Fuck Buttons – „Slow Focus” (2013) ATP Recordings

Choć czasy „Gwiezdnych wojen” minęły dobre kilka lat temu, a loty w kosmos nadal nie są dostępne dla zwykłych śmiertelników, to wciąż istnieją sposoby na odpłynięcie w kompletnie inną przestrzeń. I niekoniecznie nielegalne – jednym z nich stało się ostatnie wydawnictwo brytyjskiego kolektywu Fuck Buttons. Należy jednak zachować ostrożność – dźwięki „Slow Focus” są bowiem niebezpiecznie pociągające.

 

To nie jest łatwa muzyka. Duet z Bristolu po raz kolejny wywraca do góry nogami pojęcie „muzyka elektroniczna”, wydając album wymykający się wszelkim analizom i definicjom. Andrew Hung i Benjamin John Power od momentu pojawienia się na scenie muzycznej w 2004 roku udowadniają, że w kwestii tworzenia nie ma dla nich żadnych granic. W swoich kompozycjach, oprócz bogatej gamy syntezatorów, używają między innymi odgłosów zabawek Fisher-Price. W momencie zasiadania do nowego utworu nie zastanawiają się nigdy nad efektem końcowym, a trzymanie się określonej stylistyki czy podążanie w konkretnym kierunku nie ma dla nich znaczenia, bo na pierwszym miejscu stawiają sam proces twórczy. Styl grupy kształtuje się poprzez łączenie różnorodnych nurtów muzyki elektronicznej z gatunkiem drone oraz elementami post-rocka. Ta odważna mieszanka daje wyjątkowo dobry efekt, czyniąc muzykę Brytyjczyków nie tylko oryginalną, ale wręcz jedyną taką na rynku.

Artyści zapowiadali, że najnowszy album ma oddawać poczucie rozkojarzenia i strachu jak po nagłym przebudzeniu się w nieznanym miejscu. Nie pomylili się z tym stwierdzeniem – płytę otwiera przygniatające „Brainfreeze”. Seria monumentalnych bębnów połączona z wybrzmiewającymi z oddali, przybrudzonymi syntezatorami, wciąga w niemal klaustrofobiczną przestrzeń. Utwór ucieleśnia wszystko to, co dotąd charakteryzowało Fuck Buttons – stale zmieniającą ton melodię oscylującą wokół linii zmodyfikowanych klawiszy. Nagromadzenie tak wielu elementów nie jest jednak ani przez moment ciężkie i wcale nie drażni ucha. Artystom udaje się to dzięki balansowaniu między skrajną melodyjnością w „Sentients”, „Year of the dog” czy „Stalker”, a uzupełnianiem kompozycji motywem maksymalnie przesterowanych gitar czy przetworzonych wrzasków. W miejsce zanikających bitów pojawiają się następne. Sposób nakładania na siebie kolejnych tafli muzycznych przypomina walkę z hydrą – w miejsce jednej uciętej głowy wyrastają dwie kolejne. Domeną zespołu jest jednak perfekcyjne wyczucie dźwięku, pozwalające na umiejętne dodawanie warstw tak, aby się nasycić, nie przedawkować.

Na płycie, równie dobrej co poprzednie wydawnictwa, można zaobserwować dodatkowo znaczny progres. Kawałki są bardziej wyważone i dojrzalsze, bo nie chodzi w nich już tylko o dźwięki, ale o wyraźne emocje. Pojawiające się nagle złowrogie wokale w „Sentients” wzbudzają strach, a przestery w „The Red Wing” przytłaczają, jak gdyby słuchacz znajdował się głęboko pod ziemią. Stonowane „Hidden XS” swoją delikatnością zastanawia, a że jest wytchnieniem po bardzo ostrej płycie – potrafi zaskakująco wzruszyć.

Fuck Buttons stali się dużo swobodniejsi jeśli chodzi o międzygatunkowe podróże i mieszanie różnorakich stylistyk. Efekty słychać w lekko trip-hopowym „Hidden XS” czy zakorzenionym w hip-hopowych rytmach singlu. Sporą dawkę ambientu dostarcza „Year Of The Dog”, gdzie niepokojąca, poszatkowana melodia w towarzystwie oszczędnej linii basu stopniowo buduje napięcie. Długo można się zastanawiać, jaki konkretnie świat Fuck Buttons chcieli wykreować poprzez ten budzący niepewność utwór. „Stalker” brzmi niczym obudowa do minimalistycznej kompozycji Cliffa Martineza rodem z „Drive”. Natomiast jedną z najpełniejszych kompozycji na krążku jest „The Red Wing”, gdzie ciężkie brzmienie gitar jest mistrzowsko skontrastowane z lżejszymi elementami takimi jak bity czy subtelne sample.

Smutna i niepokojąca jest to płyta. Pełno w niej zarówno goryczy, jak i ironii, a wszystkie skumulowane podteksty czy smaczki wybrzmiewają najlepiej w wieńczącym album majstersztyku „Hidden XS”. Fuck Buttons wciąż tworzą muzykę okrutną, ale też przede wszystkim okrutnie piękną. Przesterowane gitary wciąż przytłaczają, a apokaliptyczne wrzaski potrafią przerazić, ale o ich nowym albumie nie da się mówić inaczej, aniżeli w kontekście prawdziwego arcydzieła. Nie jest to album, którego tak po prostu się słucha – to album, którego jest się świadkiem i który trzeba przeżyć. Potrafi w sobie rozkochać, ale również mocno uzależnić.

Alicja Cieloch

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.