Duchy – relacja z 16. MFF T-Mobile Nowe Horyzonty

Tegoroczna, szesnasta już edycja Nowych Horyzontów okazała się zaskakująco mocno skierowana ku przeszłości. Oś festiwalu nadal stanowił przegląd świeżego kina autorskiego nagradzanego na festiwalach (sekcja Panorama) wraz z dwiema pełnometrażowymi sekcjami konkursowymi, jednak rezygnacja z cyklu Nowe Horyzonty Języka Filmowego na rzecz nowego, Mistrzowie Kina Europejskiego, w ramach którego zaprezentowano filmy nakręcone przez (bądź też inspirujące) grupę europejskich reżyserów zaproszonych na festiwal, przesunęła akcenty w nieco inną stronę.

 

Powstanie nowej sekcji związane jest pośrednio z faktem, że Wrocław dzierży w tym roku miano Europejskiej Stolicy Kultury. Do miasta przyjechali wybitni twórcy z różnych stron kontynentu: Claire Denis, Jessica Hausner, Agnieszka Holland, Andriej Konczałowski, Cristian Mungiu, Ulrike Ottinger, Carlos Saura, Petr Zelenka oraz Nanni Moretti, który stał się również bohaterem jednej z retrospektyw. Poszczególni reżyserzy poprowadzili w ramach festiwalu mistrzowskie lekcje kina, a także zaprezentowali publiczności zarówno własne filmy (z reguły najnowsze), jak i tytuły, które w największym stopniu inspirowały ich twórczość. Taka formuła skutkowała z jednej strony eklektyzmem, pozwalającym przy okazji na nadrobienie filmowych zaległości (pokazano m.in. Ukryte Michaela Hanekego, Dyskretny urok burżuazji Luisa Buñuela czy Złodziei rowerów Vittorio De Siki). Z drugiej jednak strony nie dała możliwości na uchwycenie jakiejś myśli przewodniej, która pozwoliłaby na zaplanowanie sobie projekcji tak, aby docenić walor edukacyjny stojący za tą koncepcją.

Pokój syna

Pokój syna 

Wyjątkiem była szeroka retrospektywa twórczości Nanniego Morettiego – porównując jego wczesne filmy, pełne absurdalnego i anarchistycznego (choć nie zawsze udanego, szczególnie w debiutanckim Jestem samowystarczalny) humoru z najnowszą Moją matką czy nagrodzonym Złotą Palmą Pokojem syna z 2001 roku widać, jak z młodego, zaangażowanego ideowo (acz podchodzącego do swojego zaangażowania z ogromną dawką ironii) twórcy przeistacza się w doświadczonego życiem, dojrzałego mężczyznę. Stałym elementem powtarzającym się w jego twórczości jest autotematyczność: o trudach i rozterkach związanych z pracą reżysera oprócz Mojej matki opowiadają m.in. Kajman (stanowiący zarazem błyskotliwy komentarz do władzy Silvio Berluscioniego) czy Złote sny, w których początkujący reżyser musi mierzyć się z zarzutami o nadmierny elitaryzm jego filmów.

Równie ważnym wątkiem w twórczości Morettiego jest godzenie się zarówno ze stratą, jak i z własnymi słabościami oraz konsekwencjami podjętych decyzji. Czasem czyni to w poważnym tonie – jak we wspomnianym Pokoju syna, gdzie na przestrzeni kilku ujęć zarysowuje huragan emocji powstałych po stracie bliskiej osoby. Znacznie częściej rozterki jego bohaterów przedstawione są w komediowym tonie, w postaci pozornie niegroźnych neuroz. Szczególny urok ma postać piłkarza wodnego w Czerwonym lobiku, stanowiącym ukoronowanie serii o Michele’u Apicelli (granym przez samego Morettiego), który na przestrzeni pięciu filmów przybierał różne role, jednak nadal pozostawał tym samym, targanym obsesjami alter ego reżysera. W ostatniej części cyklu Apicella traci pamięć, ale nie daje po sobie tego znać i postanawia uczestniczyć w zaplanowanym meczu. Kulminacyjna scena, podczas której Michele nie potrafi pogodzić się z błędnym zagraniem i nieustannie odtwarza je w pamięci, stanowi znakomite podsumowanie wczesnych dzieł Morettiego. Trudno się dziwić, że zyskał on sobie przydomek włoskiego Woody’ego Allena (choć w jego wczesnych filmach pobrzmiewają także dalekie echa skeczów Monty Pythona).

Innym duchem nawiedzającym tegoroczną edycję Nowych Horyzontów była twórczość Davida Lyncha. Najbardziej oczywistym nawiązaniem była premiera opery pod tytułem Zagubiona autostrada w reżyserii Natalii Korczakowskiej z librettem autorstwa Elfriede Jelinek i z muzyką skomponowaną przez Olgę Neuwirth. Przypomniano również filmowy pierwowzór oraz inne odświeżone cyfrowo dzieło Lyncha, Blue Velvet, stanowiące niejako preludium do eksploracji mrocznego rewersu amerykańskiego stylu życia, która stała się znakiem rozpoznawczym reżysera, a swoje ukoronowanie znalazła w serialu Miasteczko Twin Peaks (muzykę z serii w reinterpretacji zespołu Xiu Xiu można było usłyszeć podczas jednego z koncertów w festiwalowym klubie).

Neon Demon

Neon Demon 

Jednak równie ciekawe, a być może nawet ciekawsze, było obserwowanie, w jaki sposób twórczością Lyncha inspirują się współcześni reżyserzy. We Wrocławiu mieliśmy okazję obejrzeć premierowo kontrowersyjny Neon Demon Nicolasa Windinga Refna. Duńczyk z jednej strony nawiązał fabularnie do Mulholland Drive, czyniąc główną bohaterką młodą, niewinną dziewczynę pragnącą zaistnieć w świecie rozrywki (tyle że jako modelka, a nie aktorka), a z drugiej zaproponował unikatową, autorską wizję, w pewien sposób negującą klasyczne reguły narracji (choć znów w nieco inny sposób niż zrobił to amerykański mistrz).

Jego najnowsze, przytłaczające wizualnie i oszałamiające dźwiękowo dzieło można teoretycznie odczytywać jako satyrę na bezlitosne zasady rządzące szołbiznesem, ale kiczowate dialogi, karykaturalność świata przedstawionego czy wreszcie zmysłowość, z jaką reżyser portretuje swoich (skądinąd zazwyczaj zepsutych i wyzutych z zasad moralnych) bohaterów narzuca nieco inny klucz interpretacyjny. Neon Demon w gruncie rzeczy jest czystą fantazją – Refn nawet nie próbuje powiedzieć czegokolwiek ciekawego na temat rzeczywistości. On istnienie tej rzeczywistości całkowicie neguje, jakby sugerując, że w hiperaktywnym i multimedialnym świecie nie potrafimy obcować z realnym światem, a jedynie go sobie wyobrażać.

Z taki stwierdzeniem, mimo niewątpliwych podobieństw w myśleniu o filmie jako widowisku, polemizowałby zapewne Alejandro Jodorowsky. Na Nowych Horyzontach zaprezentowano drugą część jego autobiograficznej trylogii. Wieczna poezja rozpoczyna się w momencie, w którym zakończył się Taniec rzeczywistości i przedstawia pierwsze kroki młodego Alejandro w świecie sztuki – od ucieczki z domu i zrozumienia swojej odmienności (błędnie utożsamianej przez jego ojca ze skłonnościami homoseksualnymi), przez życie w artystycznej komunie, aż po relacje z trójką poetów, które uformowały jego twórczą wrażliwość: romans z Stellą Diaz, przyjaźń z Enrique Lihnem oraz rywalizację z mistrzem Nicanorem Parrą. Jednak Wieczna poezja to nie tylko ekspresowa podróż przez nazwiska i miejsca ważne dla Jodorowskiego, ale także refleksja na temat rozliczenia z przeszłością – ostatecznie tematem przewodnim tego pełnego sugestywnej symboliki i utrzymanego w karnawałowym rytmie filmu okazuje się kwestia naprawienia błędów młodości i pogodzenia się z najbliższymi.

Wieczna poezja

Wieczna poezja 

Jeszcze inny sposób myślenia o świecie za pomocą fantazji zaproponował Matthew Barney, bohater kolejnej tegorocznej retrospektywy. Jej punkt centralny, monumentalny cykl Cremaster, w celu realizacji którego Barney zwiedził kilka kontynentów, utrzymany jest w estetyce uporczywego snu – sceny powtarzają się wielokrotnie, często tylko nieznacznie zmienione. Obserwujemy między innymi kilkudziesięciominutowy wyścig dwóch pojazdów, podczas którego kierowcy dokonują dziwacznego przeobrażenia (Cremaster 4) czy specyficzny dialog pomiędzy kobietą układającą wzory z owoców winogron a odtwarzającymi je na płycie stadionu cheerleaderkami (Cremaster 1). Obcowanie z tak nieoczywistą, momentami odrzucającą (i w pewnym sensie niesamowystarczalną, bo głęboko zanurzoną w różnorakich kontekstach) materią filmową bywa zadaniem trudnym, ale przełamanie oporów i zrozumienie logiki narracyjnej Barneya wynagradza wszelkie wysiłki.

Szczególnie trzecia, trzygodzinna część, której akcja w dużej mierze toczy się w gmachu nowojorskiego Chrysler Building, zachwyca precyzyjną choreografią i budowaniem napięcia w sytuacjach wydawałoby się pozbawionych potencjału dramaturgicznego (perypetie barmana nalewającego Guinnessa czy zderzające się aż do kompletnej destrukcji samochody). Niezależnie od tego, co sami sądzimy o twórczości Barneya, dobitnie pokazuje ona, jak wielka rezerwa jeśli chodzi o intelektualną grę z tekstami kultury czy też sposobami postrzegania rzeczywistości tkwi w kinie, w tym także w środkach wyrazu charakterystycznych dla kina gatunkowego.

Zwieńczeniem retrospektywy były dwa pokazy filmowej opery River of Fundament – to inspirowane egipską mitologią, a jednocześnie stanowiące hołd dla amerykańskiej motoryzacji przeszło pięciogodzinne, raz po raz przekraczające granice dobrego smaku ;widowisko okazało się wyzwaniem nawet dla najwytrwalszych widzów. Klamrą całej historii jest stypa po śmierci Normana Mailera, którego powieść Starożytne wieczory była punktem wyjścia dla filmu Barneya – na pierwszy, niemal dwugodzinny akt składają się głównie rozmowy w mieszkaniu pisarza, trudno więc dziwić się tym, którzy już podczas pierwszej przerwy postanowili opuścić gmach Narodowego Forum Muzyki. Tym, którzy pozostali, cierpliwość się opłaciła, bo w drugim akcie dało o sobie znać specyficzne poczucie humoru Barneya (a także kompozytora Jonathana Beplera) – groteskowe sytuacje między przybyłymi gośćmi uzupełniane były przez eklektyczną oprawę muzyczną (nie zabrakło tu nawet hip-hopu, choć w całości dominuje wyrafinowana współczesna muzyka operowa).

River of Fundament

River of Fundament 

Pomimo niewątpliwego rozmachu widowiska, fakt jego zaprezentowania właśnie w gmachu Narodowego Forum Muzyki wydaje się nie do końca uzasadniony. Wprawdzie był to wymóg ze strony samego reżysera, jednak paradoksalnie wpłynął negatywnie na odbiór dzieła, bo ze względu na konstrukcję sali ekran był mocno oddalony od widowni. Jeśli dodamy do tego niezbyt wygodne fotele w gmachu NFM oraz brak dodatkowej infrastruktury umożliwiającej nieco przyjemniejsze spędzenie przerw między aktami, to okaże się, że dużo lepsze warunki do odbioru River of Fundament zaoferowałoby Kino Nowe Horyzonty. Tym razem megalomania Barneya obróciła się przeciwko jego dziełu. Oby (mimo wszystko) fiasko tego projektu nie odwiodło organizatorów od dalszych eksperymentów z podobnymi projektami.

Z drugiej strony, sala NFM mogłaby z powodzeniem zostać wykorzystana w przyszłości tam, gdzie jej wartość dodana przykryłaby mankamenty – czyli na przykład podczas seansów z muzyką na żywo bądź gali rozdania nagród. Nawet jeśli żadne z tegorocznych wydarzeń towarzyszących festiwalowi, jakie miały miejsce w tym nowoczesnym obiekcie, nie spełniło pokładanych w nim oczekiwań, to dobrze, że festiwal nie stoi w miejscu i szuka dla siebie nowych przestrzeni. Za rok, gdy kurz po świętowaniu tytułu Europejskiej Stolicy Kultury nieco opadnie, Nowe Horyzonty po raz kolejny będą musiały wymyślić się na nowo. Miejmy nadzieję, że będzie to spojrzenie skierowane – zgodnie z nazwą imprezy – jak najbardziej w przyszłość.

Marcin Sarna

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *