Free rider po przejściach

Joby jest rockmanem. Prowadzi życie wypełnione kobietami i piwem, nie potrafi komunikować się z otoczeniem ani rozwiązać swoich problemów. A te są poważne – zostawiła go żona, która teraz chce uzyskać wyłączne prawo do opieki nad córką, Ellen. Ta sytuacja w końcu spowoduje, że Joby się ocknie i zawalczy o lepszą przyszłość.

 

Powyższe kilka zdań to wszystko, co musicie wiedzieć o fabule Dla Ellen. Historia jest prościutka, by nie powiedzieć – banalna. Widzieliśmy to już setki razy. Siła filmu nie tkwi bowiem w scenariuszu, ale w tym, jak starannie i konsekwentnie został on zobrazowany. By to zrozumieć, dobrze jest spojrzeć na Dla Ellen w szerszym kontekście. Reżyserka, Kim So Yong, pochodzi z Korei Południowej, a kino obyczajowe w Azji wygląda zupełnie inaczej, niż większość tego, co produkuje się w Ameryce czy w Europie. Twórcy rzadko troszczą się o opowiadanie historii. Wolą powoli, za pomocą obserwacji drobnych gestów, krajobrazów i niepozornych wydarzeń, oddawać stany emocjonalne bohaterów i zapraszać widza do samodzielnego odkrycia sensu tego, co ogląda. Postacie się snują, rzadko rozmawiają, dominuje cisza i długie, statyczne ujęcia. Takie kino jest niewątpliwie nieprzystępne i na pierwszy rzut oka wydaje się po prostu nudne. Warto jednak dać się uwieść jego specyficznemu urokowi, a za początek pięknej przyjaźni może posłużyć właśnie Dla Ellen – dzieło nader umiejętnie łączące dwa filmowe światy.

Film Kim So Yong powstał w USA, grają w nim amerykańscy aktorzy, ale wszystko inne przywodzi na myśl Daleki Wschód. Starania Joby’ego o spotkanie z córką i jego rozmowy z adwokatem przeplatane są długimi panoramami zamglonych, pustych autostrad, widokami rzadko uczęszczanych zajazdów i pubów czy ujęciami padającego śniegu. Joby wiecznie nie może pozbierać myśli, wydaje się ospały, niezdecydowany i nieobecny, co znajduje wyraz nie tylko w grze Paula Dano, ale właśnie we wszechobecnej szarości i niespiesznym tempie narracji. Nie ma tu punktu kulminacyjnego – poznajemy bohatera w nieciekawym stanie i, choć zostawiamy go w stanie nieco lepszym, to jego droga do zmian w życiu zaczyna się dopiero wraz z napisami końcowymi. Wszystko składa się w przemyślaną, dopracowaną całość. Dla przykładu: jest w filmie cudowna scena, w której Joby chce kupić Ellen zabawkę. Dziewczynka wędruje wśród sklepowych półek tak powoli, że wysoki bohater w zasadzie stoi w miejscu. Statyczne ujęcie trwa dobre kilkadziesiąt sekund i zakrawa na parodię kina artystycznego. Wystarczy jednak chwila zastanowienia, by zauważyć, jak w tym nasyconym subtelnym humorem momencie ważny jest upływ czasu. Wszystko staje w miejscu, a Joby jest ze swoją córką, którą udało mu się zabrać z domu na jakże krótkie dwie godziny. Chwila, która dla niewprawnego widza będzie trwała w nieskończoność, dla ojca jest krótsza niż setna część sekundy.

Dla Ellen nie jest przy tym typowym przedstawicielem azjatyckiego slow cinema, który mógłby się okazać trudny do przyjęcia dla zachodniego widza. Dialogów w filmie nie brakuje (choć wciąż jest ich zdecydowanie mniej w niż w typowym kinie obyczajowym), a bardzo ciekawą warstwę znaczeniową tworzą nawiązania do typowo amerykańskiego etosu free ridera, widoczne nie tylko w narracji, ale też np. w doborze oszczędnej ścieżki dźwiękowej.

Na ekranie bryluje Paul Dano. Młody aktor, mający już na koncie występ u boku samego Daniela Day-Lewisa w Aż poleje się krew, nie boi się wybierać projektów leżących na antypodach hollywoodzkiej konwencji. Świetnym przykładem był nietypowy western Meek’s Cutoff, Dla Ellen jest kolejnym. Jego Joby chowa się za maską zdystansowanego rockmana, za starannie przetłuszczoną fryzurą, wytartą skórzaną kurtką i przyciemnianą szybą forda mustanga, a jednocześnie chwilami wygląda, jakby zaraz miał wybuchnąć i wreszcie uwolnić skrywane emocje. Nie jest bohaterem, który łatwo da się lubić, ale dzięki grze Dano wzbudza współczucie i nawet nie spostrzeżecie, kiedy zaczniecie kibicować jego nieporadnym wysiłkom. O dziwo, znajdujący się w wybornej formie aktor znajduje godną partnerkę w osobie… grającej sześcioletnią Ellen Shayleny Mandigo. Cicha, czujnie obserwująca otoczenie dziewczynka czuje się dziwnie z ojcem, którego nigdy nie widziała, ale równocześnie nie boi się zapytać go wprost, gdzie był, kiedy powinien być z nią. Młoda amatorka doskonale pokazuje kompleksowość dziecięcej psychiki właściwie się nie odzywając.

Kiedy w końcu dochodzi do szczerej rozmowy ojca z córką i Joby ledwie jest w stanie wykrztusić z siebie pytanie: Co o mnie myślisz?, dziewczynka opowiada: Chyba jesteś miłym człowiekiem. Jest to jedyna w całym filmie wyrażona wprost ocena bohatera. Bo też i Kim nie chce nikogo oceniać. Zamiast tego koncentruje się na pokazaniu pewnego momentu z życia pewnego człowieka. Nie dba o generalizacje i wyraziste puenty. Wybiera obserwację sennie przetaczających się po drogach ciężarówek, zimowych zachodów słońca i płatów śniegu na gałęziach drzew, umieszczając w tym niepozornym krajobrazie równie niepozornego bohatera, który musi podjąć pewne ważne decyzje. Konsekwentnie i bez ekscytacji snuje swoją skromną opowieść, wydobywając z niej bogactwo emocji, nieobecne w wielu bardziej dynamicznych filmach. Dzięki temu ambitna próba przeniesienia elementów estetyki azjatyckiego snuja na amerykański grunt zakończyła się sukcesem. Dla Ellen nie ma może siły wystarczającej, by wywołać katharsis, ale na pewno potrafi pokazać, że to, co na pierwszy rzut oka wydaje się nudne, bywa fascynujące. A to już sporo.

5kilo kultury jest patronem medialnym filmu.

Robert Mróz

Dla Ellen

reżyseria: Kim So Yong

premiera: 21 stycznia 2012 (świat), 17 maja 2013 (Polska)

produkcja: USA

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.