Debiutancki film Natalie Portman jest jak list do ukochanego, przesycony emocjami i wątkami zrozumiałymi tylko dla zainteresowanych. Trudno powątpiewać w szczerość intencji hollywoodzkiej gwiazdy, która poświęciła kilka lat życia, by przybliżyć widzom to, co jej zdaniem kluczowe dla zrozumienia współczesnej żydowskiej tożsamości. Można jednak odnieść wrażenie, że podjęła się tego wyzwania zbyt szybko, a więcej reżyserskiego doświadczenia pomogłoby jej w nieco subtelniejszym ujęciu tematu.

 

„Opowieść o miłości i mroku” jest ekranizacją bestsellerowej powieści Amosa Oza. Pisarz nakreślił w niej swoje dzieciństwo, które zbiegło się z procesem kształtowania nowo powstałego państwa izraelskiego. Wspomina swoich rodziców, uczących go funkcjonowania w trudnej rzeczywistości w zróżnicowany sposób: ojciec Arieh mocno stąpa po ziemi, natomiast matka Fania (w tej roli sama Portman) pogrąża się w tytułowych opowieściach, jakby wyrażając przekonanie, że posiadanie niepodległego państwa nie jest możliwe bez metafizycznej nadbudowy – gdy brakuje tożsamości, nie pomoże nawet najsilniejsze wojsko.

Z początku znaczną część filmu wypełniają sceny, w których Amos poznaje świat w formie zapośredniczonej przez naukowe spojrzenie ojca. Arieh uczy syna tajników języka, wprowadzając go w meandry przesyconej mistyką hebrajskiej gramatyki. Amos dowiaduje się między innymi o związkach dzieci z pamięcią, człowieka z ziemią czy kwiatów z bykiem – symbolem płodności. Natomiast podejście reprezentowane przez matkę stanowi równowagę dla analitycznego sposobu myślenia jej męża. Zamiast przekazywać suchą wiedzę, dociera do uczuć dziecka: opowiada synkowi rozmaite historie – niekiedy okrutne, innym razem bardziej marzycielskie – które stanowią dla niego drogowskaz moralny, a z czasem okażą się nieodłączną częścią życia rodziny.

Portman osiąga ciekawy efekt, umieszczając Fanię i Amosa w rolach bohaterów historii cytowanych przez matkę. W ten sposób nie tylko niejako symuluje sposób działania mózgu osoby słuchającej opowieści (która naturalnie próbuje utożsamić się z bohaterem i odnieść świat przedstawiony do tego rzeczywistego), ale jakby sugeruje, że cały jej film również należy odczytywać jako swego rodzaju przypowieść. Z drugiej strony, nie stroni od naturalistycznych wizji życia w czasie wojny, co może sprawiać wrażenie, jakby usiłowała połączyć ze sobą dwa nie do końca przystające porządki.

Reżyserka potyka się w drobnych scenach, które teoretycznie miały zapewne na celu wytrącenie widza z poczucia komfortu. Niezdecydowanie co do wyboru konwencji skutkuje jednak bałaganem, zdecydowanie zbyt często wymykającym się spod kontroli. Zmyślnie zaaranżowane ujęcia cywilów ginących w czasie codziennych czynności od strzałów wrogiego wojska czy książki upadającej na ziemię po tym, jak do bohaterów dociera tragiczna wiadomość, w domyśle miały być subtelne i symboliczne, ale w efekcie ocierają się o kicz i zamiast poczucia smutku czy strachu wywołują raczej zażenowanie.

Sytuacji nie są w stanie diametralnie poprawić nawet zdjęcia Sławomira Idziaka – przez większość filmu utrzymane w chłodnych barwach, wybuchające czerwienią i żółcią w scenach przedstawiających snute przez Fanię opowieści. Tych momentów jest jednak niewiele – Portman nie w pełni wykorzystuje środki, jakie daje jej kino, zbyt często sięgając bezpośrednio po cytaty z powieści Oza. Koniec końców udaje jej się pokazać, jakie wyobrażenia i tęsknoty ukonstytuowały współczesne państwo izraelskie, ale jest w tym zbyt literacka, a za mało filmowa. Często słyszymy komentarz z offu wyjaśniający emocje bohaterów czy znaczenie tej czy innej przypowieści – debiutująca reżyserka w wielu kwestiach nawet nie podjęła się próby przetłumaczenia ich na język filmu.

„Opowieść o miłości i mroku” jest w istocie listem miłosnym do wyobrażonej ojczyzny – ale jak to z listami miłosnymi bywa, jest on w pełni czytelny wyłącznie dla zainteresowanych stron. Pomimo wysiłków reżyserki film pozostaje w pewien sposób hermetyczny – i to nie tyle nawet pod względem kulturowym czy historycznym, ale przede wszystkim emocjonalnym. Ważny wątek stanowi walka Fanii z melancholią spowodowaną faktem, że rzeczywiste życie w niepodległym kraju nie wytrzymało porównania ze snutymi przed laty marzeniami. Jednak u osób niepodzielających tego uczucia oglądanie umęczonej twarzy Portman (momentami trudno wyzbyć się skojarzeń z jej występem w „Zemście Sithów”) może wywoływać raczej irytację niż współczucie. W pewnym momencie z ekranu pada znamienne zdanie: Spełnione marzenie zawsze rozczarowuje. Trudno o lepsze podsumowanie debiutanckiego dzieła izraelskiej gwiazdorki.

 

Marcin Sarna

„Opowieść o miłości i mroku”

reżyseria: Natalie Portman

premiera: 1 kwietnia 2016 (Polska), 16 maja 2015 (świat)

produkcja: Izrael

 

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony 5kilokultury.pl – Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *