Na scenie warszawskiego klubu Basen w piątkowy wieczór spotkała się iście koronna para: Król Błażej i Królowa Dorota. Z takiego spotkania mogły wyniknąć tylko niecodzienne muzyczne doznania. Dodatkowo ku mojemu zdziwieniu okazało się, że ta dwójka ma ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać. I nie chodzi tylko o ich fikuśne zabawy słowem.

 

Pierwszy wystąpił KRÓL. Nie był to jednak support, lecz pełnoprawny występ. Mieliśmy tego wieczoru do czynienia z artystami, którzy w niczym sobie nie ustępują. Nie było więc mowy o jakiejkolwiek hierarchii, bez względu na to, kto otwierał, a kto zamykał show.

Jak na prawdziwego Króla Błażej to muzyk skromny. Tylko trzy czerwone światła krzyżujące się nad jego głową i układające w koronę symbolizowały jego szlachetne pochodzenie. Osobowość sceniczną zastępuje muzyką, wypowiada się za pomocą tekstów piosenek. „Nielot” dał się poznać jako płyta oryginalna na polskim rynku, jednak dopiero na koncertach pokazuje swój potencjał. Okazuje się, że materiał jest plastyczny i otwarty na nowe, ciekawe aranżacje. Jednocześnie daleko im do zbytniego skomplikowania i przepychu. Lecz by dać się przekonać takiej muzyce, trzeba pozwolić sobie na chwilę skupienia. Chłonięcie atmosfery trwa przez kilka pierwszych piosenek. Nie sposób zanurzyć się w niej tylko na moment.

UL/KR darzę ogromnym sentymentem. Tym bardziej cieszy mnie, że w solowej twórczości Błażej Król nie odcina się od tego, co tworzył w duecie. Nadal, szczególnie w przejściach między kawałkami szepcząco i niepokojąco zapowiadającymi kolejne utwory, słychać mroczny, duszny, elektroniczny romantyzm. W szumnych aranżacjach ginęły niekiedy słowa. Może to i dobrze, bo na „Nielocie” pośród smacznych wersów można znaleźć też sporo tekstowych zgrzytów.

Dorota Masłowska to, wydawałoby się, zupełnie inny żywioł. Budowany konsekwentnie image artystki kontrowersyjnej przenosi tym razem na pole muzyki. Długie intro zapowiadało pojawienie się na scenie frontmanki zespołu i podnosiło emocje. Jednak sama Masłowska okazała się mniej wyzywająca niż wyprzedzająca ją reputacja (co dodawało jej uroku). Czego na pewno nie można powiedzieć o muzyce zespołu.

Piosenki Mister D. są jak niekończąca się litania kompleksów naszego społeczeństwa, kolaż z kolorowych magazynów i cytaty z komentarzy w Internecie. A wszystko przyprawione wizualizacjami osadzonymi w estetyce lat 90. Wystarczy wspomnieć, że występ zaczął się od skargi na „Kingę Rusin” i wyjazdu na „Chrzciny”. Nie zabrakło też największych hitów – piekliśmy „Chleb”, z którego potem zrobiliśmy „Kanapki z hajsem”. Kawałki Mister D. są hałaśliwym, uwspółcześnionym, postmodernistycznym punkiem, który nie odciął się od swoich korzeni. Podczas koncertu w Basenie mieliśmy okazję usłyszeć cover „Bez matki” 19 wiosen. Jednak chyba najwięcej radości sprawiło publice wyśpiewanie „Ogórek” zamiast „prezydent” w piosence o tym samym tytule.

Na scenie Dorota Masłowska to wciąż bardziej pisarka niż piosenkarka. Znalazła sobie jednak muzyków, którzy doskonale ukrywają jej muzyczne niedoróbki i do aranżacji naprawdę nie można się przyczepić. Zresztą jej nieco amatorski wokal doskonale odpowiada punkowej stylistyce, a nawet irytująca maniera w głosie nie razi tak bardzo na żywo i tylko podkreśla ironiczny charakter piosenek.

Spotkanie Króla i Mister D. okazało się trafione. Na koniec powiem tylko – więcej takich muzycznych fuzji.

5kilo kultury było patronem medialnym wydarzenia.

 

Anna Ślusareńka

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.