Margarethe von Trotta przyzwyczaiła kinową publiczność do regularnego prezentowania owoców swojej pracy. Po kilku latach od schematycznej i chłodno przyjętej „Wizji z życia Hildegardy z Bingen”, niemiecka autorka powraca z nowym obrazem. Tym razem jest to film biograficzny, w którym von Trotta w zajmujący sposób opowiada historię jednej z najważniejszych myślicielek XX wieku – Hannah Arendt.

 

Reportaż sądowy zatytułowany „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła” jest prawdopodobnie najbardziej znaną książką Arendt. Niemiecka filozof o żydowskich korzeniach przedstawia w niej relację z procesu oficera SS Adolfa Eichmanna, odpowiedzialnego za przeprowadzenie planu „Ostatecznego Rozwiązania Europejskiej Kwestii Żydowskiej”. Eichmann  po wojnie uciekł do Argentyny. Mieszkał w Buenos Aires pod fałszywym nazwiskiem aż do 11 maja 1960 roku. Wtedy to został uprowadzony przez agentów Mossadu i doprowadzony przed izraelski sąd. Wariacja na temat porwania zbrodniarza otwiera nowy film von Trotty.

Gdy tytułowa bohaterka dowiaduje się, że Eichmann stanie przed wymiarem sprawiedliwości postanawia, że będzie relacjonować ten proces. Otrzymuje akredytację „New Yorkera” i wyrusza do Jerozolimy. W filmie von Trotty brak reżyserskiej rekonstrukcji sądu nad hitlerowskim zbrodniarzem. Jest za to celny i ciekawy zabieg formalny – reżyserka wplata w swój obraz archiwalny zapis procesu. Czyni to subtelnie i proporcjonalnie – widz nie odczuwa ani zaburzenia narracji, ani stylistycznego zgrzytu. Powstaje natomiast wrażenie autentyczności opowiadanej historii i co najważniejsze – von Trotta nie stawia głośnego procesu w centrum swojego filmu, pozostaje nim cały czas główna bohaterka – Hannah Arendt.

A ta jest osobowością nietuzinkową. Wybitna filozof, autorka jednej z najważniejszych analiz totalitaryzmu, uczennica Jaspersa, Husserla, a przede wszystkim Heideggera. Z tym ostatnim główną bohaterkę łączył tragiczny romans, przerwany przystąpieniem Heideggera do NSDAP. Retrospekcje z kolejnych etapów relacji Arendt i jej mistrza w sposób cichy i nienachlany przecinają opowieść von Trotty. Widzowie otrzymują możliwość wglądu w związek, który zarówno pod względem uczuciowym, jak i intelektualnym był jednym z najważniejszych dla tytułowej postaci filmu. Współcześnie zaś oglądamy Arendt przede wszystkim jako szczęśliwą żonę. Ponadto, bohaterka nie rozstaje się z papierosem, jest uwielbianą przez studentów profesor i współgospodynią nowojorskiego salonu, otoczoną grupą przyjaciół-intelektualistów, głównie z kręgu niemieckiej emigracji. Sceny dyskusji w znakomitej większości obfitują w błyskotliwe dialogi, które momentami są wręcz fascynujące. Tę idyllę przerywa książkowe wydanie „Eichmanna w Jerozolimie”.

Recepcja książki Arendt była niezwykle burzliwa. Wśród zarzutów pozamerytorycznych do najłagodniejszych należało twierdzenie, że autorka z dziennikarskiej relacji uczyniła filozoficzną rozprawę. Do najcięższych można zaliczyć insynuacje jakoby nienawidziła własnego narodu. Odbiorców książki (w tym również i takich, którzy jej nie przeczytali) najbardziej bulwersowało, że Arendt stawia w niej pytania o rolę i zasadność postaw żydowskich przywódców tuż przed i w czasie trwania Holocaustu. Kontrowersje wzbudzało również twierdzenie, że proces Eichmanna obfitował w różnego rodzaju nieprawidłowości natury prawnej. Arendt straciła część przyjaciół, zyskała wrogów i uciążliwe zainteresowanie izraelskiego wywiadu. Przez długi czas nie odnosiła się publicznie do tej nagonki (temat nieetycznych praktyk mediów, napędzających spiralę niechęci czy wręcz nienawiści, von Trotta akcentowała już w „Utraconej czci Katarzyny Blum” – filmie  którym debiutowała u boku Volkera Schlondörffa). Finalnie, główna bohaterka postanawia zabrać głos i czyni to z właściwą sobie klasą. Przytoczę – w wersji rozszerzonej – odpowiedź na personalny zarzut „braku miłości do własnego narodu”. Cytat pochodzi z listu Arendt do prof. Uniwersytetu Hebrajskiego Gershoma Scholema:

Masz zupełną rację – nie kieruje mną wcale ‚miłość’ tego rodzaju, z dwóch powodów: nigdy w życiu nie darzyłam ‚miłością’ żadnego narodu czy zbiorowości – ani narodu niemieckiego, ani francuskiego, ani amerykańskiego, ani klasy robotniczej, ani niczego w tym rodzaju. W istocie kocham ‚tylko’ mych przyjaciół, a jedynym rodzajem miłości, jaki znam i w jaki wierzę, jest miłość do osób.

Myliłby się ktoś, kto chciałby łatwo przypisać Arendt do skrajnej lewicy. Ona sama, gdy już musiała określać swój rodowód ideowy, twierdziła, że wywodzi się z tradycji filozofii niemieckiej.

Zarówno książka „Eichmann w Jerozolimie”, jak i sam proces hitlerowskiego zbrodniarza to tematy ważkie i mogłyby przyćmić postać bohaterki obrazu. Von Trotta skutecznie ominęła te pułapki – zrobiła film biograficzny o Hannah Arendt – autorce niezwykle ważnych dzieł filozoficznych, ciepłej kobiecie i wybitnej indywidualistce. Chyba najsilniejszy akcent von Trotta położyła właśnie na to ostatnie określenie, toteż chciałbym rozwinąć tytuł-cytat recenzji (cyt. pochodzi z przywoływanego już listu):

Rozumiem przez to z jednej strony to, że nie należę do żadnej organizacji i wypowiadam się zawsze wyłącznie we własnym imieniu, z drugiej zaś to, że pokładam wielkie zaufanie w Lessingowskim selbstdenken, którego, jak sądzę, nie da się nigdy zastąpić żadną ideologią, żadną opinią publiczną i żadnymi ‚przekonaniami’. Bez względu na to, jakie zastrzeżenia mogłoby budzić w Tobie tego rezultaty, nie zrozumiesz ich dopóty, dopóki nie uświadomisz sobie, że naprawdę doszłam do nich wyłącznie o własnych siłach.

Bartosz Marzec

 

Film był pokazywany przedpremierowo w ramach 18. Festiwalu Wiosna Filmów w Warszawie.

„Hannah Arendt”

reżyseria: Margarethe von Trotta

premiera: 11 września 2012 (świat)

produkcja: Francja, Kanada, Niemcy, Izrael

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.