Czy patrzysz uważnie?

Wavelength Michaela Snowa w ostatniej odsłonie prestiżowego plebiscytu magazynu Sight & Sound na najlepszy film wszech czasów zajął 102. miejsce, wyprzedzając wiele dzieł twórców takich jak Michelangelo Antonioni, Luis Buñuel czy Robert Bresson. Czym ta kanadyjsko-amerykańska produkcja urzekła krytyków z całego świata? Doskonałą fabułą? Aktorstwem? Cóż… nie do końca.

 

Odpowiedź na powyższe pytanie nasuwa się jedna: niczym. Wavelength urzeka niczym. Nie ma fabuły, nie ma aktorstwa, nie ma wyszukanych zdjęć. Ot, kamera umieszczona w rogu przestronnego pokoju przez 45 minut wykonuje niezwykle powolny zoom na okna. Za oknami jeżdżą samochody, pokój jest pusty, kamera obserwuje. Co jakiś czas na ekranie pojawiają się postacie i dziwne przebarwienia. Tyle.

Wrażenie to jest jednak bardzo złudne. Mimo że film Snowa to dla kinomanów rzeczywiście jeden z najpoważniejszych testów wytrzymałościowych, nie jest bynajmniej tak, że pod jednostajnym ruchem nic się nie kryje. Przede wszystkim do tego dziwadła świetnie stosuje się hasło promujące Prestiż Christophera Nolana: Czy patrzysz uważnie?. Przy uważnym oglądzie to, co wydawało się być jednym ujęciem, ujawnia się jako sprytna sklejka montażowa – zmieniające się pory dnia sygnalizują niemal niezauważalne momenty cięć. Co więcej, w pewnym momencie okazuje się, że przygrywającą skocznie w radiu piosenkę Beatlesów ktoś wyłączył, dochodzi nawet do… zbrodni. Czyżby więc Wavelength było wykrzywionym, absurdalnym thrillerem? Być może. Rzecz w tym, że kamery te wszystkie zdarzenia nic a nic nie obchodzą. Ona ma tylko jedno zadanie – statecznie przybliżać nam pewien punkt na ścianie pomiędzy oknami.

I w tym właśnie ujawnia się przełomowa natura nakręconego w 1967 roku eksperymentu. Na sztukę eksperymentalną można spojrzeć jak na wojnę – odbiorca ma pewne oczekiwania i umiejętności interpretacyjne, twórca próbuje go pokonać poprzez pójście na przekór oczekiwaniom i ukrycie ważnych treści tak, by uczynić interpretację możliwie najtrudniejszą. Ukryty montaż to jedno, lecz największe osiągnięcie Snowa tkwi w niezwykle dobitnym zobrazowaniu pierwszego postulatu, niespełniania nadziei. Oglądając tradycyjny film spodziewamy się pewnego rodzaju przewodnictwa – oko kamery powinno skupiać się (przynajmniej przez większość czasu) na tym, co ważne, ustawiać się centralnie względem śledzonego obiektu i generalnie nie utrudniać zadania. Dzięki zaprzeczeniu temu paradygmatowi klasycznej filmowej narracji, Wavelength staje się nie tylko ćwiczeniem z percepcji nakazującym uważnie patrzeć i wychwytywać momenty cięć, ale przede wszystkim ważnym głosem w dyskusji nad naturą medium. Zdaje się bowiem, że kino dysponuje najlepiej rozwiniętym mechanizmem kontroli ze wszystkich sztuk. Oczywiście każda forma sztuki ma swoje ograniczenia – nie można zobaczyć, jaki jest dalszy ciąg obrazu czy rzeźby, nie można też kontynuować przedstawienia teatralnego poza sceną. Jednak wewnątrz ram obrazu oraz w obrębie sceny nic naszego oka nie krępuje, możemy zawiesić wzrok na dowolnym elemencie i kontemplować go. Jeśli natomiast obserwacja jest zapośredniczona przez oko kamery, widz nie ma już takiej swobody. Musi patrzeć tam, gdzie nakazuje mu twórca, nie może też – za sprawą montażu – patrzeć w dane miejsce dowolnie długo. Jako się rzekło, tradycyjna narracja wizualna służy do ułatwiania odbiorcy życia. Snow już prawie pół wieku temu pokazał, że jego utrudnianie jest pełnowartościowym artystycznym przedsięwzięciem. Że można stawiać widzowi radykalne, wymagające zadania, niejako wyzywać go na pojedynek. Rzecz jasna idea ta nie była jego odkryciem, jednak ukazanie jej explicite z taką bezczelnością zapewniło mu miejsce w annałach kinematografii.

To wszystko nie oznacza bynajmniej, że wzmianka o thrillerze była zupełnie bezzasadna. Poza tajemniczymi postaciami przewijającymi się u dołu ekranu, Wavelength wykorzystuje bowiem jeszcze jeden generator napięcia z prawdziwego zdarzenia – dźwięk. Poczynając od bardzo niskich, niemal niesłyszalnych basów, odgłos stopniowo, nieubłaganie narasta, pod koniec filmu osiągając nieznośne, być może nawet szkodliwe wysokie częstotliwości. Twórca wywołuje w ten sposób fizyczną reakcję. Za pomocą pulsujących pod czaszką dźwięków nie pozwala na rozproszenie uwagi, bezceremonialnie domagając się skupienia mimo tego, że równie ostentacyjnie odmawia pokazania, co faktycznie się dzieje. A wszystko zgrabnie spina tytuł, odnoszący się do długości fal zarówno dźwiękowych, jak i świetlnych, generujących kolorowe plamy, które nazywamy filmem.

Pozostaje tylko jedno pytanie: czy nie dało się tej idei wyrazić, powiedzmy, w 10 minut? Cóż, trzy kwadranse czasu trwania to po prostu kolejny aspekt wojny na linii twórca-widz. Na wytrwałych czeka zresztą osobliwa nagroda. Gotowi?

Robert Mróz

Wavelength

Reżyseria: Michael Snow

Premiera: 1967 (świat)

Produkcja: Kanada, USA

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *