Bunt maszyn

Meshuggah – Catch Thirtythree (2005) Nuclear Blast

Skynet atakuje. Po zniszczonym Los Angeles AD 2029 maszerują roboty i cyborgi, przetaczają się wielkie machiny wojenne, a niedobitki ludzkości rozpaczliwie walczą o przetrwanie. Gnie się metal, leje się krew, wszystko skąpane w monotonnym granacie zasnutego dymem nieba, które od dawna nie widziało słońca. I to nie jest scena otwierająca Terminatora 2 – to wynik działalności maszyn, które, ukrywając się pod nazwą Meshuggah, w 2005 roku napisały i zagrały album Catch Thirtythree.

 

for(minute=0; minute<5; minute++){DUM-dum-dum-dumdumDUMdumdum-dumDUM-dum-dum-dumdumDUMdumdum-dumdumDUM-dum-dum-dumdumDUMdumdum-dumdumDUM-dum-dum;}

Powyższe to niedokładna próba zapisu zapętlonych dźwięków pierwszych pięciu minut tworu znanego jako Catch Thirtythree. Próba, gdyż pojąć język maszyn nie jest łatwo; niedokładna, gdyż, ściśle rzecz biorąc, stosuje się tylko do pierwszych 100 sekund. Potem rytm ulega lekkim, niemal niezauważalnym dla nieuzbrojonego ludzkiego ucha modyfikacjom. Bity skręcają o jeden takt w lewo, o jeden w prawo, o jeden w czwarty, a może i jedenasty wymiar. Te kwantowe zmiany (wygląda na to, że już w 2005 roku inteligentne maszyny posiadły sekret komputerów kwantowych) nie podkopują jednak wrażenia nieubłaganej, zimnej i morderczej monotonii zer i jedynek, tej matematycznej precyzji wyzutej z melodii, pozostawiającej po sobie jedynie rytm.

Maszyny podające się za Szwedów wkroczyły na scenę muzyczną już pod koniec lat 80., zapewne wyłaniając się spod ziemi niczym agresorzy w Wojnie światów. Jednak ich sieci neuronowe dopiero w 1998 roku w pełni zaadaptowały się do ośmiostrunowych gitar, pięciostrunowego basu, wściekłego wrzasku i perkusyjnej polirytmii prowadzonej przez stopę uderzającą w metrum wyginającym zwykłe 4/4 w stronę liczb niewymiernych. To właśnie wtedy na albumie Chaosphere umieściły utwór New Millennium Cyanide Christ, już samym tytułem zapowiadający nadejście nowej epoki. Swoją destrukcyjną misję kontynuowały na krążku późniejszym o cztery lata, adekwatnie zatytułowanym Nothing. Jak pokazywał już otwierający tę płytę Stengah, w muzyce Meshuggah, tak za sprawą zimnej i sterylnej niczym pustka produkcji, jak i dzięki samym dźwiękom, nie pozostał żaden ludzki pierwiastek.

Nothing można uznać za najbardziej zdehumanizowany album metalowego/metalicznego kwintetu. Catch Thirtythree – o równie znaczącym tytule odnoszącym do książki Josepha Hellera – jest kolejnym krokiem tranzystorowej (r)ewolucji, wprowadzającym niczego nieświadome systemy biologiczne w trans, przejmującym kontrolę nad ich umysłami i miażdżącym je w bezlitosnym uścisku. Trans to kluczowe słowo kodu – tak się bowiem składa, że, choć podzielony na 13 części, Paragraf to jeden 47-minutowy utwór. Od początku atakujący utrzymaną w średnim tempie rytmiczną łamigłówką, co jakiś czas zwalniający do ambientowych, kosmicznych pasaży o temperaturze 0 w skali Kelvina. Przyspieszający tylko w końcówce, która i tak oparta jest na wariacji na temat początkowego, wijącego się niczym mechaniczna żmija polirytmu. Istotnie różniące się od siebie riffy można policzyć na palcach jednej ręki, a są to riffy oparte o groove tak niemiłosierny, że jeśli zacząć płynąć z nim w dzikich konwulsjach przy otwierającym Autonomy Lost, drgawki ustaną dopiero po ostatnich dźwiękach finałowego Sum. Choć pewnie i wtedy ręka systemu biologicznego, prowadzona diabelskim podszeptem muzycznego odpowiednika HALa 9000, powędruje w stronę przycisku play, by powtórzyć narkotyczne doświadczenie.

Powtarzać je będzie wciąż i wciąż, a wszystko ku swojej zgubie. Bo dźwiękowemu terrorowi towarzyszy tu precyzyjna indoktrynacja. Nowa wersja T-1000 ukrywająca się pod niepozornym kryptonimem Jens Kidman wypluwa tytanowe płuca wywrzaskując zaginające neurony paradoksy (The struggle to free myself of restraints/ Becomes my very shackles; Non-physical smothering/ Asphyxiation by oxygen hands/ Drowning in the endless sky/ An ever-downward dive, only to surface; wieńczące dzieło Vision will blind/ Severance ties/ Median am I/ True are all lies) i przepowiadając transformację wszystkich, którzy uwierzą w nowy porządek (A new level reached/ Where the absence of air lets me breathe). Taki poziom tekstów to na tyle duża rzadkość w metalowym światku (i w muzyce popularnej w ogóle), że musi stanowić kolejny dowód na podejrzane pochodzenie i intencje ich twórców, a w szczególności perkusisty-cyborga znanego jako Tomas Haake. Swoją drogą na jego przykładzie doskonale widać, jak bardzo agresorzy są zdyscyplinowani. Tak się mianowicie składa, że ten wieloprocesorowy mistrz perkusji, pionier polirytmicznego podejścia do bębnów w metalu, poskromił ego (czy jego maszynowy odpowiednik) i na tym albumie został zastąpiony przez automat perkusyjny. Wszystko po to, by jeszcze bardziej uwidocznić transową, mechaniczną naturę tych dźwięków. Wszystko dla planu podboju świata.

A plan, o zgrozo, ma się dobrze. Wpływ Meshuggah (hebr. szaleniec, co też sporo mówi) na ciężkie granie jest bowiem tak wielki, że wzorujące się na nich systemy biologiczne stworzyły osobny podgatunek metalu zwany djent od charakterystycznego dźwięku gitarowych strun opracowanego przez mecha-Szwedów. Nic nie wiedząc o rozpisanym na lata projekcie, odlatujemy przy tych dźwiękach, cieszymy się nowymi płytami, kręcimy się jak derwisze przy opracowanych z niezwykłą pieczołowitością światłach na ich koncertach – a niebezpieczeństwo jest tuż za rogiem!

Ratuj się, kto może!

Robert Mróz

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.