Droga na pustkowie

Prawdopodobnie najczęściej wypowiadaną radą na kłopoty w związku, czegokolwiek by one nie dotyczyły, jest propozycja wyjazdu. Mała wycieczka przecież każdemu dobrze zrobi. Można oderwać się od szarej rzeczywistości pracy, od codziennych pobudek w tym samym łóżku i śniadań przy tym samym stole. Można porozmawiać, mając czas tylko i wyłącznie dla siebie, całe długie godziny spędzone w samochodzie. Okazuje się, że czasem to nie wystarczy, że ta długa podróż tylko upewnia w tym, że dwoje ludzi nie potrafi już dłużej razem żyć.

 

Mamy więc rodzinę, która w ramach przedłużonego weekendu, od tytułowego czwartku do niedzieli, wybiera się na wycieczkę samochodową. Już od pierwszej sceny, w której z perspektywy dziecięcego łóżka oglądamy przygotowania i pakowanie auta, wiemy, że nie wybieramy się w podróż ze szczęśliwym małżeństwem. Na ostatnie minuty przed wyjazdem pada jeszcze szybka propozycja, żeby zostać. Ostatecznie bohaterowie decydują się na wyjazd, wsiadają do samochodu, a kamera już prawie na stałe przenosi się do jego wnętrza.

Od tego momentu obserwujemy wszystko oczami dziesięcioletniej dziewczynki. Zbyt małej, żeby zrozumieć uczucia i napięcia, które tak niespodziewanie pojawiły się między rodzicami, ale zbyt dojrzałej, żeby wraz z młodszym bratem beztrosko cieszyła się wakacjami, nie zauważając, że coś się zmieniło. Im dłuższa więc droga, tym większy strach odczuwa. Słucha rozmów rodziców, pomiędzy którymi cisza przerywana jest ostrymi wymianami zdań, dotyczącymi wyprowadzki czy kochanka matki. W tym chaosie pozostają tylko krótkie chwile, kiedy spokojnie może cieszyć się takimi atrakcjami jak kąpiel w rzece, przejażdżka na dachu samochodu czy pierwsza lekcja jazdy. Widzimy bowiem, że mimo całego konfliktu, który panuje między mężem a żoną, to przez cały czas zależy im, aby ten prawdopodobnie ostatni wspólny wyjazd był dla dzieci dobrym wspomnieniem, żeby przed tą całą burzą, która dopiero ma nadejść, miały szansę przeżyć dobry czas w pełnej rodzinie. Cała podróż jest cichym pożegnaniem, czego świadoma jest trójka z czwórki uczestników.

Dzięki powolnym, statycznym ujęciom możemy wraz z dziećmi oglądać mijane widoki. Monotonne, górzyste, surowe krajobrazy powodują wrażenie, że czteroosobowa rodzina jest zupełnie sama na krańcu świata. Najbardziej znamienne są jednak zupełnie naturalne dźwięki. Poza piosenkami wyśpiewanymi przez dziewczynkę nie ma śladu po muzyce. Ta cisza jest tylko pozorna, bo jesteśmy wręcz zagłuszeni innymi dźwiękami. Słyszymy każde szurnięcie stóp po piasku, każdy zgrzyt, płonące ognisko i wyszeptane rozmowy podsłuchane z namiotu. Wszystko to zebrane w całość daje poczucie uczestnictwa w wydarzeniach, przywołuje wspomnienia wakacji z perspektywy dziecka, kiedy to godziny na tylnym siedzeniu samochodu niemiłosiernie się dłużą, a dotarcie na plażę staje się najważniejszym punktem programu.

Jedziemy więc dalej, do celu którym jest miejsce z rodzinnych wspomnień, które jest obietnicą czegoś nowego i lepszego. Nie da się jednak uniknąć wrażenia, że zarówno mąż jak i żona wiedzą już, co czeka ich po powrocie. Wiedzą, że tu już nie ma do ratowania nic, poza łagodnym rozwiązaniem sprawy ze względu na dzieci, a droga, którą zmierzają może prowadzić tylko i wyłącznie do zapowiadanego już długo wcześniej końca.

Magdalena Baljon

“Od czwartku do niedzieli”

reżyseria: Dominga Sotomayor Castillo

premiera: 28 stycznia 2012 (świat), 10 maja 2013 (Polska)

produkcja: Holandia, Chile

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *