Dobre serce to jest Budda

Właściwie nie ma się nad czym rozwodzić. 19-letnia dziewczyna z kamerą, zerowy budżet, aktorzy-amatorzy, banalnie prosta historia. Film powstał tu niejako przy okazji. Rzecz w tym, że przy tej okazji w surowym afgańskim krajobrazie niespodziewanie odnalazła się prawdziwa perła.

 

Niespodziewanie? Młoda reżyserka to córka znanego irańskiego twórcy Mohsena Makhmalbafa, którego Kandahar można było zobaczyć w polskich kinach jeszcze w czasach, gdy jedynym nazwiskiem kojarzonym z tamtejszą kinematografią było Kiarostami. Wygląda więc na to, że Hana, która przy swoim fabularnym debiucie pracowała ze scenariuszem autorstwa jej matki, wygrała na genetycznej loterii i wybór kariery był oczywistą oczywistością. Przesądzony był zapewne także wybór tematu – historia kilkuletniej Bakhtay, która, wzorem swojego kolegi, chce iść do szkoły i nauczyć się czytać, bezpiecznie wpisuje się w schemat opowieści o dzieciach, który dekadę temu zapewnił Iranowi pięć minut sławy na międzynarodowych festiwalach filmowych. W 2007 roku kanon eksportowego irańskiego arthouse’u został już dawno ustalony, ze współrzędnymi określanymi przez surowe, proste historie spod znaku Bahmana Ghobadiego (Czas pijanych koni (2000), Gdyby żółwie mogły latać (2004)) czy Majida Majidiego (Deszcz (2001)). Makhmalbaf, budując właśnie na realizmie Ghobadiego, nie przesuwa w Buddzie żadnych granic. Poza jedną – barierą szczerości i emocjonalnego zaangażowania.

Trzy filary podtrzymują tę konstrukcję. Po pierwsze tytułowa metafora. W 2001 roku Talibowie wysadzili liczące sobie ponad półtora tysiąclecia, trzydziestometrowe posągi Buddy znajdujące się w Bamian. Duchowa stolica Afganistanu została dosłownie zrównana z ziemią w imię niepojętych, okrutnych wyższych celów. W skałach, o które opierały się monumenty, w niezwykle trudnych warunkach mieszkają ludzie, w tym Bakhtay z matką i małym braciszkiem. Nad ich życiem nieustannie wisi groźba karabinowych wystrzałów, wybuchów bomb i interwencji bezwzględnej policji obyczajowej. Nawet posąg może się wstydzić, widząc całą tę przemoc i okrucieństwo wobec niewinnych ludzi i to może być powodem jego upadku – tak reżyserka tłumaczy znaczenie tytułu swojego filmu. Jednak brodaci ojcowie uzbrojeni w kałasznikowy nie dominują fizycznie nad surowym krajobrazem. Ich obecność po prostu się wyczuwa, nie muszą machać bronią przed kamerą, której obiektyw przez większość czasu bacznie, z bliska obserwuje Bakhtay w jej staraniach. Dziewczynka najpierw wykorzystuje swoją pomysłowość, by pod nieobecność matki zabezpieczyć brata i wyruszyć na targ w celu sprzedaży jajek, a tym samym – zarobienia na zeszyt i ołówek. Potem udaje się w wyprawę do żeńskiej szkoły, która mieści się dużo dalej niż ta, do której uczęszcza jej przyjaciel z sąsiedniej groty. Mimo wszystko groza wojny jest tu cały czas namacalna, obecna chyba jeszcze silniej niż gdyby pokazać na ekranie sceny egzekucji. Na swojej drodze Bakhtay napotyka bowiem nie tylko całkiem przyjaznego sprzedawcę przyborów szkolnych, ale przede wszystkim swoich rówieśników. Tradycyjnie wychowywani chłopcy znają tylko jedną zabawę – w wojnę. Zabawę bardzo, ale to bardzo mało zabawną. Szczególnie w tym miejscu i czasie, szczególnie dla dziewczynek traktowanych jak zakładniczki i namawianych do wyzbycia się grzechu (czyli np. uszminkowanych ust). Gdy głowę bohaterki przykrywa papierowa torba z otworami na oczy, myśl o tym, czy aby przypadkiem za chwilę nie dojdzie do tragedii, jest nieuchronna. Dokonywane przez Makhmalbaf obserwacje i prognozy na przyszłość, szokujące w swojej prostocie i dosadności, choć unikające bezpośredniej przemocy fizycznej, to drugi filar jej dzieła.

Sposób ukazania tej przygody jest równie prosty, co zachwycająco szczere pragnienie bohaterki, motywacje jej zindoktrynowanych kolegów i pejzaż, w który wszyscy zostali wpisani. Paradokumentalna forma nie tworzy bariery, nie pozwala na opadnięcie w ciepło kinowego fotela z przekonaniem, że przecież to tylko fabuła. Zarówno ze względu na swoje przekonania, jak i na nieistniejący budżet, Makhmalbaf nie stosuje żadnych trików, żadnych filtrów, podając wszystko bez ogródek. Bynajmniej nie brakuje jej przy tym wrażliwości – ostatnia scena, najbardziej poruszająca w całym filmie, przy całej swojej dojmującej grozie lekko odwołuje się do wizualnej poezji od zawsze obecnej w irańskim kinie festiwalowym. Nie brak tu też humoru, którego naczelnym generatorem jest pięcioletnia odtwórczyni głównej roli Nikbakht Noruz. Odtwórczyni to zresztą epitet mylący i krzywdzący. W filmie, w którym nie występuje żaden profesjonalny aktor, Noruz jest po prostu sobą – kilkuletnią mieszkanką jednego z najbardziej nieprzyjaznych miejsc na Ziemi. Dziewczynką zaradną, rezolutną i tak bezpretensjonalnie przebojową, że sprzedałaby piasek na pustyni. Jej pozbawione zahamowań dyskusje z dorosłymi to prawdziwe perełki ożywiające poważny ton narracji. Mimo że prawdopodobnie nigdy wcześniej nie widziała kamery filmowej, w obecności ekipy czuje się swobodnie jak u mamy, rozbrajając nawet największych cyników. Jej ekranowa prezencja to trzeci kamień węgielny debiutu Makhmalbaf, który, współpracując z oszczędną formą i zdecydowanym przekazem, bez trudu burzy wszelkie bariery. Najprostsze, wręcz banalne środki wyrazu użyte przez nastolatkę (sic!) udowadniają, że w rzeczywistości uginającej się pod ciężarem zła sztuka wciąż może – musi – pełnić funkcję katartyczną. Bo też nie ma co ukrywać – seans Buddy to prawdziwe katharsis. Otwierające oczy, przemieszczające serca i pozwalające wierzyć w to, że dzięki takim pełnym pasji i najczystszych intencji krzykom świat jest choć odrobinę lepszym miejscem.

Robert Mróz

Budda runął ze wstydu

reżyseria: Hana Makhmalbaf

premiera: 9 września 2007 (świat)

produkcja: Iran

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.