Postawmy sprawę jasno. Japońskie animacje to dużo więcej niż kilkusetodcinkowe serie, przedłużane na siłę ku wielkiej uciesze producentów i ich portfeli. To również nie tylko studio Ghibli i wielki Hayao Miyazaki. Animowane światy z Kraju Kwitnącej Wiśni to dziś opowiadane z ogromnym wyczuciem, olśniewające oprawą graficzną historie o zwyczajnych młodych ludziach, którzy potrafią się zakochać tak samo jak my. Kto tak pięknie i prosto potrafi o tym opowiadać?

 

W głowie przeciętnego kinomana zainteresowanego animacjami na hasło „Japonia” pojawiają się szybkie skojarzenia – anime, a co za tym idzie – tytuły popularnych serii typu „Naruto”, „Dragon Ball” czy „Bleach”. Wyznaczane przez popkulturę trendy, które determinują sukces tych produkcji, nie dają nawet minimalnego oglądu stwarzanych komputerowo światów, które powstają w Kraju Kwitnącej Wiśni. Osadzone na dwóch podstawowych filarach – akcja oraz romans – i nastawione na zapewnienie przede wszystkim rozrywki, znajdują łatwą drogę do zagranicznego odbiorcy. Europejscy czy amerykańscy widzowie, łaknąc nakreślonej szybkimi ruchami intrygi, nieskomplikowanej historii miłosnej a nade wszystko spektakularnych scen walk, są w stanie w błyskawiczny sposób przyswoić wyżej wymienione historie, nie zwracając uwagi na to, że przemycają one też ciekawe informacje na temat kraju swoich twórców. Na przykładzie „Bleach” – mówiąc w skrócie, anime o przenikających się światach ludzi i shinigami, bogów lub strażników śmierci – wyraźnie widać inspiracje tradycyjnymi wierzeniami japońskimi. Jest to jednak warstwa na tyle słabo, wbrew pozorom, zaakcentowana, że im bardziej wnikamy w historię głównego bohatera, potrafiącego widzieć shinigami, tym ważniejsza staje się chęć wyjaśnienia jego tajemnicy, nie zaś fascynacja dalekowschodnią kulturą.

kadr z filmu „Spiritet Away: W krainie bogów”, reż. Hayao Miyazaki

Oczywiście to tylko bardzo ogólne spojrzenie na anonimowego widza oglądającego azjatyckie animacje, wszak nie kończą się one przecież na tasiemcowych seriach. W grupie odbiorców żywo zainteresowanych anime znajdują się osoby nastawione na bardziej ambitne kino, które może nawet i zaczynały od oglądania „Dragon Ball” czy „Czarodziejek z księżyca” (jak niżej podpisana), ale postanowiły zapoznać się z produkcjami pełnometrażowymi. Tutaj na usta aż ciśnie się znana wszystkim fanom odrealnionych światów – studio Ghibli. Założone w czerwcu 1985 roku przez reżyserów Hayao Miyazakiego i Isao Takahatę oraz producenta Toshio Suzukiego, odpowiada za najważniejsze filmy w historii japońskiej animacji i działa po dziś dzień. To właśnie Miyazaki jest jego najpopularniejszym i najlepiej rozpoznawalnym przedstawicielem. Każdy kinofil przynajmniej słyszał o „Księżniczce Mononoke”, „Ruchomym zamku Hauru,”, „Moim sąsiedzie Totoro”, którego postać znajduje się w logotypie studia, i oczywiście nagrodzonym Oscarem „Spirited Away: W krainie bogów”. Animator realizuje swoje wizjonerskie, choć zdumiewająco skromne filmy od 35 lat, a ostatni „The Wind Rises” powstał w zeszłym roku. To, co wyróżnia Japończyka na tle rodzimych (i nie tylko) produkcji i dzięki czemu jest on w stanie trafić do ambitnego, świadomego problemów społecznych i wrażliwego na inne kultury widza – to baczna obserwacja ludzkich zachowań i emocji przełożona na ojczysty dla reżysera grunt. Snute przez niego historie poruszają czułością względem jednostki, olśniewają dopracowaną grafiką i plastycznymi obrazami i zapadają w pamięć dzięki niezwykle celnym wnioskom na temat kondycji ludzkiej i problemów społecznych.

W zeszłym roku Miyazaki ogłosił przejście na emeryturę, ale szybko okazało się, że odejście ze studia Ghibli nie przeszkodzi mu w dalszej realizacji tego, co kocha najbardziej. Dodatkowo fani japońskich animacji mogą odetchnąć z ulgą również z innego powodu – na przestrzeni ostatnich siedemnastu lat pojawił się jego godny następca. Czy jednak faktycznie Makoto Shinkai, bo o nim mowa, jest tylko kontynuatorem wizji wielkiego animatora, zmuszonym do rywalizowania w tym względzie z synem współzałożyciela studia Ghibli, też reżyserem? A może ma on zupełnie odrębne spojrzenie na świat, które cały czas konsekwentnie realizuje, wyrastając na największego współczesnego twórcę animacji z Kraju Wschodzącego Słońca?

Uchwycenie chwili

Makoto Shinkai, a właściwie Makoto Niitsu – podobnie zresztą jak Hayao Miyazaki (absolwent ekonomii) – w latach studenckich nie miał z pozoru nic wspólnego z filmami, studiował bowiem literaturę. To właśnie ten konkretny profil wykształcenia w połączeniu z późniejszą pracą jako grafik komputerowy zaowocowały pierwszymi krótkometrażowymi animacjami, w których objawił swój talent do zatrzymywania jakże ulotnych chwil. Jednominutowe „Tōi sekai” to pełna melancholii historia nie do końca szczęśliwej miłości, która, choć pod względem realizacji może razić amatorszczyzną, w prosty sposób przekazuje to, co powinna – wszystko przemija. Utrzymane w czarno-białej tonacji zdjęcia i niewyraźny, lekko zamazany obraz przypominają wykonane w pośpiechu szkice, jak gdyby ich autor nie chciał, by umknął mu jakikolwiek szczegół tego, co zobaczył i czuł. Z kolei postacie, wyglądające jak wycięte z papieru, podatne na każdy podmuch wiatru, podkreślają nieuchronność rozstania bohaterów, tym samym składając się w cichy, pokorny hołd dla piękna chwil i wspomnienia o nich dla próby zatrzymania czasu. Temat ten rozwija zrealizowane dwa lata później „Kanojo to Kanojo no neko” – pięciominutowy wycinek z życia mieszkającej w Tokio samotnej dziewczyny i jej kota. Tutaj jednak animacja nie jest tak niedbała, mimo że wciąż utrzymana w czerni i bieli. Dopracowany w każdym szczególe świat i postacie zwracają uwagę estetycznym wysmakowaniem – poszczególne kadry równie dobrze mogłyby być wydrukowane i powieszone na ścianie jako fotografie. Świetnie zaznaczone kontrasty i przede wszystkim operowanie światłem zapowiadają kunszt realizatorski, który Shinkai rozwinie w swoich późniejszych średnio- i pełnometrażowych dziełach, już kolorowych. W 1999 roku kształtuje jeszcze swój unikatowy zmysł obserwatora, przyglądając się z uwagą momentom, które bezimienna dziewczyna dzieli z kotem. Stoją one w wyraźnej kontrze do współczesnego życia, które charakteryzuje przede wszystkim jedno – pośpiech. Jednak w mieszkaniu bohaterki „Kanojo…” czas na chwilę się zatrzymuje i można odetchnąć z ulgą.

kadr z filmu „Kanojo to Kanojo no neko”reż. Makoto Shinkai

W tym kontekście dziwi więc trochę dwuminutowe „Egao” z 2003 roku, w którym powraca dobrze znany motyw migawki z życia dziewczyny mającej zwierzątko domowe, ale obecna jest też bardziej amatorska, przypominająca rysunki animacja (mimo wszystko pod względem realizacyjnym zostawiając „Tōi sekai” daleko w tyle). Na szczęście pasuje do tematyki, przesuwając akcent z wyraźnie podkreślonej melancholii („Kanojo to Kanojo no neko”) na swobodę obcowania ze zwierzęcym przyjacielem, tym bardziej, że imię tytułowej bohaterki znaczy w języku japońskim „uśmiechnięta twarz”. Pierwszy raz pojawiają się też u Shinkaia kolory inne niż czerń i biel, które, choć lekko przydymione, wyraźnie sugerują ciepłe uczucia reżysera względem bohaterów oraz ich samych względem siebie nawzajem. Ta ukazana za pomocą drobiazgów (np. zbliżenie na bawiącego się w kołowrotku chomika) czułość łączy się z charakterystycznymi dla tego animatora motywami – tęsknotą, refleksją nad ulotnością, przestrzenią miejską, niebem, potrzebą bliskości. Tę ostatnią widać w ostatniej z kilkuminutowych animacji Japończyka, „Dareka no Manazashi” z zeszłego roku, w której z ogromną empatią ukazana jest relacja ojca i dorosłej już, żyjącej samodzielnie córki. Co jednak ważniejsze, w pigułce przedstawiono tu reprezentatywne dla stylu Shinkaia zabiegi formalne – panoramy miejskie na planach totalnych (w innych animacjach zamieniane na krajobrazy), częste zbliżenia na twarz postaci, ciepłe kolory, rozmyte tła, skupienie się na detalach.

Cofając się dziesięć lat natrafimy na bodaj najważniejszą krótkometrażówkę tego twórcy, w której nie tylko rozwija się estetyka znana już z „Kanojo to Kanojo no neko” (zwłaszcza motyw światła), ale ujawnia się drugi – obok melodramatu – ulubiony gatunek filmowy animatora – sci-fi. Historia dwojga przyjaciół z „Hoshi no koe”, osadzona w odległej przyszłości, gdzie komórki mają zasięg nawet w kosmosie (SMS-y jednak dochodzą do odbiorcy dosłownie latami), jest w dwójnasób ważna. Po pierwsze, stanowi zapowiedź pełnometrażowego debiutu „następcy Miyazakiego”, gdzie podszyta potrzebą wolności fascynacja przestrzenią kosmiczną łączy się z równie silną potrzebą bliskości drugiego człowieka. Po drugie zaś obala mit, że Shinkai to spadkobierca Miyazakiego. Niekwestionowany autorski sznyt jego niskobudżetowych produkcji, sygnowany rozpoznawalnymi zdjęciami, przeciera zupełnie nowy szlak japońskiej animacji, gdzie w centrum historii stoi przede wszystkim człowiek i jego emocje.

Kolega po fachu

Shinkai ma na swoim koncie tylko jeden film jawnie odwołujący się do twórczości wielkiego animatora ze studia Ghibli – „Hoshi o Ou Kodomo”. Historia jest prosta: główna bohaterka, Asuna, wyrusza do podziemnej magicznej krainy, by odszukać tajemniczego przyjaciela, który uratował jej życie. Przy okazji jest śledzona przez nauczyciela, który w trafieniu do równoległego świata ma osobisty cel. Podróż do jego serca przypomina nieco tę, w którą wybrali się Sheeta i Pazu z filmu Miyazakiego „Laputa – podniebny zamek”, lecz ma ważną cechę wyróżniającą – połączone tu zostały rzeczywistość realna i czarodziejska. Osadzone na od zawsze obecnej w kinie opozycji dziecko-dorosły, w której role zostają niejako odwrócone, „Hoshi…” bliższe jest klasycznej opowieści o rodzącym się uczuciu niż pokazaniu przygody jako procesu dojrzewania, jak to było u Miyazakiego. Shinkai znowu jawi się tutaj jako bardzo bliski swym bohaterom obserwator człowieka w sensie istoty przede wszystkim czującej, składającej się z kalejdoskopu różnych emocji – mniej interesuje go moralny aspekt całej historii. Wszak nauczyciel Asuny nie wyrusza jej śladem, by zdobyć niewyobrażalne bogactwo lub władzę nad światem (jak choćby negatywni bohaterowie „Nausiki z Doliny Wiatru”), lecz pragnie wskrzesić swoją zmarłą żonę, zaś konflikt wewnątrz fantastycznego świata jest zepchnięty na drugi plan. To miłość interesuje reżysera – wraz ze wszystkimi jej odcieniami i niedoskonałościami, a choć wkłada ją w nawias produkcji studia Ghibli, pozostaje autorem odmiennym od pochodzących stamtąd animatorów. „Hoshi…” koresponduje z twórczością Miyazakiego, poza pewnymi elementami warstwy wizualnej, tylko w postaci Asuny i spotkanego przez nią chłopca, który ma w sobie sporo cech Hauru, wspomnianego Pazu, a nawet Haku ze „Spirited Away”. Asuna, dla której najważniejsza jest przyjaźń bez względu na konsekwencje, najpierw znika w podziemnej krainie, a potem decyduje się pomóc nowemu przyjacielowi, przez co jest swoistą wariacją na temat Sheety z „Laputy” i Chihiro ze „Spirited Away”. Tym bardziej, że ta druga również należała do świata zewnętrznego, zanim wniknęła w ten magiczny. Świadczy to o hołdzie, jaki Shinkai składa swojemu niepisanemu mistrzowi, i jednocześnie zamyka wszelkie spekulacje na temat jego rzekomego „następstwa”, gdyż „Hoshi o Ou Kodomo” to, jako się rzekło, jedyny w jego karierze film odwołujący się do stylistyki studia Ghibli.

kadr z filmu „Hoshi o Ou Kodomo”, reż. Makoto Shinkai

Choć obecne są w nim i magiczne przedmioty-symbole (tutaj kryształ skupiający w sobie dziwne dźwięki przypominające muzykę), i przygoda młodych ludzi, i miłość na styku osobliwych wierzeń, współczesności i magii, to animacja nie przypomina tych z wyżej wymienionego studia, nawet bogactwa wizualnego „Spirited…”. Są w niej za to obecne elementy charakterystyczne dla Shinkaia, na czele z zapierającymi dech krajobrazami, w których najważniejszą rolę gra zawsze niebo mieniące się feerią barw. Ten znak firmowy Japończyka towarzyszył mu już wcześniej i towarzyszyć będzie w kolejnych filmach, których bohaterowie będą próbowali dosięgnąć swoich snów.

Po horyzont marzeń

W pierwszym – i jak dotąd jedynym – pełnometrażowym filmie Makoto Shinkaia powraca nie tylko dobrze już znany temat przyjaźni i miłości, lecz przede wszystkim motyw kosmosu, świata równoległego – przestrzeni symbolizującej zarówno pozorną wolność (w „Hoshi no koe” bohaterka, choć spełniła swoje największe marzenie i poleciała na międzygalaktyczną misję, została rozdzielona ze swoim ukochanym, a więc uwięziona w niespełnionym uczuciu), jak i realizację tego, czego najbardziej się pragnie. „Kumo no mukô, yakusoku no basho” (niefortunny polski tytuł to „Ziemia kiedyś nam obiecana”) rozpoczyna się od monologu wewnętrznego głównego bohatera, Hirokiego, który wspomina dzieciństwo zaraz po wojnie, kiedy Japonia została podzielona murem na dwie strefy okupacyjne, a on i jego przyjaciółka coś sobie przyrzekli. Nasze obiecane miejsce było ponad chmurami, mówi, od razu wyjaśniając tytuł filmu, trafnie oddany w języku angielskim („The Promised Place Beyond the Clouds ” lub „The Place Promised in Our Early Days”). Po czym dodaje, że w tamtych czasach liczyły się tylko dwie sprawy – Sayuri, wspomniana koleżanka z klasy, i olbrzymia wieża po drugiej stronie muru. Od razu ukazuje się tu kolejny bardzo ważny dla Shinkaia motyw – niebo. Portretowane z dużej odległości jawi się jako coś niedosiężnego i równocześnie zniewalająco pięknego, mieniąc się zawsze różnymi odcieniami błękitu, fioletu i różu, a niekiedy też czerwieni i złota. Jest więc tym, co spaja troje – bo jest jeszcze przyjaciel Hirokiego, Takuya – bohaterów. W tym kontekście wspomniana wieża staje się tym istotniejsza, że, pnąc się ponad chmury, odzwierciedla utopijne pragnienia młodych ludzi o lepszym świecie, jest motorem ich działania, czymś jednocześnie dalekim, idealnym i bliskim, celem, który można osiągnąć. Pytanie: czy warto?

kadr z filmu „Kumo no mukô, yakusoku no basho”, reż. Makoto Shinkai

Pokazane retrospektywnie licealne wspomnienia Hirokiego kończą się, zamykając pierwszą część opowieści, która nakreślona jest jasnymi barwami. Częste ujęcia wspomnianego nieba przeplatają się z sekwencjami refleksji bohaterów, zaznaczanej monologami wewnętrznymi z offu bądź samym ruchem kamery – częstymi zbliżeniami (zwłaszcza na twarz), podążaniem za spojrzeniem postaci, wychwytywaniem pojedynczych gestów. Powraca tutaj widoczna w krótkich metrażach próba uchwycenia chwili, zatrzymania czasu. Zresztą Shinkaia bardzo on interesuje, zawsze w kontekście relacji międzyludzkich – przygląda się więc rozstaniom, długim okresom rozłąki, z dużą czułością pozwalając swoim postaciom na ponowne spotkanie. Co więcej, w „Ziemi…” filtruje czas poprzez pojęcie snu, mocno – choć ze sporym dystansem – idealizując go. Spędzane wspólnie lato dla trojga przyjaciół urywa się nagle wraz ze zniknięciem Sayuri i obietnica, którą sobie złożyli – wspólna podróż do wieży budowanym przez chłopaków po kryjomu samolotem – pozostaje niespełniona. Już wtedy reżyser sygnalizuje widzowi, że Sayuri cierpi na dziwną przypadłość – rzeczywistość miesza jej się ze snami. Co więcej, śni ciągle jeden, który odciśnie piętno na dalszych losach całej trójki. Gdzie więc dziewczyna się przenosi, gdy zamyka oczy? Jeden z drugoplanowych bohaterów wypowiada w drugiej części filmu znamienne zdanie – Chciałbym zobaczyć, o czym śni ten świat. Makoto Shinkai ma na to jedyną słuszną odpowiedź – o miłości.

Granice wyobraźni

W „Ziemi kiedyś nam obiecanej” Japończyk obrazował, krótko mówiąc, młodzieńczą miłość, którą konstytuowały przeciwności losu, z którymi mierzyli się zakochani w sobie bohaterowie, by móc wyznać sobie uczucie i być razem. W „5 centymetrów na sekundę” („Byôsoku 5 senchimêtoru”), nakręconym dwa lata później średnim metrażu, idzie o krok dalej, zacierając granicę między nadzieją a jej rzeczywistym spełnieniem. Do głosu znowu dochodzą emocje, tym razem silniejsze i pozbawione otoczki science fiction. Akcja dzieje się bowiem współcześnie, nie zaś – jak w „Ziemi…” – w alternatywnej rzeczywistości czasów po II wojnie światowej. „Byôsoku…” rozpoczyna krótka scena stanowiąca nie tylko istotę tego filmu, ale i sedno całej twórczości Shinkaia. Szereg ujęć portretujących odbijające się w kałuży gałęzie drzew wiśni, wirujące na wietrze płatki kwiatów, zasnute nimi ulice i wypowiadane z offu zdanie głównej bohaterki, Akari – Szybkość, z jaką opadają płatki kwiatów wiśni, to pięć centymetrów na sekundę – daje jasny przekaz. Będzie to opowieść o ulotności, o gonieniu za niemożliwym, o przemożnym pragnieniu spełnienia tego, co najważniejsze, o rozstaniach i powrotach. Ujęte w nawias tej ulotności „Byôsoku…” jest więc filmem jednocześnie estetycznie prześlicznym i szalenie ludzkim, opowiadającym o zwykłych ludziach, którzy się w sobie zakochują. Bohaterka – wtedy mała dziewczynka, która właśnie skończyła podstawówkę i wraca z przyjacielem, Takakim, ze szkoły – zadaje mu dwa ważne pytania. Pierwsze – Czy nie przypominają ci one śniegu? – i drugie, gdy rozdziela ich szlaban na przejściu przez tory, który stanie się symbolem wciąż przepadającej szansy na ponowne spotkanie – Czy za rok obejrzymy razem kwiaty wiśni? Pół roku później wysyła mu pierwszy list.

kadr z filmu „Byôsoku 5 senchimêtoru”, reż. Makoto Shinkai

Listy to tutaj – oczywiście obok nieśmiertelnego u Shinkaia nieba – motyw przewodni historii miłosnej z rozdziału pierwszego. Historii obrazowanej wycinkami z życia bohatera, panoramami miasta i zbliżeniami nieba właśnie, wszystko przy wtórze czytanych z offu listów. Komentarzem do ich treści jest główny motyw muzyczny będący podstawą finałowej piosenki, „One More Time, One More Chance” w wykonaniu Masayoshi Yamazakiego. Tutaj warto zwrócić uwagę na unikatowe w świecie japońskich animacji rozwiązanie formalne. Otóż Shinkai w swoich pełno- i średniometrażowych filmach posługuje się schematem, który stał się już dla niego charakterystyczny. Każda historia jest podzielona na co najmniej dwie części (tak było w przypadku „Ziemi kiedyś nam obiecanej”, której pierwsza, retrospektywna część, zobrazowana jasnymi kolorami i dużą ilością światła, była dynamicznym wprowadzeniem do głównej akcji namalowanej przygaszonymi barwami i długimi ujęciami; „5 centymetrów na sekundę” składa się z 3 rozdziałów) i „kończy się” emocjonującą sceną finałową, stanowiącą clue całości. Potem następuje wieńcząca film piosenka z offu, komentująca opowieść swoim melancholijnym tekstem, oraz szereg sekwencji już bez dialogów, które pokazują dalsze wydarzenia zamykające całą historię. W „Byôsoku…” ma to szczególne znaczenie, gdyż tutaj Shinkai jak nigdy dotąd wycofał emocje poza kadr w taki sposób, by – paradoksalnie – bezpośrednio dotykały właśnie widza. Głosy bohaterów, wypowiadających swoje myśli i uczucia poprzez listy lub monologi wewnętrzne, stają się tutaj głosem każdego, kto natknie się na tę animację. I rzecz najważniejsza – tak jak początek akcji „Byôsoku…”dział się wiosną, tak kończy się ona zimą, a z nieba zaczyna sypać śnieg – tak bardzo przypominający Akari płatki kwiatów wiśni. Serca bohaterów są więc cały czas blisko siebie. Powraca też znany już dobrze u tego twórcy motyw snu (Akari i Takaki – podobnie jak bohaterowie „Ziemi…” – śnią o tym samym), również tutaj werbalizowany przez pragnienie bycia razem, powrotu do czasów dzieciństwa. Wypowiadają je w jednym czasie oboje, choć dzielą ich setki kilometrów, jednakże z czułością portretowane tu niebo jest odzwierciedleniem ich emocji i jednocześnie umownym miejscem spotkania.

Również w ostatnim średnim metrażu, „Kotonoha no Niwa” („The Garden of Words”) z zeszłego roku, niebo jest nie bez znaczenia, a co więcej, tym razem pojawia się u Shinkaia nowy motyw przewodni – deszcz. Rozpoczynające film ujęcie stawu i rozbijających się na jego tafli kropel konotuje melancholię, jaką osnuta będzie ta historia, i jednocześnie odsyła do poprzednich dzieł Japończyka. W „Ziemi kiedyś nam obiecanej” pojawiały się częste zbliżenia przede wszystkim nieba jako drogi do upragnionej wieży oraz przestrzeni komunikacji między zakochanymi. W „5 centymetrów na sekundę” kamera pieczołowicie śledziła wiosną kwiaty wiśni, a zimą – płatki śniegu. W „Kotonoha no Niwa” historię determinuje deszcz ukazywany za pomocą sugestywnych ujęć kropel spadających do stawu, na chodnik lub dachy budynków, mokrych liści czy załamującego się na parasolce światła. Reżyser znów nigdzie się nie spieszy, doskonale wiedząc, z jaką ostrożnością – zwłaszcza dziś – buduje się relacje międzyludzkie. Film oczywiście znów rozpoczyna się monologiem głównego bohatera z offu, a co za tym idzie – widz po raz kolejny zostaje zaproszony bezpośrednio do świata jego emocji. Kiedy byłem mały, niebo wydawało się być bliżej. Właśnie dlatego lubię deszcz, bo wraz z nim pojawia się zapach nieba, mówi Takao w w pierwszych minutach. Te znamienne dla całej animacji słowa potwierdzają nie tylko konsekwentną korespondencję między człowiekiem a naturą, która jest w twórczości Shinkaia obecna od zawsze, ale też implikują emocjonalność głównego bohatera. To właśnie deszcz daje jej wyraz i niejako ją konstytuuje – w czasie deszczu objawia się ona w pełni, dlatego też jest to pora, kiedy chłopak spotyka w altanie ogrodu miejskiego młodą kobietę. Shinkai rysuje klasyczną, romantyczną historię miłosną, nie siląc się na oryginalność narracyjną, a przenosząc akcent na stronę wizualną. To właśnie w tej warstwie dzieje się najwięcej, poczynając od wspomnianych ujęć kropel deszczu, poprzez zbawienny dystans między siłą uczucia a wielkomiejskim życiem (panoramy miasta i ujęcia nieba jak zwykle zachwycają), aż po właściwe temu twórcy zbliżenia na detal, ze szczególnym uwzględnieniem twarzy bohaterów. Siłą „Kotonoha no Niwa” jest jeszcze jedno – niedomknięte zakończenie, rzucające dużo światła na z początku niemożliwą z powodu znacznej różnicy wieku miłość Takao i Yukino, lecz nie przesądzające o ich wspólnej przyszłości.

kadr z filmu „Kotonoha no Niwa”, reż. Makoto Shinkai

Makoto Shinkai z każdym kolejnym filmem potwierdza swoją niekwestionowaną pozycję bacznego i czułego obserwatora relacji i uczuć między młodymi ludźmi, opowiadając o nich pełnymi subtelnej symboliki, pięknymi obrazami. Charakterystyczne dla jego stylu motywy i sposoby komponowania poszczególnych scen zdecydowanie odróżniają go od wielkiego Miyazakiego, choć jest mu bliski w czułym spojrzeniu na swoich bohaterów. Japonia doczekała się nowej ery animacji – zakorzenionych we współczesności i właściwemu jej myśleniu o nowych technologiach oraz odległych światach (w tym kosmosie). Cierpliwie i uważnie przyglądających się młodym ludziom zagubionym w wielkomiejskim życiu, zważających na ich melancholię i pragnienie bliskości, pełnych światła i małych-wielkich drobiazgów, a nade wszystko – pokazujących niebo jako lustro dla ludzkich emocji. Wszystko to za sprawą Makoto Shinkaia.

Monika Pomijan

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.