Kiedy nie imprezują i nie słuchają namiętnie płyty „The Downward Spiral” (chyba nie trzeba mówić, czyjej), oglądają dziwne filmy. Przed wami rekomendacje BWR!, które zapamiętacie na całe życie.

 

DJ Satan aka DJ Homeless Goth:

David Lynch – „Eraserhead” (1977)

Zaczynam od klasyka. Pierwsza pełnometrażówka Lyncha to schizofreniczno-surrealistyczny wjazd do zwichrowanej głowy niekoniecznie normalnego człowieka. Bo Lynch nie jest normalny. Nigdy nie był. Jeśli ktoś chciałby polemizować, zapraszam do obejrzenia tego filmu. Nic już potem niebędzie takie samo. Film przyciężkawy i niepokojący niczym zapomniana trauma z dzieciństwa. Odrażający w swojej niesamowitości. Przepiękny w swoim brudzie. Jest niczym koszmar senny, z którego nie chcesz się wcale obudzić… Zdecydowanie odradzam oglądanie go na kwasie lub DMT. Bad Trip murowany. Jeśli ktoś ma problemy ze snem nie polecam także słuchanie ścieżki dźwiękowej z tego filmu – dwa około 20-minutowe kawałki, w których słychać industrialne szumy i trzaski, pomieszane z samplami z filmu w rodzaju płaczu dziecka i kawałkami dialogów, to zdecydowanie nie jest muzyka, przy której łatwo zasnąć. Na koniec naszych imprez puszczamy zawsze „In Heaven (Lady In The Radiator Song)”. Po tym nie ma już nic.

Jonas Åkerlund – „Spun” (2002)

Film o totalnych degeneratach i wykolejeńcach. Bohaterowie to żałośni frustraci, momentami odrażający, to znów budzący współczucie. Właśnie dlatego są tak cholernie fascynujący. Każdy bohater w tym filmie jest lepszy od drugiego, a wszystkich łączy właściwie jedno: pociąg do amfetaminy. Niektórzy twierdzą, że ten film jest nieudaną podróbką „Requiem dla snu”. Nie ma nic bardziej mylnego. Te dwa filmy dzieli dosłownie wszystko. Sama historia, muzyka, sposób kręcenia – „Spun” jest pod tym względem mistrzowsko wyreżyserowany. Jonas Akerlund w końcu szkolił się przez wiele lat kręcąc klipy i to widać. Film amerykański do bólu ze wszystkimi tego zaletami i wadami. W sumie zastanawiające, że Szwed z pochodzenia kręci film tak na wskroś amerykański, który jednocześnie depcze i niszczy slogan amerykańskiego snu. Nigdy nie zapomnę oglądania tego filmupo raz pierwszy. Nie mogłem oderwać oczu od ekranu, a po ostatniej scenie siedziałem jak wryty przez długi czas. 10/10!

Shinya Tsukamoto – „Tetsuo – Człowiek z żelaza” (1989)

Jedna z największych inspiracji. Czarno-biały obraz, który nie pozostawia wątpliwości że Azjaci to najbardziej p**********a rasa na świecie. Film, który udaje teledysk i teledysk, który udaje film. Muzyka przejeżdża przez uszy widza industrialnym walcem, niszcząc głowę szuraniem, trzaskami, uderzaniem w rury i kto wie, czym jeszcze. Industrial w najczystszej postaci, zmontowany tak, że czapki z głów. Nie polecam na pierwszą randkę, chyba że twoja wybranka gustuje w podobnych dziełach. Jeśli nie to po tym seansie zapomnij o dotarciu chociażby do pierwszej bazy, Romeo.

Sam Raimi – „Evil Dead II” (1987)

Jeśli nie znasz tego filmu to nie znasz życia. Współczuję zatem – ominęło Cię coś naprawdę zajebistego. Ten film to trash nad trashem i jest tak niewyobrażalnie głupi, że aż piękny. Pierwszy raz go obejrzałem, gdy miałem jakieś 8-9 lat i autentycznie robiłem w gacie ze strachu. Teraz po latach to nie do pomyślenia – oglądając to dzisiaj, można co najwyżej pęknąć ze śmiechu. No ale na młody umysł podziałało to zupełnie inaczej. Miałem interesujące koszmary przez kilka miesięcy z bohaterami tegoż dzieła, ale to nie przeszkodziło mi wymykać się w nocy z pokoju w piątkowe wieczory i gdy rodzice już spali, odpalać horrory na „jedynce” i oglądać je z nieskrywaną fascynacją w oczach. Jednak „Evil Dead II” jest właśnie tym filmem, który w pewnym sensie mnie „naznaczył” na resztę życia i pokierował moje fascynacje w dobre strony. Pewnie dlatego dziś wychodzę na scenę w masce i walę głową w pustego kega aż krew zalewa mi oczy albo tnę puszki szlifierką kątową w rytm hardkorowej muzyki. Ktoś ma numer do dobrego psychologa?

Christopher Nolan – „Memento” (2000)

Prawdopodobnie najpiękniejszy film świata. Można go oglądać tyle razy i z każdym kolejnym seansem okrywać nowe „smaczki”. Możliwe jest oglądanie go od tyłu, właściwie wtedy dopiero historia robi się nieco bardziej przejrzysta. Mam słabość do tego filmu. I do postaci Leonarda. Możliwe, że dlatego, iż mam całkiem podobną przypadłość. Też mam słabą pamięć, może nie aż tak jak on, ale coś w tym jest. Pamiętam prawie całe swoje dzieciństwo oraz kilka lat wprzód, ale rzeczy typu: co robiłem wczorajszego dnia, co było
wtedy na obiad, albo ważniejsze rzeczy jak mój numer telefonu, który jest ten sam od trzech lat lub pin do karty – te drobiazgi właśnie trafiają wprost do czarnej dziury w mojej głowie, skąd nie potrafię już ich wydobyć. Myślę, że lata imprezowania do upadłego zebrały jakieś żniwo. W każdym razie system Leonarda przydaje się w codziennym życiu. Karteczki to podstawa, może tatuaże niekoniecznie, ale pisanie długopisem albo mazakiem po ręce w celu przypomnienia sobie najważniejszych rzeczy do zrobienia też nie jest mi obce. Film, dla tych, którzy mają „pod górkę” w życiu. Przygnębiający i smutny.

David Fincher – „Seven” (1995)

Nie lubię oglądać wesołych filmów. Sprawiają, że czuję się źle i psują mi nastrój na resztę dnia. Na szczęście powstają filmy takie jak „Seven” – mocne, przytłaczające, zmuszające do myślenia. Fincher to jeden z moich ulubionych reżyserów i chociaż w ostatnich latach rozmienia się na drobne, to jego pierwsze filmy na zawsze pozostaną w moim sercu. „Seven” to zdecydowany faworyt. Pogoda odgrywa znaczną rolę w tym filmie. Deszcz leje się strumieniami podczas całej projekcji, pozwalając słońcu wyjrzeć tylko na sam koniec, dodając tym wyrazistości ostatniej scenie tego dramatu. Nie ma lepszego filmu w jesienną i deszczową noc. I wiesz, że nawet jak słońce pokaże się w końcu na niebie, nie będzie to wcale oznaczało, że wszystko będzie ok. Czasami może być tylko gorzej.

Jörg Buttgereit, Manfred O. Jelinski, Klaus Beyer, Georg Marioth, Walter Gramming, Christoph Doering, Horst Markgraf, Rolf S. Wolkenstein – „Berlin Super 80″ (2005)

Właściwie nie film, ale zbiór krótkich metraży nagrywanych na taśmie super 8mm przez działających na początku lat 80-tych w Berlinie eksperymentalnych twórców filmowych. Obejrzeć to na raz, to jakby znaleźć się nagle w domu wariatów na najgorszym oddziale, bez możliwości wyjścia nawet na krótkiego papierosa. Czego tu nie ma: od osobistych dokumentów rodzinnych, po teledyski dla undergroundowych kapel w stylu Malarii, kawałki wczesnych koncertów Einstürzende Neubauten, impresje artystyczne, przy których słowo „alternatywa” nabiera nowego znaczenia, noc z życia berlińskiego taksówkarza i wiele, wiele innych. Mocna rzecz, dzięki której wiesz, dlaczego nawet dzisiaj jest tyle odwołań w nowoczesnej sztuce do tego, co się działo w tym magicznym mieście ponad 30 lat temu. Kocham Berlin, to najlepsze miejsce na świecie. Ten dokument tylko to potwierdził. To miasto, w którym dzieją się najbardziej szalone rzeczy, jakie tylko można sobie wyobrazić i miejsce, w którym wszystko uchodzi gładko. Tam zagraliśmy najlepszą imprezę na świecie i na pewno tam jeszcze wrócimy.

Koen Mortier – „Ex Drummer” (2007)

A to film, który ostatnio zniszczył nam głowy. Belgijskie kino, które nie pozostawia na widzu suchej nitki. Przerysowany, ciężki film o chorych psychicznie ludziach, którzy zakładają zespół. Prawie jak my, tylko z tą różnicą, że my nie założyliśmy zespołu, ale sprzedajemy naszą paranoję podczas imprez. Europejskie filmy mają to do siebie, że są tak dziwne, że właściwie nie wiesz, czy się śmiać na nich, czy płakać. Jeśli tak, to ten film jest królem ich wszystkich. Nie wypada oczywiście śmiać się z chorych ludzi, ale bohaterowie są tak porypani i żałośni, uprawiając na ekranie swoją patologię, że nie możesz powstrzymać się od małego uśmiechu na twarzy. Nawet jeśli to jest tylko grymas. To nie jest coś, co chciałbyś oglądać przy obiedzie z rodziną ani coś, co chciałbyś pokazać swojemu przełożonemu z pracy podczas spotkania przy piwku. Zostaniesz a) wyklęty z rodziny, b) natychmiast zwolniony z pracy, c) wsadzą cię do czubków, gdzie jedyną chyba alternatywą będzie założenie zespołu. Hej, chyba o tym jest ten film…

Tak czy siak jest to obraz, który na długo zostanie Ci w pamięci. Polecamy, Babies With Rabies!*:*

DJ Carton

Darren Aronofsky – „Requiem dla snu” (2000)

Może powiecie, że nie jest to najlepszy film z tego zestawienia, i może bym się z Wami zgodził, ale nie zmieni to faktu, że jest to mój ulubiony film EVER. Połączenie pięknych i brutalnych wizji Aronofsky’ego z przeszywającą, niepokojącą muzyką Mansella to mikstura, która sieka mnie na kawałki. Gdy za pierwszym razem oglądałem ten film byłem zupełnie nieświadomy, jakie zniszczenia poczyni w mojej psychice. Premierowy seans zakończyłem leżąc pod biurkiem, zwinięty w kłębek, szczodrze zanosząc się płaczem. Ten obraz
stopniowo oplata się wokół Ciebie gasnącą nadzieją, by sceną finałową zacisnąć się i zgnieść, jak niepotrzebną już nikomu kartkę papieru. Jest to ten rodzaj kina, który trafia do mnie najbardziej – obleśnie prawdziwy, penetrujący czaszkę najmroczniejszymi wizjami ludzkiej egzystencji, nie pozostawiający nadziei, ale dający do zrozumienia więcej, niż setki słów setek mędrców. Film o życiu, o narkotykach, o braku kontroli, o wyrzucaniu własnych marzeń do brudnego śmietnika, o przekreślaniu na własne życzenie wszystkiego, co kochasz i o tym, że wszystko może skończyć się tu i teraz. Nagle i bez sensu. Bez happy endu i sequeli. Na zawsze i bezpowrotnie. Źle i pięknie. Arcydzieło, w którym nie ma się do czego przyczepić. No chyba, że do uczucia, jakie pozostawia. Jakby życie zgwałciło Cię, skopało i zostawiło na pustkowiach. Ja widocznie kocham się tak czuć!

Seria filmów „Alien„

Pytasz o dobry horror, odpowiadam – „Obcy”. Pytasz o najstraszniejszą fikcyjną postać, odpowiadam – Obcy. Postać, która powstała w pokręconej głowie genialnego, szwajcarskiego artysty, Hansa Rudiego Gigera to twór, który uosabia lęk i zło. Jest erotycznie obrzydliwy, mechanicznie zimny, nieludzko mroczny i nadludzko inteligentny. Cała seria filmów o mordercy idealnym z innej planety to zdecydowanie topowy horror sci-fi. Chociaż każda z 4 części jest zupełnie inna, ciężko jest wybrać tę najlepszą, ulubioną. Ja jednak postawiłbym na epizod 3, najmroczniejszy, wyreżyserowany przez Davida Finchera. Sama postać Obcego jest straszna i bezlitosna jak zawsze, ale w tym filmie boisz się i ludzi, i kosmitów. Duszna atmosfera zionie z ekranu, a niepewność i lęk zostają na długie godziny po obejrzeniu. Nie ma możliwości, aby przejść obojętnie obok takiego filmu. Sama postać zaprojektowana została tak, że jej obślizgła,
falliczna czaszka, z wysuwającą się szczęką, nie może być wymazana z pamięci. Nigdy.

Stanley Kubrick – „Lśnienie” (1980)

Książki i opowiadania Stephena Kinga zazwyczaj przenoszone są na wielki ekran w stylu, co najmniej, słabym. Dobre ekranizacje można policzyć na palcach jednej ręki Żółwia Ninja. Jest jednak jeden film, który nie dość, że udźwignął klimat książki, to jeszcze zrobił to w stylu obskurnie genialnym. „Lśnienie” w reżyserii Stanleya Kubricka przez prawie 2 godziny karmi Cię senną psychodelą, niespodziewanie uderza brutalnymi kadrami i powoli przepełnia dławiącym niepokojem. Większość ludzi po pierwszym
seansie tego dzieła siedzi jeszcze chwilę, patrząc tępo w ekran, by po chwili spytać: o co tu chodzi? Nie jest to film ani ładny, ani łatwy, ale jakoś piękny. Pokręcona fabuła, świetna gra aktorska i zapierające dech w piersiach ujęcia to te namacalne dowody na wyjątkowość obrazu. Jest jednak jeszcze coś, coś podświadomego i nieopisywalnego. To takie kłujące uczucie w brzuchu i szum gdzieś z tyłu głowy, które nie dają spokoju zawsze, gdy ogląda się film. Jeśli widziałeś, to rozumiesz.

Stanley Kubrick – „Mechaniczna pomarańcza” (1971)

Znowu Kubrick, znowu klasyka, znowu adaptacja książki i znowu psychodela i ciężar. Jeśli komuś trzeba przedstawiać ten film, to zdecydowanie nie zna się na dobrym kinie. Lekko futurystyczna, antyutopijna wizja wywiera na czaszkę takie ciśnienie, że te słabsze umysły mogą się zwyczajnie popruć. Historie zbrodniarzy, szczególnie morderców, zawsze zwracały moją uwagę. Analiza umysłów, którymi targają tak skrajne emocje, że aż wywołują chęć mordu, to coś nadzwyczaj ciekawego. Gdy weźmiemy historię zwyrodnialca,
doprawimy orwellowskim pieprzem, szczyptą narkotycznej słodyczy i udekorujemy pysznymi, kubrickowskimi ujęciami, uzyskamy kino wybitne. Nie ma się co rozpisywać, bo nie odda to w ani jednym procencie wrażenia, jakie robi ten film. Nie widziałeś? Natychmiast obejrzyj! Widziałeś? Natychmiast obejrzyj znowu!

David Fincher – „Fight Club” (1999)

Właśnie spojrzałem na rozpiskę filmów, o których piszę i prawie wszystkie to adaptacje książek. Coś w tym musi być… a jeśli chodzi o książkę, która została napisana, kiedy w głośnikach, na zapętleniu leciała najlepsza płyta w historii, raczej nie ma mowy o przypadku. „Fight Club” to najbardziej schizofreniczny i pokręcony film, na podstawie porąbanej książki o tym samym tytule, której muzyczną inspiracją była „The Downward Spiral” Nine Inch Nails, najbrudniejszy album naszego ulubionego zespołu. Nie może być lepiej. Historia o tym, że możesz zmienić swoje życie, stać się kimś niepodobnym do siebie, że wszystko, co materialne, nie ma znaczenia, a świat,
w którym żyjesz, może istnieć tylko w Twojej głowie. Historia brutalna, zagmatwana, ale i bardzo moralizująca. Film jest kolejną adaptacją przebijającą oryginalne dzieło. Fincher wraz z genialną obsadą przedstawiają widzowi kawał sztuki. Majstersztyk!

Trylogia o Hannibalu Lecterze

Czy Hannibala-kanibala trzeba komuś przedstawiać? Chyba nie i chyba sam się broni. Kolejna posrana historia o posranej postaci. Jest to przykład tego filmu, w którym kibicujesz mordercy i patrzysz na niego z uznaniem. Co więcej, chciałbym, aby ta postać istniała naprawdę i żebym mógł podziwiać jej brutalny kunszt! Kunsztu na pewno nie można odmówić twórcy książki i twórcom w każdym z filmów, a przede wszystkim niesamowitemu Anthonemu Hopkinsonowi.

Tony Kaye – „American History X” (1998)

Film o wyjątkowo bezlitosnym neo-naziście. Tyle wystarczy, aby zrozumieć, że na tej liście raczej nie zanosi się na filmy piękne, wesołe i niosące nadzieje w ludzkość. Obraz bezpośredni, dosadny, niepokojący i szorstki. Scena, w której główny bohater zgniata o krawężnik czaszkę czarnoskóremu chłopakowi przeszła do kanonu tych scen, o których fajne dzieciaki opowiadały w szkole kolegom z ostrym podnieceniem i odrazą. Takich scen tam nie brakuje, ale to nie podniecenie i nie odraza towarzyszą mi za każdym razem, gdy oglądam ten film. To bezsens egzystencji, ból z powodu świadomości, że takie sceny miały miejsce na świecie setki razy, że zmierzamy w nicość i że to wszystko na własne życzenie. Ludzie to gnidy i jak gnidy muszą skończyć. Nie znamy umiaru i nie mamy szacunku. Zawsze to zauważamy, kiedy jest za późno.

Kolejna porcja rekomendacji 28 listopada.

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.