Bob, jakiego nie znacie

Bob Dylan Shadows In The Night okładkaBob Dylan – Shadows in the Night (2014) Sony Music

Naczelny komentator społecznych i politycznych relacji w USA sięgnął po repertuar zgoła odmienny od tego, którym raczył fanów od kilkudziesięciu lat. Protest songi zamieniły się w płaczliwe opowieści o miłości wyśpiewywane zazwyczaj na wielkiej estradzie. Bob Dylan i Frank Sinatra na jednym albumie to zderzenie dwóch światów. Temu pierwszemu, rebeliantowi z akustyczną gitarą, nigdy nie było po drodze do występów w kasynie w Las Vegas, co przez pewien okres praktykował drugi. Dlatego Shadows in the Night wprawia w osłupienie.

 

Czego my właściwie słuchamy? Bob Dylan zabrał się za utwory Franka Sinatry i wykombinował im nowe aranżacje. Innymi słowy, bard śpiewający o morderstwach na tle rasistowskim (Hurricane z Desire) przeniknął do bajkowego świata smyczków i swingu. I wszystkie smyczki usunął, jak wyjaśnił Rob Stringer z Columbia Records. Zgadza się, Dylan znacznie uprościł przygotowany materiał, bo nad piosenkami dla całej orkiestry pracował kameralny, kilkuosobowy zespół. Bez poprawek, bez słuchawek i chórków – warunki wręcz spartańskie. Sam Bob przyznał, że praca nad krążkiem była dla niego ogromną przyjemnością i zaszczytem. Pytanie tylko, czy przyjemność odczują miłośnicy zbuntowanego grajka? Burza loków, papieros w ustach i rzucające wyzwanie spojrzenie – oto Dylan, jakiego znamy od lat. Chłopak z gitarą z małego miasteczka bez perspektyw na przyszłość. Wędrowny muzyk, który stał się kimś – ale zamiast podporządkować się ówczesnemu porządkowi, burzył go dźwiękiem. I to jakim! Jego piosenki, jedna po drugiej, stawały się hymnami pokolenia (Blowin’ in the Wind). Później, rzecz jasna, trochę ochłonął, bo i czasy nieco się uspokoiły, co jednak nie przeszkodziło mu w wydawaniu wciąż świetnych kawałków.

Robert Zimmerman, czy, jak kto woli, Bob Dylan, jest tym rodzajem muzyka, który nie zdziadział i pomimo sędziwego wieku wciąż ma do powiedzenia coś sensownego. W ciągu ponad pięćdziesięcioletniej kariery przerzucił się tylko ze swojej akustycznej gitarki na bluesowe brzmienia z przydrożnego baru i podrasowane country. Jego zachrypnięty głos i mądre teksty w połączeniu ze świetnie skomponowaną muzyką składały się na naprawdę porządne longplaye (np. Tempest z 2012 roku). Dlatego tak bardzo dziwi wybór repertuaru na najnowszą płytę. Dylan wskoczył do świata zupełnie innego niż ten, o którym śpiewał przez pół wieku. Do świata blichtru, w którym rządzi mafia. I słuchając Shadows in the Night można odnieść wrażenie, że Bob muzykant niezbyt dobrze się w nim czuje. Coś tu ewidentnie zgrzyta. Pierwszy odsłuch skupia uwagę na czas jakichś dwóch utworów. Później kolejne zaczynają się zlewać w tę samą aranżację i głos, który zdaje się męczyć tym całym śpiewaniem i dogłębną analizą smutku i tęsknoty, bo ona jest daleko.

Bob Dylan

Jednak ze względu na szacunek do Boba Dylana warto płytę odtworzyć ponownie, żeby przy maksymalnym wytężeniu słuchu zacząć powoli dostrzegać wyłaniające się z niej konkretne piosenki. What’ll I Do wpada w ucho, choć bardziej z powodu łatwej do zapamiętania melodii. Z kolei wieńczące album That Lucky Old Sun przypomina dokonania z pierwszych płyt Boba, brzmi wręcz magicznie. Jego dojrzały, piękny głos i dylanowska melancholia nadały utworowi nową jakość. Podobnie jest ze Stay With Me, Some Enchanted Evening i popularnym Autumn Leaves. W tym ostatnim Dylan zrezygnował z hollywoodzkiego bogactwa dźwięków na rzecz skromności, wręcz surowości – i dobrze. Dzięki temu zabiegowi utwory w jego wykonaniu brzmią po prostu wiarygodnie.

Trudno to przyznać, ale z tą wiarygodnością w przypadku Shadows in the Night niestety różnie bywa. Dylanowi czasem po prostu się nie wierzy, jak w Why Try to Change Me Now – to dobry kawałek, ale nie pasuje do wizerunku artysty. Trudno też powiedzieć, czy covery zyskały dzięki nowym rozwiązaniom instrumentalnym. Jasne, nie sposób wyobrazić sobie Dylana pośród trzydziestoosobowej orkiestry, więc takie wyjście wydaje się rozsądne i właściwie jedyne. Jednak, z drugiej strony, niemal każda piosenka Sinatry tworzyła rewelacyjną i spójną całość właśnie ze względu na wielką orkiestrę i perfekcyjny śpiew. Dlatego grajkowi Bobowi momentami trudno się w tym połapać, bo nie od dziś wiadomo, że dwie połówki tego samego jabłka nie połączą się należycie z żadną inną. Shadows in the Night to album dobry, wyciszający, którego można posłuchać w deszczowe popołudnie i na dobranoc. I właściwie tyle. Podróż w piękne senne marzenia, choć nie obejdzie się bez zakłóceń.

5kilo kultury jest patronem medialnym wydawnictwa.

Paulina Kurek

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.