Bajki wieczorową porą

Swoje ulubione typy do słuchania nocą posiada chyba każdy. Gdyby takie badania przeprowadzili amerykańscy naukowcy, zapewne okazałoby się, że wieczorem najchętniej rzucamy na bezprzewodowe głośniki chillout, miękką elektronikę, lounge, subtelny jazz lub gitarowe ballady (nie wykluczam jednak wyjątków, noce bywają różne). Lecz czy zastanawialiście się kiedykolwiek, czego nocą słuchają wasi ulubieni muzycy? Niezależna brytyjska wytwórnia Night Time Stories powstała, aby wyjść naprzeciw waszej nieuświadomionej ciekawości.

 

Late Night Tales to jedna z najbardziej interesujących serii wydawniczych, jakie kiedykolwiek ujrzały światło dzienne. Dlaczego? Wytwórnia zaprasza uznanych artystów do stworzenia ich prywatnych wieczorowych kompilacji. Dzięki temu, w prosty i bardzo przyjemny sposób, słuchacze mogą poznać inspiracje lub autorytety, a czasem po prostu ulubione kawałki swoich muzycznych guru. W świecie, w którym każdy lubi wiedzieć wszystko o każdym, a kwestia intymności często za sprawą nas samych zwyczajnie ląduje w śmietniku, taki rodzaj poufności trzeba nazwać wyjątkowo pomysłowym i godnym polecenia. Na albumy Late Night Tales, oprócz specjalnie wyselekcjonowanych utworów, składają się również – z niewielkimi wyjątkami – jeden nowy cover zaprezentowany przez artystę proponującego daną składankę oraz zamykający utwór recytowany. Od 2001 roku (wtedy jeszcze – do 2003 – Late Night Tales wypuszczane było pod nazwą Another Late Night) swoje nocne krążki przedstawiło 37 artystów/zespołów, w których gronie znaleźli się między innymi Bonobo, The Flaming Lips, Fatboy Slim, Matt Helders z Arctic Monkeys czy MGMT.

Seria faktycznie pozwala na wgląd w muzyczne fascynacje artystów. W wielu przypadkach składanki są niemalże dokładnym odwzorowaniem stylu muzyków, mimo iż zaprezentowane utwory nie są ich kompozycjami. Nightmares On Wax przedstawiają rewelacyjną składankę triphopowych numerów z masą bassu, dubu, mnóstwem soulu i świetnego flow, zbudowaną na chwytliwych, często powielanych loopach (zderzenie The Gravy Train Iana Browna w miksie NOW i Every Season Tony’ego Allena z Damonem Albarnem). Na składance Fatboy Slima znajdziemy mnóstwo niebanalnego rocka przesyconego funkiem i reggae, a wśród utworów Just Dropped In z Big Lebowskiego, co wskazywać może nie tylko na inspirację, lecz także na zwykłą sympatię artysty do filmu braci Coen. Jedną z najciekawszych ścieżek tego typu zaproponował w 2013 roku Bonobo. Kompozycje, od muzyki klasycznej (Dustin O’Halloran, twórca ścieżki dźwiękowej do Marii Antoniny Sofii Coppoli; Matthew Bourne), aż po numery pełne perkusyjnych loopów i jazzowych ekspansywnych partii dęciaków i wtrąceń, są kwintesencją stylu podopiecznego Ninja Tune.

 

Jedną z największych zalet kompilacji Late Night Tales jest to, że w wielu przypadkach przynoszą one mnóstwo miłych niespodzianek. Na większości płyt możemy zaobserwować wyraźne inspiracje i drogi muzyczne poszczególnych artystów, zdarza się jednak, że znajdziemy tam absolutne perełki zupełnie niepowiązane z ich stylem. Dla przykładu, Röyksopp umieszcza na swojej składance przepiękną kompozycję z 1961 roku Stranger on the Shore brytyjskiego klarnecisty jazzowego, Ackera Bilka. Metronomy przywołuje El Bozo Chicka Corei, a Air Jeffa Alexandra, Black Sabbath i Lee Hazlewooda. Moimi osobistymi królami w doborze muzycznych osobliwości na Late Night Tales są jednak Belle&Sebastian. Ich składanka to istna kopalnia unikatowych numerów – Watch the Flowers Grow The Four Seasons a.k.a. The Wonder Who?, Soul Vibrations harfistki jazzowej Dorothy Ashby, L.S.D. Partie francuskiego kompozytora Rolanda Vincenta, Spinning Wheel Blood, Sweat & Tears oraz to, co najbardziej ujmuje moje serce, czyli obecność Joe Passa, jednego z najgenialniejszych gitarzystów jazzowych w historii.

 

Jeśli natomiast oceniać Late Night Tales pod względem różnorodności nastrojów, utworów najbardziej niesamowitych i dotykających najciekawszych emocji, to moim ulubionym albumem jest składanka przygotowana przez Nouvelle Vague. Od słonecznych i lekkich Come on Eileen i Baby artyści przechodzą do piekielnie intrygujących i mrocznych Unless The Pale Fountains, Movement of Fear Tones On Tale oraz The Vespertine Park Gavina Bryarsa. Tajemnica i wyjątkowy klimat pojawiają się w Urban Serenade Avril i Fire in the Forest Davida Sylviana. Jednym słowem – zachwytom nie ma końca. Ponadto jest to składanka, która najlepiej ukazuje kolejną z zalet serii – często na albumach pojawiają się artyści wielcy, lecz lekko już zapomniani. Między wieloma współczesnymi wykonawcami możemy usłyszeć czarującą Julie London, Charlie’ego Richa, Glena Campbella czy pełną niepowtarzalnej klasy Shirley Horn. Z drugiej znów strony, Late Night Tales to także świetna okazja do poznania fantastycznych rodzimych artystów, którzy z powodu przynależenia do swoistej niszy nie stali się wystarczająco popularni w Polsce czy innych krajach, a których kompozycje zdecydowanie zasługują na uwagę.

 

Late Night Tales to pozycja wręcz obowiązkowa dla osób ciekawych muzyki. Dzięki pokaźnej już, a stale rosnącej liczbie kompilacji, nikt nie będzie miał problemu ze znalezieniem swojej ulubionej. Sama osobiście czekam, aż do projektu zostanie zaproszony ktoś z polskich artystów – byłaby to z pewnością niepowtarzalna szansa na promocję naszego muzycznego dorobku. A mamy się czym chwalić. Tymczasem – rzucam wyzwanie na miarę Ice Bucket Challenge: jak wyglądałyby wasze składanki? Swoją drogą – nominuję Milesa Davisa, Witkacego, Krzysztofa Komedę, Bułhakowa i Duke’a Ellingtona.

Alicja Cieloch

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.