Trójmiejska scena muzyczna od lat przyciąga moją uwagę wieloma gitarowymi dobrodziejstwami. Zaczęło się wiele lat temu od Apteki i Illusion. Później, niejako przez fascynację ekstremalnym metalem zainteresowały mnie m.in. Behemoth i spokojniejszy Blindead. Stoner zaś to broszka Broken Betty i powstałego z niej Ampacity. To oczywiście tylko część trójmiejskiej elity muzycznej wg redaktora Spiegolskiego. Za sprawą swojego ostatniego longa, czyli wydanego w marcu „Headache” dołączyła do niej Trupa Trupa.

 

Mój pierwszy kontakt z zespołem zaliczam niestety do niefortunnych. Nie wynikło to z winy samej Trupy, ale okoliczności, w jakich przyszło mi poznać muzykę tego trójmiejskiego zespołu. Otóż w katowickim Jazz Clubie Hipnoza odbywał się denny i przedłużający w nieskończoność slam poetycki, w dodatku prowadzony przez skajpa. Jego zwieńczeniem był właśnie koncert Trupy, który trwał zaledwie około 20 minut… Kiedy zacząłem więc łapać nutę kapeli i wkręcać się w serwowany przez nią shoegaze, okazało się, że występ dobiegł końca. Trochę tym faktem zrażony, trochę też przez brak czasu i odpowiednich (lepszych!) okoliczności, nie sięgnąłem po muzykę Trupy aż do marca, kiedy to w moje ręce wpadł ich najnowszy, trzeci krążek zatytułowany „Headache”. Materiał ten został wydany nakładem brytyjskiej wytwórni Blue Tapes And X-Ray Records i ukazał się w formie kompaktu oraz kasety. Kasety w prawdzie nie mam, mam natomiast płytę – tekturowy digipack zaprojektowany przez Tomka Pawluczuka, zawierający zdjęcia Wojciecha Juchniewicza i rysunki Adama Witkowskiego. Dlaczego wymieniam nazwiska twórców layoutu opakowania? Bo wciąga on niemal tak samo jak muzyczna zawartość „Headache” i jest dziełem ludzi bezpośrednio zaangażowanych w powstawanie tego wydawnictwa.

Już po pierwszych wnikliwych przesłuchaniach najnowszego krążka trójmiejskiej załogi, którym towarzyszyły nieco bardziej pobieżne przesłuchania poprzednich płyt (do nadrobienia), dotarło do mnie, jak duży postęp poczynił zespół przez ostatnie 2 lata – zarówno pod względem kompozytorskim jak i brzmieniowym. Utwory przekraczają tu niekiedy 6, a nawet 9 minut, a wszystkie partie instrumentów i wokalu malowane są niezwykle bogatą paletą środków wyrazu. Już drugi na płycie „Halleyesonme” wciąga gęstym soundem zamulonych klawiszy i perkusji. Niepokojące, powtarzane beznamiętnym głosem linie wokalne przywodzą na myśl psychodelie PJ Harvey czy 16 Horsepower, a kontrastująca z nimi, niespodziewanie przyjemna melodia domyka schizofreniczny charakter kompozycji. Trupa nie wstydzi się swoich shoegaze’owych korzeni. „Sky is Falling”, „Give’em All”, „Rise and Fall” czy „Unbelievable” mogą kojarzyć się z zafałszowanymi, ciężkimi i przesterowanymi melo-noisami Sonic Youth („Sky is Falling”), a czasem przywodzą na myśl równie zafałszowane, ale smutno-urocze melodie Slowdive („Sacrifice”). To, co wyróżnia utwory Trupy Trupa spośród konkurencji, to niekonwencjonalne rozwiązania, jakie zastosowali muzycy. „Unbelievable” wieńczy ciepła, wysoko grana partia gitary basowej, w „Rise and Fall” tenże bas jest z kolei chropowaty i nietypowo nastrojony, dzięki czemu blisko mu do brzmienia trąb rozregulowanych za pomocą efektu distortion. Jest jeszcze „Wasteland” – zimny, przypominający wczesne lata nowej fali. Gdy słuchacz pozwoli sobie popłynąć z utworem, może znaleźć się myślami na przytłaczającym, bezdusznym, postsocjalistycznym blokowisku, z którego nie ma ucieczki. Dosłowne wasteland.

Gdy spostrzegłem, że czas trwania niektórych piosenek z „Headache” przekracza 6 minut, nie oczekiwałem wielkich rewelacji. Spodziewałem się powielonych partii będących pniem danego utworu, co jest w tego typu graniu dość powszechnym zabiegiem. Jednak nie tym razem. Pisząc wcześniej, że Trupa wyróżnia się spośród konkurencji i korzysta z bogatej palety brzmień, byłem śmiertelnie poważny. Otóż utwory niespodziewanie zmieniają swój bieg i powalają zaskoczonego słuchacza kierunkiem, w jakim pozwolili podążyć im twórcy. „Getting Older” po niespokojnym wstępie zaczyna nabierać mocy, by w końcu odjechać tak, jak zwykli to robić mistrzowie doomowego Electric Wizard. Klawisze budują klimat w estetyce lo-fi, a moc i brud są efektem tego, jak Wojciech Juchniewicz potraktował swój bas. Właśnie oszczędniejsze korzystanie z gitary elektrycznej na rzecz wyeksponowania basu i klawiszy w dużej mierze pozwoliło wydobyć spore pokłady energii, jaką emanuje muzyka TT. Sześciostrun, owszem, pojawia się na „Headache” dość często, wykorzystany jest jednak w odpowiednich proporcjach. Przyczyniło się to do powodzenia całości brzmienia, jakie z muzyki zarejestrowanej w studiu Dickie Dreams wycisnęli Michał Kupicz i Adam Witkowski. Idąc dalej tropem najdłuższych na albumie piosenek dochodzimy do tytułowej. Prosty riff gitary podbity coraz silniejszą sekcją rytmiczną sprawił, że kompozycja wznosi się przez kilka minut, by w końcu eksplodować, a potem pozwolić sobie na delikatne opadanie. Brawa należą się Wojtkowi Juchniewiczowi, który swoim opętanym krzykiem i zgrzytem gitar sprawił, że „Headache” w pewnym momencie przywodzi na myśl wilgotne, umorusane, piwniczne próbownie undergroundowych blackmetalowców. A żeby z jeszcze większą różnorodnością potraktować 9 minut, jakie przypadają na kawałek tytułowy, Rafał Wojczal podsumował go krautrockowymi klawiszami. Został jeszcze „Picture Yourself”, którego radosny i wpadający w ucho początek już po kilku odsłuchach powoduje mimowolne nucenie pod nosem. Jednak im dłużej piosenka trwa, tym bardziej wspomniany efekt słabnie. Elektroniczne piski i zgrzyty towarzyszą nawałowi ścian gitar i perkusyjnych uderzeń, budując nastrój nie gorzej, niż robią to mistrzowie post metalu z ISIS czy Cult Of Luna. Plemienny trans sekcji rytmicznej podsumowuje monumentalny „Picture Yourself”, a zarazem całość wydawnictwa.

Niezwykle cenię muzyków, którzy przekraczają gatunkowe granice i potrafią często tylko za sprawą intuicji osiągnąć więcej, niż gwarantują udeptane ścieżki. Trupa Trupa odbijając w nieznane pokazała, że dewiza do odważnych świat należy sprawdza się w muzyce doskonale. Trzeba teraz do tego świata wyjść, bo z materiałem takim jak „Headache” nie może się Trupie stać żadna krzywda.

5kilo kultury jest patronem medialnym wydawnictwa.

Tomasz Spiegolski

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.