Forever young

Koncepcja wiecznej młodości spędza sen z powiek ludziom od zarania dziejów – niegdyś stanowiła przedmiot setek legend i mitów, dziś jest głównym motorem napędowym przemysłu kosmetycznego (i nie tylko). Wiele osób zrobiłoby wszystko, byle tylko osiągnąć nieśmiertelność, jednak tytułowa bohaterka Wieku Adaline otrzymuje ów dar z niebios zupełnie przypadkiem. Co więcej – wcale nie jest z niego zadowolona.

 

Adaline (w tej roli Blake Lively) urodziła się na początku dwudziestego wieku, ale poznajemy ją współcześnie – mimo przeszło stu lat na karku, nadal jest kobietą młodą i nad wyraz piękną. Wszystkiemu winny jest wypadek drogowy, któremu uległa przed laty: wraz z samochodem wpadła do wody, a jej ciało uległo hibernacji. Następnie w zanurzony pojazd uderzył piorun, co poskutkowało zmianami w jej DNA i zatrzymało proces starzenia. Sama zainteresowana zauważa to dopiero po kilkunastu latach: dziwi ją fakt, że wygląda młodziej od własnej córki, z kolei policja coraz częściej wyraża wątpliwości co do autentyczności jej dokumentów. Od tego czasu Adaline regularnie zmienia pracę i miejsce zamieszkania – a ponieważ o ustatkowaniu się nie może być mowy, angażuje się wyłącznie w przelotne romanse, łamiąc serca kolejnym adoratorom. Jej największym dramatem jest jednak ciągłe życie w kłamstwie – oprócz starzejącej się coraz bardziej córki nie ma nikogo, komu mogłaby powierzyć swoją tajemnicę.

Film Lee Tolanda Kriegera ma z pewnością wiele cech, które pozwalają uznać go za współczesną wersję antycznego mitu: wieczna młodość jest bowiem dla Adaline klątwą, a nie błogosławieństwem. Dziewczyna skazana jest na nieustanne powtarzanie swojego życia, zadając przy tym ból sobie oraz innym. Jak w każdym szanującym się micie, tak i tu przychodzi jednak moment próby: Adaline rozkochuje w sobie przystojnego, poznanego na balu sylwestrowym mężczyznę imieniem Ellis. Czy w imię miłości bohaterka zdecyduje się złamać zasady i zdradzić swoją prawdziwą tożsamość? To pytanie musi tutaj rzecz jasna pozostać bez odpowiedzi, ale nie będzie żadną niespodzianką, że na drodze do szczęścia dziewczyny wyrosną kolejne przeszkody, a cała sytuacja skomplikuje się – i to w iście edypowy sposób. Taki rozwój akcji powoduje niestety, że nie sposób nie zadać sobie kilku pytań dotyczących bohaterki: dlaczego pomimo tak ogromnego doświadczenia (i wieloletniej praktyki w unikaniu dekonspiracji) Adaline lekceważy drobne sytuacje i sygnały, które mogą doprowadzić do wyjawienia jej sekretu? Dlaczego w dobie powszechnego dostępu do informacji nie pokusiła się o większy research, pozwalający jej na uniknięcie kłopotliwych sytuacji? Scenarzyści zdają się nie zauważać tego typu kwestii – traktują pierwszoplanową postać w wyjątkowo instrumentalny sposób, wplątując ją w splot wydarzeń tak nieszczęśliwy i tak przypadkowy (a do tego nielogiczny), że trudno wytłumaczyć to konwencją – czy to mitologiczną, czy melodramatyczną.

Największym zarzutem wobec Wieku Adaline jest jednak sam punkt wyjścia, który, choć niewątpliwie efektowny, to jednak utrudnia identyfikację z postacią: kobieta nie panuje nad swoją zdolnością, nie może się jej zrzec – brakuje więc jednoznacznie zaznaczonego konfliktu, jakiegoś tragicznego dylematu, który kazałby jej dokonać ostatecznego wyboru. Bohaterce bliżej jest zatem do żyjącego wspak Benjamina Buttona (choć brak tu towarzyszących Ciekawemu przypadkowi… obserwacji społecznych), niż stojących wobec wyboru między nieśmiertelnością a miłością postaci w rodzaju androida z Człowieka przyszłości. Tak jak w filmie Davida Finchera, tak i tu otrzymujemy portret jednostki wyrwanej z kontekstu – Adaline wielokrotnie zmienia swoją tożsamość, ale w rzeczywistości bezpowrotnie ją traci, z każdą kolejną inkarnacją stając się coraz bardziej nikim. Skazana jest na nieustanne powtarzanie tego samego scenariusza, opuszczanie kolejnych przyjaciół i bierną obserwację odchodzącego w niebyt świata swojej młodości. Czy miłość pozwoli jej wyzwolić się z tego zaklętego kręgu? Są zapewne tacy, którym odpowiedź na to pytanie wydaje się oczywista, ale tak to już jest z melodramatami (podobnie zresztą, jak z mitami): istnieją nie po to, żeby nas zaskoczyć, ale żeby po raz kolejny opowiedzieć tę samą historię – czy to podnoszącą na duchu, czy też pełniącą rolę przestrogi i moralnej przypowieści.

Marcin Sarna

Wiek Adaline

reżyseria: Lee Toland Krieger

premiera: 8 kwietnia 2015 (świat), 15 maja 2015 (Polska)

produkcja: USA

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.