygnały ignoruje nawet szeryf – twardziel starej daty, który na tym terenie sam ustala prawo. Młodzież jest zbyt zajęta choking game. Nikt nie zauważa zaginięcia Susan, aż do momentu, gdy jedno z dzieci potyka się o jej martwe ciało.

No i jest jeszcze TJ, nastolatek, którego wyraźnie coś trapi. Grany przez Kyle’a Gallnera, którego doświadczenie z horrorów i smutne oczy sprawiają, że idealnie pasuje do roli chłopaka skrywającego mroczną tajemnicę. W charakterystycznej błękitnej bluzie przemierza na deskorolce smutne przedmieścia. Poczucie winy chwyta go za gardło tak, jak jego przyjaciele chwytają się nawzajem, by podczas niebezpiecznej zabawy w podduszanie przeżyć chwilę euforii. Od razu przypomina mi się „Paranoid Park”.

Wszystko trwa mniej niż dobę. Kilka postaci i epizodów, które luźno łączy zaginiona dziewczyna. Reżyser opowiada nam historię w kawałkach, lecz po chwili zarysowują się bardzo wyraźni bohaterowie. Łatwo też domyślić się wszystkiego już na początku. Poziom trudności jak w puzzlach dla dzieci od 5 do 12 roku życia. Ale nie chodzi tu o rozwiązywanie zagadki. Niepokój buduje zupełnie coś innego: silny emocjonalny ładunek zdarzenia i świadomość, że wiemy to, czego bohaterowie jeszcze się nie domyślają. Poczucie powolnego zbliżania się do nieuchronnego finału. Dreszcz wywołuje również absurdalność sytuacji i przedziwna mentalność mieszkańców tej okolicy. Zinn, który naprawdę wychował się w Buhl, przekonuje, że nie są oni przekoloryzowani. Zastanawiam się, co mieliby do powiedzenia na ten temat rzeczywiści mieszkańcy miasteczka, gdyby zobaczyli jego film.

Co w nich dziwnego? Chociażby osobliwe dzieci, które kręcąc film dla skautów, wrzucają martwe ryby do kosiarki. Albo dwaj bracia, którzy znaleźli ciało Susan i dotykają go bez lęku. Traktują nawet jako kolejny pretekst do zabawy i postanawiają ją pochować. Co, jak się okazuje, nie jest takie proste. To nie jest nawet okrucieństwo, to obojętność. Zderzenie dzieci i śmierci zawsze bywa przerażające. Zwłaszcza zrealizowane przy pomocy tak naturalistycznych zdjęć autorstwa Seana Kirby. Jednak już po chwili kadry wypełniają zachwycające widoki z prawie bajkowym światłem i można mieć wrażenie, że w tej dolinie jednak jest coś magicznego.

Ale nawet wtedy czuć w powietrzu słodki zapach rozkładu.

Anna Ślusareńka

„Magiczna dolina„

reżyseria: Jaffe Zinn

premiera: 31 października 2011

produkcja: USA

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.