Na chłodne, zimowe wieczory polecamy Wam nie tylko ciepły, dodający otuchy debiut chłopaków z Łagodnej Pianki, ale też ich ulubione filmy. Pewnie wielu z Was też chętnie wraca do polecanych tytułów, przynajmniej do części. Sprawdźcie, o jakie chodzi.

 

PIOTR JABŁOŃSKI – wokalista, gitarzysta

Lubię oglądać filmy i poświęciłem temu wiele czasu, jednak nigdy nie zostałem koneserem i znawcą kinematografii, choć może kiedyś się uda… Filmy traktuję jako tymczasową odskocznię od rzeczywistości, na 90 minut zapominam o całym bożym świecie. Po tym, jak przeczytałem wiadomość, że mam wymienić kilka filmów, które mnie zainspirowały, postanowiłem wybrać po prostu te, które przyszły mi na myśl jako pierwsze:

Christophe Barratier – „Pan od muzyki” (2004) – gdybym nie studiował geologii, pewnie zostałbym nauczycielem muzyki.

Frank Darabont – „Zielona mila” (1999) – piękna ekranizacja powieści Kinga. Baśniowy klimat więzienia… Niemożliwe? A jednak. No i łezka w oku pozostaje.

Frank Darabont – „Skazani na Shawshank” (1994) – oglądałem to w telewizji jako dzieciak. Od tamtej pory mam w głowie scenę, gdzie Andy Dufresne wychodzi na deptak, a z dziurawych kieszonek wysypuje urobek z mozolnie drążonego tunelu. Dziwne, ale ta scena jakoś zawsze będzie mi się kojarzyć z wytrwałością w pracy przy osiąganiu celu.

ANDRZEJ JABŁOŃSKI – basista

David Lynch – „Prosta historia” (1999) – w cudownie nieśpieszny sposób, przy pomocy wspaniałych zdjęć, mądrych dialogów i pięknie ilustrującej całość muzyki, opowiedziana została historia o potrzebie pojednania u kresu drogi. Ten film powinien obejrzeć każdy.

James L. Brooks – „Lepiej być nie może” (1997) – zabawny film o poważnych sprawach. O tym, że zawsze może się zdarzyć coś, co wyciągnie nas zza najgrubszego muru, jaki z bardzo różnych osobistych powodów potrafimy wokół siebie wybudować.

Stanisław Bareja – „Miś” (1980) – film, który nie znudzi mi się nigdy. Mistrzowski scenariusz i fantazja, których w polskim kinie współczesnym troszkę mi brakuje.

MARCIN DYŁO – klawiszowiec

Francis Ford Coppola – „Ojciec Chrzestny” (1972) – Genialna reżyseria Coppoli połączona z niesamowitą muzyką i gwiazdorską obsadą. Jednym słowem klasyk, trudno coś więcej o tym filmie powiedzieć.

Robert Zemeckis – „Forrest Gump” (1994) – nie wiem dlaczego, ale zawsze oglądając ten film się wzruszam. Może dlatego, że czasami czuję się jak ten Forrest w obecnej rzeczywistości, w świecie, gdzie nastąpiła całkowita znieczulica społeczeństwa.

Stanisław Bareja – „Miś” (1980) – no cóż, chyba nie ma Polaka, który by tego filmu nie widział, chyba nie ma Polaka, który by tego filmu nie lubił. Generalnie jestem fanem twórczości Barei.

ARKADIUSZ ŁYSZCZAK – perkusista

Quentin Tarantino – „Pulp Fiction” (1994) – to pierwsze, co przychodzi mi na myśl. Genialny film, można go porównać do koncertu, który odpalasz kilka razy w roku i się nie nudzi. Zawsze coś przykuje uwagę, zawsze coś na nowo zaintryguje. Mistrzowskie dialogi Tarantino, mistrzowski scenariusz, mistrzowska gra aktorów. Co więcej, urzeka mnie wersja z polskim lektorem do tego filmu. Zwykle tłumaczenie albo lektor w bardzo małym stopniu oddają klimat filmu, niezbyt przekonująco, a w tym przypadku jest więcej niż dobrze.

Drugi film to „Fight Club” (David Fincher, 1999), na podstawie książki Palahniuka, do której przeczytania wciąż się przymierzam, ale chyba nie wiem, jak się do niej zabrać. Już sama ekranizacja daje mocno do myślenia, a postać grana przez Nortona jest mi bardzo bliska. Czasami ma się ochotę wysadzić wszystko dookoła i poskładać od nowa. „Z wystarczającą ilością mydła można wysadzić wszystko”. Mocno polecam, a w odpowiednim momencie złapię za książkę.

Trzeci film jest z zupełnie innej beczki. Małe wspomnienie, a mianowicie Znaki” (M. Night Shyamalan, 2002). Niby takie sobie sajens fikszyn, film o ufoludkach i ich inwazji na naszą planetę, ale do tej pory żaden z obejrzanych horrorów i innych dreszczowców nie przestraszył mnie tak jak ten. Konkretniej scena, kiedy pokazywane jest nagranie z imprezy urodzinowej dzieciaków w Brazylii, a za oknem nagle pojawia się kosmita. Ładnych kilka lat wstecz, sam w ciemnym pokoju i można się przestraszyć. Takiego dreszczu nie wywołał we mnie żaden film. Na pytanie, czy wierzę w obcą cywilizację – nie odpowiadam.

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.