Koniec roku 2013, w którym na polskich ekranach gościło zaskakująco wiele zaskakująco dobrych hollywoodzkich megahitów, to pierwszorzędna okazja, by zastanowić się nad miejscem tzw. blockbustera w kinowym krajobrazie. Czy wielomilionowe produkcje to jedynie eskapistyczna rozrywka w sam raz na przerwę w zakupach w zatłoczonym centrum handlowym? Dodatek do popcornu? Guilty pleasure, po którą w głębokiej konspiracji sięgają w chwilach słabości miłośnicy poważnego kina?

 

Oczywiście cały sens niniejszego tekstu zawiera się w szczerym przekonaniu niżej podpisanego, że powyższe pytania są w gruncie rzeczy retoryczne, ale mimo to negatywna na nie odpowiedź wymaga poważnego uzasadnienia (przede wszystkim dlatego, że nie każdy będzie gotów tak ochoczo przystać na ich retoryczność), szczególnie w kontekście tego, jak pisze się o kinie w Polsce. Tak się bowiem składa, że, jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, wyprodukowanie naprawdę dobrego blockbustera to jedna z najtrudniejszych rzeczy, na jakie można porwać się w przemyśle filmowym. „Naprawdę dobry blockbuster” oznacza film, który z jednej strony zadowoli odbiorców nastawionych na prostą rozrywkę, z drugiej – zyska uznanie marudnych krytyków. Że jest to zadanie karkołomne, wie każdy, kto kiedykolwiek porównywał średnie oceny wysokobudżetowych produkcji na Metacritic (średnia ocen przyznanych przez profesjonalnych anglosaskich krytyków) i IMDb czy Filmwebie, gdzie głosują „zwykli widzowie”.

„Iron Man 3”

Najciekawsze w tym wszystkim zdaje się być to, że nawet hit, który osiąga upragnione pozytywne recenzje w poważnych periodykach, w dalszym ciągu bywa traktowany jako swego rodzaju kino drugiej kategorii – bo przecież wszyscy powinniśmy wiedzieć, że to zwykła rozrywka, a nie kultura wysoka. Pewnie dlatego tak łatwo puścić mimo uszu opinie, w zgodzie z którymi sierpniowy dominator box office’u może być przyjemny, ale przecież nie może być arcydziełem. Takie rozumowanie wynika z potrzeby posiadania jednego uniwersalnego standardu, który określałby, co jest godne tego najwyższego z wyróżnień. Jeśli ta idea wydaje się komuś pociągająca, odpowiedzi na zadane powyżej pytania nie będą bynajmniej dla takiej osoby oczywiste. Wypada nadmienić, że może się ona wydać pociągająca nie bez przyczyny, a tylko jednym z czynników jest brak jedynego słusznego, akceptowanego przez wszystkich podejścia do kultury.

Stanowisko zarysowane powyżej, które traktuję jako najbardziej rozpowszechnione, opiera się na dobrze ugruntowanych argumentach. Mimo wszystko chciałbym zwrócić uwagę na kilka problemów z nim związanych, które mogą skutkować zbyt surowym podejściem do owoców filmowej popkultury. W związku z tym można zadać kilka pytań. Po pierwsze: co to za problemy i jakie mogą być ich konsekwencje? Po drugie: jaka jest geneza takiego stanowiska? Po trzecie: dlaczego częstotliwość występowania podobnych argumentów jest w Polsce wyższa niż na Zachodzie? Zajmijmy się więc, z konieczności pobieżnie, każdą z tych kwestii.

„Avengers”

Mądrość ludowa wyraża sceptycyzm wobec kategoryzowania rzeczy na obiektywnej skali „arcydzielności” w zwięzłym „O gustach się nie dyskutuje”. To stwierdzenie jest jednak z jednej strony za słabe, z drugiej – za mocne. Za słabe, ponieważ w gruncie rzeczy o gustach dyskutujemy nieustannie. Każda rozmowa o filmie, w której pada pytanie „Dlaczego ci się podobało/nie podobało?”, jest w końcowym rozrachunku dyskusją o guście odpowiadającego. Zbyt mocne, gdyż istnieją dziesiątki obiektywnych kryteriów, dzięki którym możemy posunąć rozmowę naprzód i rzeczywiście rzetelnie film ocenić. Analiza spójności scenariusza, montażu, odpowiedniości scenografii do nastroju, wykorzystania symboli, jakości gry aktorskiej, wszelakich technikaliów – to rynsztunek, w który zaopatrzeni możemy wyruszyć w fascynującą podróż do krainy filmów rozczłonkowanych, rozłożonych na czynniki pierwsze, obejrzanych od góry, od dołu i z każdej innej strony. Dzięki nim możemy też z całą pewnością powiedzieć, że „Kac Wawa” jest filmem (?) koszmarnym, podczas gdy „Ojciec chrzestny” takim filmem nie jest. Oczywiście komponent obiektywny jest pomocny tylko do pewnego momentu, dlatego ostatecznie nieśmiertelne „Cóż, po prostu się nie zgadzamy” musi paść.

Czy jednak ten znany wszystkim „problem gustu” to nokaut dla koncepcji obiektywnego arcydzieła? Niekoniecznie. Zdaje się bowiem, że u podstaw wielu wcieleń tej idei leży przekonanie, że to miano powinno być zarezerwowane dla produkcji w jakimś sensie ważnych, wyrażających wartości i stanowiących majstersztyk nie tylko estetyczny, ale i intelektualny. Jeśli film jest tylko rozrywką – powinien zadowolić się miejscem w drugim rzędzie. Jest to pogląd, jak sądzę, całkiem intuicyjny. Problem w tym, że wyklucza z rywalizacji o najwyższe laury filmy, których twórcy celują nie w psychologiczne wiwisekcje, wielkie traktaty i filozoficzne dywagacje, a w pełni świadomie od początku stawiają na rozrywkę. Jest to de facto dyskwalifikowanie dzieła ze względu na temat. Sprawa ta wiąże się z niezwykle szeroką kwestią dotyczącą tego, czy sztuka definiowana jest przez treść, czy przez formę – jeśli, jak ja, uważacie, że jedynym, co różni dzieło sztuki od listy zawartych w nim idei wypisanej w punktach na kartce papieru, jest forma, to w jego ocenie przede wszystkim będziecie brać pod uwagę nie to, co się mówi, ale jak się to robi. Fakt, że film opowiada o superbohaterach czy o morskich potworach będzie miał wtedy daleko mniejsze znaczenie od tego, czy opowiada interesująco (natychmiastowe zastrzeżenie – można się taką tematyką w ogóle nie interesować niezależnie od jakichkolwiek argumentów; jasne, wtedy wkraczamy z powrotem na terytorium gustów), zachwycająco technicznie, aktorsko, itd., itp. W skrócie – wkrada się nam tutaj paskudny relatywizm, bowiem należałoby przede wszystkim odpowiedzieć na pytanie: czy twórcy osiągnęli to, co sobie zamierzyli?

„W ciemność. Star Trek”

Powyższe stanowi oczywiście tylko skrawek odpowiedzi na pytanie, dlaczego terminom takim jak „arcydzieło” czy „doskonały film” dobrze zrobiłoby wzięcie pod uwagę specyfiki gatunków. Również tylko pobieżnie zastanowiliśmy się nad tym, skąd niechęć do określania blockbusterów najbardziej zaszczytnymi epitetami. Rzecz jasna jest to po prostu przykład tego, jak na analizę dzieł filmowych wpływa uświęcony tradycją podział na popkulturę i kulturę wysoką. Pierwsza z nich przez długi czas traktowana była jak brzydka siostra prawdziwej kultury. W kontekście krytyki filmowej już od dawna nie jest to dominujący pogląd. Instytucja blockbustera doczekała się poważnych opracowań i interpretacji czysto filmoznawczych (Geoff King, „Spectacular Narratives: Hollywood in the Age of the Blockbuster”) oraz antropologicznych (David Sutton, Peter Wogan, „Hollywood Blockbusters: The Anthropology of Popular Movies”). Wysokobudżetowe, wypełnione akcją i efektami specjalnymi filmy znalazły swoje miejsce w słynnych książkach Davida Bordwella „Film Art” oraz „The Way Hollywood Tells It: Story and Style in Modern Movies” i stały się przedmiotem rzetelnych recenzji ze strony takich tuzów krytyki jak Roger Ebert czy J Hoberman. Problemem dla polskiego odbiorcy jest to, że ten przewrót się w naszym kraju nie dokonał.

Wspomniałem o tym, że lato 2013 roku obrodziło doskonałymi wysokobudżetowymi produkcjami. Zabawę rozpoczął „W ciemność. Star Trek”, przykład kina ekstremalnego tempa, prowadzącego narrację tak błyskawicznie, że nie daje nawet chwili na oddech. Można debatować nad jakością wykonania, czy nawet nad sensownością samej takiej metody, nie sposób jednak odmówić reżyserowi, J. J. Abramsowi, autorskiego podejścia. Dobrą passę kontynuował „Iron Man 3”, w interpretacji Shane’a Blacka – znanego przede wszystkim jako scenarzysta „Zabójczej broni”, a więc człowiek, który współtworzył kanony kina akcji lat 90. – przeradzający się w zaskakująco nostalgiczną opowieść dla geeków, i to bez straty na widowiskowości. Z kolei kapitalnym zwieńczeniem sezonu okazał się „Pacific Rim” w reżyserii samego Guillermo del Toro, który potrafił nasycić niesamowicie przecież głupią opowieść o mechach walczących z morskimi potworami z innego wymiaru własną wrażliwością oraz mnóstwem ciekawych nawiązań do japońskiej popkultury.

„Pacific Rim”

Długo można by dyskutować o zaletach i wadach tych filmów – a przecież nie były to jedyne udane hity tego lata – jednak najistotniejsze jest to, że ich kompetentna ocena nie jest bynajmniej banalnie prosta. Oczywiście – nie zawierają one w sobie tylu filozoficznych nawiązań co filmy Bergmana i Tarkowskiego, nie poruszają tych samych problemów, ale mimo to posługują się pewną specyficzną estetyką, mówią pewnym językiem, który trzeba zrozumieć, by móc np. napisać rzetelną recenzję. Widz zaglądający do kina od czasu do czasu będzie się doskonale bawił nie zdając sobie sprawy z konwencji i smaczków, ale krytyk nie może pozwolić sobie na błogą niewiedzę. Niestety, lektura recenzji „Pacific Rim” zamieszczonych w większości dużych polskich gazet i magazynów filmowych może przyprawić o ból głowy. Dwa akapity, szybkie rozprawienie się z filmem, który przecież w oczywisty sposób jest bezdennie idiotyczny, narzekanie na upadek reżysera, jedna gwiazdka – raz, dwa i po sprawie. Nie chodzi oczywiście o to, że film musi się podobać, bo też i nie ma co ukrywać – większość megahitów to wciąż produkcje niedobre. Chodzi o wykorzystanie odpowiedniego aparatu analitycznego (nawet w krótkiej recenzji), czego, mówiąc wprost, w polskiej krytyce filmowej ze świecą szukać. Przystanią dla kinomanów wymagających poważnego traktowania wszystkich odcieni kultury jest w naszym kraju zaledwie kilka blogów. Nie mając odpowiedniego doświadczenia w analizie popkultury, łatwo sprowadzić ją do roli Kopciuszka.

Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy? Niespecjalnie wyszukana – historia. Starsze pokolenie polskich krytyków miało ograniczony dostęp do dobrodziejstw zachodniego popu, więc zwyczajnie się nim nie zajmowało. Tym samym edukacja następców była niejako z konieczności ograniczana przez wiedzę ich starszych kolegów oraz przez fakt, że polska nowoczesna popkultura jest zjawiskiem bardzo nowym. Dla kinomana, który nie odebrał formalnego filmoznawczego wykształcenia, to, co dzieje się za wysokimi murami akademii nie jest aż tak istotne (a trzeba uczciwie powiedzieć, że od paru lat dzieje się niemało w kierunku poważnej analizy kultury popularnej, m. in. powoli budzą się do życia badania nad kinem gatunkowym). Widzi on artykuły publikowane w bardziej popularnych periodykach. Jest tego niewiele, ale można mieć nadzieję, że to, co na Zachodzie stanowi już potężną część publikacji i dyskusji w blogosferze, będzie się przebijać także i u nas.

„Od wtorku do czwartku”, sequel filmu „W pogoni za cieniem” (ang. „The Thin Man”)

Postęp w tej dziedzinie wymagać będzie pokonania także innego przyzwyczajenia, a mianowicie skłonności do wspominania „jak to drzewiej bywało”. Wydaje mi się, że często zapominamy, że niejeden film, który obecnie kochamy i uznajemy za pełnoprawne Dzieło, powstawał w studyjnym systemie dawnego Hollywoodu jako odpowiednik dzisiejszych blockbusterów. Wielkie gwiazdy i prosta historia – taki był patent na wiele melodramatów czy komedii, które miały przyciągnąć ludzi do kin, często bez specjalnie wyszukanej koncepcji artystycznej. Ot, choćby seria fantastycznych komedii kryminalnych „The Thin Man” (by nie wspomnieć np. o produkcjach z Errolem Flynnem), wyniesiona na wyżyny nie za sprawą wybitnego scenariusza czy zdjęć, a dzięki charyzmie duetu William Powell-Myrna Loy. Co prawda Powell i Loy nie cieszyli się jeszcze wtedy statusem megagwiazd (stali się nimi właśnie dzięki temu filmowi), ale sam fakt, że powstało aż pięć sequeli, sugeruje, że podejście po produkcji filmowej i zarabiania na niej nie jest dziś wcale dużo bardziej pożałowania godne niż kiedyś. Oczywiście nostalgia to uczucie w równym stopniu dotykające piszących na całym świecie, nie tylko w nadwiślańskim kraju.

Koniec końców pozostaje mi życzyć wszystkim kochającym kino w każdej postaci, aby Nowy Rok przyniósł wiele kapitalnych blockbusterów. A nuż przekonają do siebie kilku sceptyków?

Robert Mróz

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.