Aktor, reżyser, autor scenariuszy, artysta, pisarz, doktorant, nauczyciel akademicki – James Franco. Blockbustery, niezależne produkcje o bitnikach, dokumenty o S&M, mockumenty – James Franco. Otwieram lodówkę – James Franco. Chyba nie idę dziś do toalety…

 

Franco tak już wszędzie pełno, jego obecność tak wlewa się zewsząd w prywatny kinoświatek każdego kinomana, że gwiazdor w końcu musiał zawędrować i do hrabstwa Yoknapatawpha, w którym rozgrywa się akcja większości książek Williama Faulknera. Próbę adaptacji „Kiedy umieram”, jednej z najwspanialszych i najbardziej ostentacyjnie nieprzystępnych powieści noblisty, można byłoby poczytywać za wyraz pychy 35-latka, gdyby nie to, że, jak się okazuje, Amerykanin dobrze rozumie sedno pisarstwa swojego rodaka. Sekret twórczości Faulknera nie polegał bowiem ani na zgłębianiu mentalności mieszkańców Południa, ani na nasyceniu historii odniesieniami biblijnymi – to potrafili też inni. Najbardziej zachwyca w niej zdumiewające połączenie całkowicie zimnej i zdystansowanej narracji i czysto behawiorystycznego opisu z wkradającą się zawsze tylnymi drzwiami, a ostatecznie przybierającą postać lawiny nawałnicą emocji. Postacie prawie nigdy nie opowiadają o swoich uczuciach. Wszystko trzeba wyciągnąć sobie samemu ze strumienia świadomości przepełnionego barokowo rozbuchanymi zdaniami (rekordowe wypowiedzenie z „Absalomie, Absalomie” zawiera 1288 słów i jest jednym z najdłuższych w historii literatury), koniec końców niemal w każdej jego powieści wynoszącymi trud i znój południowej egzystencji na poziom metafizycznego zrozumienia losów każdego człowieka.

Nawet składające się wyłącznie z monologów wewnętrznych 15 postaci „Kiedy umieram” (wydane w 1930 roku) nie daje bezpośredniego wglądu w psychikę narratorów. Raczej w ich odruchy i reakcje, z których kawałek po kawałku budowane są tajemnicze osobowości. Dlatego mądrze postąpił reżyser, gdy zdecydował, że wrzuci widzów w sam środek akcji i powoli, wiernie trzymając się litery powieści, będzie dokładał cegiełki do opowieści o rodzinie biednych jak myszy kościelne farmerów z Missisipi. Z Anse Bundrenem, jego czterema synami i córką poznajemy się nagle i bez zaproszenia, by obserwować ich przez obiektyw rozedrganej cyfrowej kamery podjeżdżającej blisko bohaterów, uwydatniającej wszystkie ich niedoskonałości i grymasy. Gdy rodzina decyduje się spełnić ostatnie życzenie zmarłej żony i matki, Addie, i pochować ją w oddalonym o kilka dni drogi powozem Jefferson (zamiast na lokalnym cmentarzu), postacie zlewają się z szarym, pokrytym kurzem krajobrazem. Ta wszechobecna surowość doskonale współgra nie tylko z realiami życia w końcu lat 20., ale też z postępującym rozkładem ciała Addie umieszczonego w wykonanej przez jednego z synów trumnie. Żałosna i niebezpieczna – gdyż związana m. in. z przeprawą przez rwącą rzekę – odyseja Bundrenów podana jest jak u Faulknera, bez komentarza, bez oceny.

Tak jak w prawie, tak i w filmowych adaptacjach literatury litera to nie wszystko – najważniejszy jest duch. A ten w „Kiedy umieram” tkwi na przecięciu antypsychologizmu i subiektywizacji wynikającej z samej istoty monologu wewnętrznego. Pomysł na oddanie fragmentaryczności tak opisywanego świata Franco miał szalenie prosty – dzielony ekran. I choć jest to chyba pierwsze rozwiązanie, jakie przychodzi do głowy, to już wykorzystanie tego środka stylistycznego jest tu nader ciekawe. Gdy split-screenem posługuje się mistrz tej techniki Brian De Palma, obszar percepcji rozszerza się, możemy zobaczyć więcej, gdyż dostajemy pełniejszy ogląd miejsca akcji z zasadniczo różnych perspektyw. W „Kiedy umieram” niejednokrotnie na dwóch połówkach ekranu widać niemal to samo, ledwie odrobinę przesunięte. Zysk percepcyjny jest więc niewielki, wzmaga się za to wrażenie pęknięcia świata, chwiejności i niepewności tego, co widać. Subiektywizacja przychodzi w takim kontekście naturalnie i nie kłóci się z obiektywną surowością świata przedstawionego.

Z biegiem wydarzeń, w miarę jak powikłane losy poszczególnych bohaterów stają się coraz jaśniejsze, dzielony ekran coraz częściej ustępuje miejsca jednemu, zewnętrznemu punktowi widzenia pozwalającemu uporządkować informacje. Konsekwencja w stosowaniu obranej metody ma niestety to do siebie, że uwyraźnia innego rodzaju braki w kilku kluczowych momentach. Pośmiertny monolog leżącej w trumnie Addie, centralny punkt powieści pozwalający zrozumieć między innymi gniew trawiący Klejnota, zepsuto tu tak spektakularnie, że aż dech zapiera. Podawana zza kadru przedziwna mieszanina zimnej goryczy i matczynej czułości nie ma szans w walce o uwagę widza z iście sprinterskim montażem każącym skupić każdy neuron na interpretacji obrazu. W tej jednej chwili Franco tak dramatycznie rozminął się z tonem pierwowzoru, że postawił na szali wszystko to, co zdążył wcześniej wypracować. Na szczęście konsekwencja ostatecznie przeważa, a i w momentach, w których konstrukcja grozi zawaleniem, w sukurs przychodzą aktorzy. Czy będzie to Tim Blake Nelson jako bezzębny, irytujący w swoim braku decyzyjności Anse, czy Logan Marshall-Green w roli nieskrywającego palącej złości Klejnota – każdy z obsady prowadzonej przez samego Franco (w roli introwertycznego Darla) funkcjonuje na ekranie na równych prawach, dyktowanych przez bacznie obserwującą kamerę. Między innymi dzięki nim ten film broni się też jako osobne dzieło, chwytające nieprzyjazny krajobraz i wpisanych w niego ludzi, szarych i zakurzonych niczym pochylone nad rzeką wierzby, a zarazem prowadzonych jakimś niepojętym poczuciem wyższej konieczności. Nic dziwnego, że duża część tego zgranego kolektywu pojawiła się nie tylko w „Kiedy umieram”, ale też w innej adaptacji amerykańskiego klasyka, „Dziecię boże” na podstawie Cormaca McCarthy’ego. Obecnie grupa szykuje się do kolejnej ekranizacji Faulknera, próbując zmierzyć się z jego bodaj najtrudniejszą książką „Wściekłość i wrzask”.

I być może w tym właśnie tkwi metoda – w tym wyskakiwaniu z lodówki, w braniu się za bary z dziełami uznawanymi za całkowicie niefilmowe, w wymachiwaniu pięścią i porywaniu się z motyką na słońce. Bo choć Franco jest wciąż, mimo całkiem pokaźnego dorobku, reżyserem niepewnym, nie zawsze dobrze dobierającym środki, to widać w jego twórczości wyraźną tendencję ku lepszemu. Jeśli nadal z takim zapałem będzie wcielał w życie zasadę learning by doing, to tylko patrzeć, aż w końcu uformuje dzieło w pełni udane. A że facet wielokrotnie pokazywał (ostatnio w komedii „To już jest koniec”), że ma do siebie zdrowy dystans, to wyjątkowo łatwo przychodzi mi trzymać za niego kciuki.

Robert Mróz

Kiedy umieram”

reżyseria: James Franco

premiera: 20 maja 2013 (świat), 11 kwietnia 2014 (Polska)

produkcja: USA

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.