W ramach swojej (elektro)akustycznej trasy ikona rapu, jedyny w swoim rodzaju Everlast dotarł z wizytą do krakowskiej Fabryki. Uraczył zgromadzonych przekrojowym materiałem reprezentującym album The Life Acoustic”. A przed Erikiem Shrodym publiczność rozgrzała lokalna ekipa Shoom. 5kilo kultury nie mogło tego przegapić i oczywiście pojawiło się na koncercie. 

 

Everlast to żywa legenda, która w zanadrzu ma aparycję oraz wystarczającą ilość hitów, by rozkręcić konkretną imprezę tylko przy pomocy swojego głosu i sześciu strun pudła. Podczas trasy promujacej album „The Life Acoustic” wspiera go klawiszowiec, co w połączeniu z gitarą sprawdza się naprawdę dobrze. Koncert zaliczyłbym do tych raczej spokojnych, gdzie owszem, gibie się bioderkiem, ale reszta ciałka od tanecznych ekscesów się wzbrania. Everlast wszedł na scenę sprawiając wrażenie nieco zmęczonego, jednak z kawałka na kawałek temperatura i energia rosły. Erik podlewał swoje gardło whisky, która w ten wieczór okazała się działać na jego struny głosowe niczym tajemniczy eliksir na Asteriksa. Na głośną prośbę jednego z fanów o podpis płyty, burknął jedynie, że w sumie to teraz jest w pracy, ale, jak się okazało, bardzo tę pracę lubi. Fachowo odgrywał takie perełki jak „White Trash Beautiful”, „What It’s Like” czy bardziej energiczne „Stone in My Hand”, „My Medicine” oraz wesolutki w akustycznej wersji „Jump Around”. A że publiczność lubi się bawić przy tym, co dobrze zna, wszyscy zgromadzeni udekorowani byli nieskrępowanymi, serdecznymi uśmiechami. Spodziewałem się wprawdzie, że Erik to gość nieco bardziej wyluzowany, że lepszy z niego wodzirej, ale przy tym, jak wyśmienitym jest wokalistą i kompozytorem, który wie, jak robić swoją robotę, staje się to zaledwie ulotnym mankamentem. Swoją grą nie ustępował mu wspomniany operator klawiszy – doskonale dogrywał się do lidera, miał również czas, by pokazać swój warsztat i polot. Nie tylko w postaci technicznie imponujących, choć krótkich solówek, ale i w wyśmienitym medley łączącym tematy od „Stairway to Heaven” Led Zeppelin aż po Blackstreet i ich nieśmiertelny „No Diggity”. Było więc tanecznie, nostalgicznie, ale przede wszystkim był ten wspaniały głos, który sprawia, że gdy choć szepnie Jump, to zgromadzeni, skacząc, odpowiadają Around!

I jeszcze słówko o supporcie. Grupa Shoom łączy rap z reggae dokładnie tak, jak 99% juwenaliowych zespołów tego typu, dlatego nie było mowy o jakimkolwiek zaskoczeniu. Gitara klasyczna, bas, perkusja, beatbox oraz trzech MC świetnie rozgrzało jednak zgromadzonych i odpowiednio nastroiło nas na wieczór z Everlastem. Schodząc, jeden z MC – nie wiem, czy tłumacząc pewne malutkie potknięcia, czy by wzbudzić respekt – podkreślił Przygotowywaliśmy to tylko 4 godziny. Drzemie w nich koncertowy potencjał, więc po jeszcze kilku(nastu) 4-godzinnych próbach publiczność będą mieli w garści. Póki co wybieram 52um, ale szczerze życzę chłopakom powodzenia i coraz więcej szans na pokazanie się szerszemu gremium.

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.