Czas nieutracony?

Są takie pytania, na które nie ma dobrych odpowiedzi. Stawiane tylko przez dzieci i filozofów, pytania po usłyszeniu których wszyscy inni wzruszają sceptycznie ramionami – świadomi swoich ograniczeń wiedzą, że o pewnych rzeczach mówić po prostu nie sposób. To one mówią więcej o nas samych. Czas jest najlepszym tego przykładem. Nie da się go śledzić. Jaki w tym sens? Przykład: zbliża się pewien moment, jeszcze go tutaj nie ma, dopiero nadchodzi, jest jeszcze w przyszłości. Nie ma go, zbliża się… jest!? O cholera, przeminął!.

 
 

Peter Mettler, świadom trudności przytoczonych przez George’a Carlina, nie porywa się z motyką na słońce i nie próbuje ogarnąć natury wszechrzeczy. Zostaje tu, na Ziemi, by wziąć na operatorski celownik mieszkańców kilku kontynentów, podejmujących się całkiem różnych zajęć i przepytać ich, co rozumieją pod pojęciem czasu. Czy może należałoby powiedzieć prościej – pyta, jak mija im czas.

Jedni z iście epikurejskim przekonaniem kultywują chwilę obecną; zdaniem niektórych to przeszłość definiuje człowieka; jeszcze inni nie przywiązują wagi do tych kategorii – człowiek jest tylko punktem na kosmicznej osi czasu. Mimo tej rozmaitości, Mettler i jego rozmówcy dotykają zaledwie tematu, zbywając tak ciekawe zagadnienie mniej lub bardziej prozaicznymi przemyśleniami. Ograniczeni przez kulturę i tworzone w niej schematy nie potrafią wyjść poza myślowe przyzwyczajenia, bezpieczne i wygodne. Staje się zatem ten szalenie intrygujący tytuł świadectwem niezamierzonej ludzkiej powtarzalności. Jako dziecko cywilizacji zachodniej Mettler (a wraz z nim i my sami) nie jest zdolny wejść na szlaki nieprzetarte w myśleniu o przemijaniu. Posługuje się stereotypami znanymi nam wszystkim – choć w wieku młodzieńczym zapewne frapującymi, to w rzeczywistości – tak wtórnymi. Mimo że świadomi niemożności ogarnięcia czasu rozumem (wielokrotnie u rozmówców Mettlera dają się słyszeć wyrazy owej bezsilności), domorośli filozofowie Końca czasu. Wszystko zaczyna się teraz nie ujawniają chęci przekroczenia granic, wypracowania intelektualnej wyrazistości, której widz może się spodziewać po tak przewrotnym tytule. Film ten zdaje się prędzej dokumentacją myślowego lenistwa, aniżeli podniecającą eksploracją.

O ileż więcej olśnień wywołałby u widza Mettler, gdyby wzorem Victora Kossakovsky’ego czy Rona Fricke’a zrezygnował z dialogu i położył nacisk na obiecaną kontemplację obrazu. Filmowy język tworzyłby wówczas swoisty dziennik zamyślonego operatora, pokornego a równocześnie otwartego na tajemnice najdalszego od definicji czasu – Niech żyją antypody jest wyrazistym tego przykładem. Skoro pokazywana w Samsarze buddyjska mandala, symbolicznie ujarzmiająca chaos wszechświata, koresponduje z zawartymi w tej medytacyjnej opowieści dziesiątkami kultur i cywilizacji, czasów i miejsc, budowli i ludzi, przeżyć i emocji, scalając je w istny kalejdoskop świata, czemuż nie miałaby wystarczyć Mettlerowi do ogarnięcia ludzkiej koncepcji czasu?

W Końcu czasu… język ogranicza, nie pozwalając rodzić się spontanicznym skojarzeniom i emocjom. Nauka, religia, sztuka, technologia, wreszcie przyroda – wszystko to zdaje się odpowiednim samodzielnym narzędziem w rękach metafory. Narodziny, transformacje i śmierć, młodość i starość, bezruch i prędkość, mikro- i makrokosmos, cały wizualny melanż obrazów w trakcie seansu intelektualnie stymuluje odbiorcę, lecz słowo wciąż ściąga go na ziemię. Jak wtedy, gdy hinduski kondukt żałobny niesie ciało zmarłego a zaraz potem widz patrzy na mrówki dźwigające sztywną zdobycz; natychmiast po tych scenach pojawia się słowo, a wraz z nim uśmiercona zostaje błyskotliwość twórcza, bogactwo skojarzeń i przewrotność samego zestawienia.

A jednak poznawczy niedosyt, z jakim pozostawia nas Mettler, nie jest zawodem absolutnym. Można potraktować jego obraz jako intelektualny eksperyment stawiający pytania o nasze ograniczenia; czy eksperyment poznawczy – to zależy od nas. Bo w pozostawionej przez Mettlera pustce tli się iskierka nadziei, iskierka, która u każdego z nas może wywołać nieprzewidywalną twórczą myśl. Prywatny Wielki Wybuch co się zowie. A nuż kinowa stymulacja skłoni nas do kreatywności? Czego chcieć więcej. Ostatecznie zatem to czas jest największym obrońcą filmu. Słowami Leca pyta filmowiec: Czas robi swoje. A ty, człowieku?

Film był pokazywany na 10. PLANETE+ DOC Film Festival w Warszawie. Powyższa recenzja została wyróżniona w konkursie na najlepszą recenzję tegorocznej edycji festiwalu (http://planetedocff.pl/index.php?page=news&i=2590).

Gabriel Krawczyk (http://kinomanhipomaniakalny.blogspot.com/)

„Koniec czasu. Wszystko zaczyna się teraz”

reżyseria: Peter Mettler

premiera: 4 sierpnia 2012 (świat), 21 czerwca 2013 (Polska)

produkcja: Kanada, Szwajcaria

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.