Co by było, gdyby?

Dzikie historie plakatDzikie historie to Upadek z Michaelem Douglasem skondensowany do 20 minut i pomnożony przez 6. Podobnie jak Joel Schumacher, tak i Damián Szifrón próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie: Co się stanie, gdy frustracja i gniew, na co dzień ukryte pod maską konwenansów, znajdą wreszcie swoje ujście?

 

Argentyński kandydat do Oscara to właściwie nie tyle jeden film, co raczej zestaw sześciu niezwiązanych ze sobą epizodów, których wspólnym elementem jest niekontrolowana eksplozja przemocy – nie zawsze w bezpośredniej, fizycznej formie, ale za każdym razem spowodowana narastającymi, trudnymi do przezwyciężenia trudnościami, z jakimi zmagają się bohaterowie. Wśród nich znajdują się m.in. niedoceniony muzyk, mąż kobiety potrąconej przez samochód, kierowca odholowanego pojazdu zmuszany do uiszczania kolejnych bezsensownych opłat czy wreszcie panna młoda, która dowiaduje się o kochance świeżo upieczonego małżonka. W filmie Szifrona widać rękę producenta, Pedro Almodóvara – podobnie jak w twórczości hiszpańskiego skandalisty, tak i tu absurdalne zdarzenia wraz z ich przerysowanymi bohaterami są głęboko zanurzone w rzeczywistości. To sytuacje, które mimo niekiedy znikomego prawdopodobieństwa mogłyby się wydarzyć, i chyba to jest w Dzikich historiach najbardziej niepokojące. Argentyński reżyser eksploruje najciemniejsze zakamarki ludzkiej natury, sugerując, że pod zewnętrzną, kulturalną powłoką kryją się w nas prawdziwe demony – a styl, w jakim to czyni, jest połączeniem tabloidowej przesady i iście kabaretowego nonsensu. Poszczególne historie mają potencjał raczej kilkuminutowych skeczów, niż pełnoprawnych fabuł, i Szifrón jest tego świadomy, nadając im dynamikę charakterystyczną dla programów satyrycznych czy seriali komediowych, a rzadko spotykaną nawet w kinie rozrywkowym.

Dzikie historie

Tak lekkie podejście do kwestii brutalnej przemocy budzącej się pod wpływem rzekomo opresyjnych norm społecznych nie jest oczywiście niczym nowym, ale w Dzikich historiach zostało sprowadzone do absurdu. Zemsta i chęć postawienia na swoim jest w świecie Szifróna czymś oczywistym i niepodlegającym namysłowi – jego bohaterowie po przekroczeniu pewnej granicy nie mają już szans na powrót do normalności czy uspokojenie sytuacji. Uderzający jest fakt, że są nimi zwykli ludzie, którzy pod wpływem dramatycznych wydarzeń wychodzą z siebie – a może właśnie wtedy stają się sobą naprawdę? Z zestawu tych kilku epizodów, utrzymanych w niejednorodnej stylistyce i konwencji (jeden z nich to dość czytelna parafraza Pojedynku na szosie, kultowego debiutu Stevena Spielberga) trudno wyłowić odpowiedź na to pytanie – czy w ogóle jakąś jedną, przewodnią myśl. Niektóre z nich są zakorzenione w prawdopodobnych, powtarzalnych sytuacjach i stanowią ciekawy portret człowieka doprowadzonego na skraj wytrzymałości psychicznej, ale inne – jak np. odbywający się w samolocie prolog – są czysto arbitralnymi, efekciarskimi popisami scenopisarskimi. Ta dwoistość odbija się niekorzystnie na czytelności przekazu i powoduje, że film Szifrona zatrzymuje się w połowie drogi pomiędzy próbą odpowiedzi na zadane na wstępie pytanie a nieco bardziej syntetyczną, autorską wizją najskrytszych ludzkich fobii. Pozostaje więc potraktować go jak niezobowiązującą komedię i rzadką okazję do pośmiania się z rzeczy, które w realnym świecie do śmiechu raczej nie skłaniają.

Marcin Sarna

Dzikie historie

reżyseria: Damián Szifrón

premiera: 2 stycznia 2015 (Polska), 17 maja 2014 (świat)

produkcja: Argentyna, Hiszpania

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.