Dom na pustkowiu

Daniel Spaleniak – Back Home (2016) Antena Krzyku

Wiązanie z muzyką konkretnych historii ma sens tylko wtedy, gdy autor potrafi je opowiedzieć w sposób przykuwający uwagę. Niski głos Daniela Spaleniaka, którym oczarował słuchaczy na debiucie Dreamers, wciąż posiada tę zaletę oraz niezaprzeczalne walory narracyjne. Powrót do domu to chwila na wyciszenie, wspomnienie minionych wydarzeń, tych bliższych i tych odległych w czasie. Teaser zapowiadający nowe wydawnictwo – podobnie jak pierwsze wideo do My Name Is Wind – może sugerować, że mamy do czynienia z albumem drogi. Ja jednak odebrałem ten materiał zupełnie inaczej. Back Home to nastrojowa, ponad półgodzinna opowieść snuta w zaciszu czterech ścian, co zresztą po części ilustruje już sam klip do kompozycji tytułowej.

 

Stylistyka całości, głównie dzięki barwie głosu, pozostała niezmieniona, aranżacyjnie jest jednak zdecydowanie bardziej oszczędnie. Wszystko, co nakreśla rytmiczność, zostało przesunięte z pierwszego planu w odległe tło. Nie uświadczymy tu mocnej i wyrazistej perkusji. Nie oznacza to jednak, że brakuje hipnotyzujących melodii. Zdecydowanie na plus wyszła współpraca Spaleniaka z wokalistką duetu Coals Katarzyną Kowalczyk. Dystans, jaki dzieli oba głosy, nadaje kompozycji niespodziewanego uroku i naprawdę pozostaje pewien niedosyt, że dodatkowy wokal pojawia się jedynie w utworze singlowym. Pozostałe kompozycje bronią się jednak na innych płaszczyznach. W otwierającym krążek I’m Falling Down rozpościera się klimat wyrazistej filmowej sceny, która może nie zachwyca wymyślną konstrukcją, ale jest niezwykle funkcjonalna i uniwersalna. Autor w kilku kolejnych miejscach posługuje się podobnymi uproszczeniami formy, ograniczając się do bardzo swobodnego podążania za tempem. W Dear Love of Mine naszym przewodnikiem jest gitara, a chwilę później w Take a Walk and Never Come Back prowadzi nas perkusyjny, jednostajny puls. Kompozycje zaczynają się i po chwili kończą, czas utworów przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie.

Kiedy Justin Vernon zaprezentował światu swój drugi album pod szyldem Bon Iver, mówiło się, że odchodzi od pewnej intymności w kontakcie ze słuchaczami, że mnogość użytych efektów gdzieś tę delikatną nić naruszyło. Danielowi z całą pewnością blisko jest do amerykańskiej softrockowej łatki muzyka z pustkowia, człowieka, który dźwięki tworzy w odosobnieniu i skupieniu. Czy tak jest w istocie? Nie wiem, ale słuchając Moment for Myself czy Night, można odnieść wrażenie, że nowy album jest niezwykle sentymentalny, dosłownie przepełniony wysublimowanymi, intymnymi zwierzeniami. Zupełnie tak, jakby muzyk celowo postanowił uciec od przetartych już ścieżek i jeszcze bardziej się wyciszyć, a może i odciąć od funkcjonujących tu i ówdzie porównań. Test na godnego następcę debiutu wypada na Back Home bardzo dobrze, szczególnie kiedy osłuchamy się z materiałem i pozwolimy na rozejście po kościach wszystkich drobiazgów. Nie jestem już jednak przekonany, że tak pozytywnie odebrałbym trzeci album idący w tym kierunku – mam nadzieję, że w przyszłości Daniel zafunduje słuchaczom większy progres. 

Adam Mańkowski

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *