Fantastyczna 5 – Płyty na styczeń

Styczeń jest jeszcze czasem podsumowań ubiegłego roku, ale nie brakuje w nim nowych emocji i zaskoczeń. Oprócz premierowych albumów, dobrze brzmią w tym miesiącu także nieco starsze wydawnictwa, a szybko zapadające wieczory zdecydowanie sprzyjają nadrabianiu zaległości. Poniżej fantastyczna piątka płyt, na które warto znaleźć chwilę właśnie zimą.

 

Coldair – The Provider

Na nowy album Coldair trzeba było czekać wystarczająco długo, aby dać wybrzmieć poprzedniemu wydawnictwu Whose Blood. Tobiasz Biliński otwiera teraz zupełnie nowy rozdział. Zmiany były słyszalne na koncertach już w 2014 roku, gdzie surowe, nieobrobione jeszcze dźwięki zwiastujące The Provider pojawiały się po raz pierwszy. Dziś dostajemy od Coldair album świetnie dopracowany w studiu Jeffa Zieglera, ale przede wszystkim – płytę pełną szczerych i wciągających historii. Jest mocno i mrocznie, jednak subtelnie wprowadzane klawisze, gitary i instrumenty dęte łagodzą i wzbogacają tę przestrzeń, nawiązując także do wcześniejszych dokonań Coldair. Po ukazaniu się pierwszego singla Endear pojawiły się głosy zawodu, że na rzecz wszechobecnej dziś elektroniki Tobiasz porzucił przyciągające, delikatne, folkowe kompozycje. Klimat towarzyszący Whose Blood, Far South i wcześniejszemu projektowi Kyst to przeciwny biegun w stosunku do The Provider, ale niezmienne pozostają wrażliwość i prawda, o które nie tylko w muzyce jest dzisiaj trudno. Coldair ewoluował w innym kierunku nie podążając za oczekiwaniami, co wymaga bezkompromisowości i pewności przekazu. Było warto. The Provider intryguje i skupia na sobie całą uwagę, nawet przy kilkukrotnym odsłuchaniu.

Valsaland – Fängelset

Jak zima, to oczywiście Skandynawia. Jest w czym wybierać, a mnie ostatnio zaskoczył nowy, wyjątkowy projekt ze Sztokholmu. Nazywa się Valsaland i w jego skład wchodzi 29 muzyków. W wieku od 8 do 70 lat. Naprawdę. Fängelset to debiutancki album zespołu kierowanego przez Goblina Mikannena, który od pierwszych dźwięków imponuje nietypowymi brzmieniami. Otwierający płytę utwór Leka jest jak połączenie Beirut z czasów Gulag Orkestrar z Sigur Rós. Potem jest coraz ciekawiej – od delikatnych ballad, w których tle pojawiają się szumy wiatru i deszczu, po złożone, przestrzenne kompozycje wypełnione niepokojącymi wokalami. Wyjątkowo dobrze brzmi tutaj język szwedzki, który idealnie pasuje do mistycznego nastroju, balasującego na granicy folku, ambientu i post-rocka. W utworach stworzonych przez tak wiele tak różnych osób zdecydowanie jest co odkrywać – w końcu każdy z muzyków wnosi tu swoją wrażliwość, niezależnie od wieku i doświadczenia. Polecam przesłuchiwać gdzieś w trakckie podróży po mieście. Fängelset totalnie odrywa od rzeczywistości.

Daughter – Not to Disappear

Płyta idealna na długie, ciemne zimowe wieczory. Wtedy, kiedy wyłażą z nas różne rzeczy, o których na co dzień staramy się nie myśleć. Nowy album Daughter pozornie otula charakterystycznymi dla zespołu dźwiękami – przytłumionymi bębnami, mocnym basem, gitarą płynącą pięknymi melodiami. Jednak włączając tę ciepłą, przyjemną płytę wchodzimy do lekko niepokojącego świata. Not to Disappear wkręca się głęboko odkopując trudne emocje, słabości i wątpliwości. Poruszające czułe struny kompozycje uzyskują dodatkową siłę dzięki wyjątkowym tekstom. Takie zimowe, muzyczne katharsis.

Tamaryn – Cranekiss

Styczeń to dobry czas na nadrabianie płytowych zaległości z ubiegłego roku. Nowy album Tamaryn ukazał się pod koniec sierpnia 2015 r. i dziś zdecydowanie wnosi trochę lata. Cranekiss to czysta przyjemność – zmysłowy, pulsujący dream pop, który od razu poprawia nastrój. Tamaryn przenosi do lat 80. bez zbędnego kombinowania z formą, interpretując jednak ten klimat na swój sposób. Pojawiają się więc charakterystyczne, shoegazeowe brzmienia, które nadają kawałkom lekkości. Moi faworyci to Hands Over Me, I Won’t Be Found i utwór tytułowy. Trzy różne nastroje, które świetnie grają razem na tym albumie.

David Bowie – Blackstar

Trudno mi jeszcze ubrać w słowa odczucia dotyczące tej płyty i okoliczności, które na zawsze zmieniły jej sens. Przez pierwsze 2 dni od premiery przesłuchałam Blackstar kilka razy ze szczerym zachwytem, odkrywając nawiązania do albumów Bowiego z lat 70. i kolejne dna misternie, ale z lekkością konstruowanych utworów. Myślałam: jak dobrze, że są jeszcze artyści, którzy po tylu latach i tylu wydanych płytach wciąż potrafią szukać, łączyć i tworzyć tak świetne rzeczy. Po 11 stycznia nie da się jednak słuchać Blackstar w taki sam sposób. Teraz cisza po ostatnich dźwiękach I Can’t Give Everything Away ma zupełnie inny wymiar.

Justyna Borycka

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *