Dorastanie Julii M.

Marcell-sentimentsJulia Marcell – Sentiments (2014) Mystic Production

Po niezwykle udanym albumie June przyszedł czas na następna płytę Julii Marcell. Wokalistka po raz kolejny postanowiła zmienić brzmienie swojego dzieła – tak jak poprzedniczka z 2011 roku różniła się od długogrającego debiutu It Might Like You, tak najnowsza Sentiments operuje zupełnie innymi środkami wyrazu. To ukazuje Julię jako autorkę niezależną artystycznie i niebojącą się eksperymentów, które pozwoliły odpowiednio wyrazić, co grało jej w duszy przez ostatnie lata.

 

Popatrzcie na okładkę Sentiments. Już ta bardzo wyrazista, doskonała fotografia twarzy Julii Marcell zbliża do artystki, która nie bała się otworzyć i bezpośrednio zwrócić do odbiorcy. Teksty obnażające duszę Julii, powroty do czasów dzieciństwa (Gotta get to class on time/The teacher calls my name at nine) i tych, gdy nastoletnia Julia stawała się kobietą (I got all this love to share/But Jesus guards my underwear). Pojawiają się idole (Let the neighbours hear us growl/“Major Tom to ground control) i czasy zbuntowanej młodosci (Please be careful with me Gin/I am only seventeen), a także symptomy znudzenia i coraz większego rozczarowania życiem (Oh how I love this town/One day my love will burn it to the ground…). Oto niektóre tematy poruszane na tej niezwykle osobistej płycie, której nie można spiąć muzyczną klamrą sprowadzającą poszczególne utwory do jednego wspólnego mianownika. Mamy tu bowiem i burzę, i zwiastującą ją ciszę, a wszystko to zamkniete w intrygujących jedenastu kompozycjach

Niezwykle zaskoczył mnie muzyczny kierunek, w jakim podążyła Marcell. Brak tu krzykliwych, rozwydrzonych piosenek — choćby takich, jak na Jezus Maria Peszek — czy ciekawych, ale powtarzanych do znudzenia elektroakustycznych patentów ze Składam się z ciągłych powtórzeń Artura Rojka. Zamiast tego słuchacz dostaje rockowe, nawiązujące do wczesnych lat amerykańskiej lollapalloozowej alternatywy strzały oraz wyraziste, poruszające ballady. Muzyczny minimalizm został tu wykorzystany wręcz idealnie. W większości utworów ciężar przesunięty jest na sugestywność poszczególnych partii gitary elektrycznej, basu i perkusji. Tylko czasami, gdzieś w ich zakamarkach, poukrywane są smaczki, które budują tło dla surowego brzmienia instrumentów. Te mocniejsze strzały to coś, czego w polskim mainstreamie nie słyszałem od dawna. Manners i Teachers charakteryzują się riffowaniem w stylu nieodżałowanego At The Drive-In czy szalejącego Johna Frusciante. Muzycy nie boją się przesterować gitar do maksimum, a Julia swoim wyrazistym, ale delikatnym głosem, bez krzyków i wrzasków robi piorunujące wrażenie. Nieco inaczej jest w zaśpiewanej po polsku, melodyjno-punkowej Cincinie. Wokalistka daje się ponieść emocjom i pozwala sobie na spontaniczne (w końcu płyta nagrana została na setkę) popisy. W kontekście szybkiego tempa utworu jest to zabieg wręcz doskonały. Nie mogę również wyjść z podziwu po tym, co usłyszałem w piosenkach Lost My Luck oraz Superman. Pierwsza z nich powala gruchoczącym basem, wspaniałą partią gitary prowadzącej oraz śpiewem Julii, która jest tu nie mniej tajemnicza niż Laura Palmer. Z kolei Superman fantastycznie rozwija się z minuty na minutę. Na początku artystka dominuje głosem, by później skryć za rozkręconymi przesterami i rozciągnietą, powtarzającą się wielokrotnie transową partią instrumentalną.

Julia Marcell

Ballady również mają tu swoje miejsce i ogromną siłę oddziaływania. Odnoszę wrażenie, że w tych spokojniejszych piosenkach Julia pokazała swoje kobiece inspiracje. W smutnym Dislocated Joint czy rozmytym Piggy Blonde pojawia się Tori Amos, a Cat Power mruga od nas okiem w rewelacyjnie zmiksowanym przez Douga Hendersona (wokale!) Maryanna. Eddie Brickell ogrzewa kocykiem swojej błogiej, wzruszającej szczerości w Twelve i North Pole, które do wspomnianej wcześniej amerykańskiej najntisowej alternatywy powracają w nieco inny sposób. Troszkę więcej tu folku, do tego sekcja rytmiczna gra z funkującym flow, co prawdopodobnie spowoduje, że na koncertach Marcell uronię łezkę z sentymentu do takiego grania. 

Z podziwem patrzę na rozwój Julii. Ma ona talent do doboru osób zaangażowanych w powstwanie płyt, nie boi się żywiołowości nagrywania na setkę przy skromnym instrumentarium, które trzeba umieć wykorzystać, by osiągnąć odpowiedni efekt. Mam nadzieję, że nie ucieknie od razu do swojego ulubionego Berlina i pozwoli muzykom rozkręcać przestery gitar i bujać publiczność kompozycjami z Sentiments w Polsce. Czekam, aż zaśpiewa mi ze sceny tak samo pięknie, jak śpiewa mi z głośników, gdy odpalam jedną z najciekawszych i najodważniejszych polskich płyt tego roku.

Tomasz Spiegolski

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.