Gorączka przed podróżą

Plug&Play – “Reisefieber EP (2013) Too Many Fireworks

Gdy po raz pierwszy usłyszałam Plug&Play w trójkowej OFFensywie w 2011 roku, potrzebowałam zaledwie kilku sekund by kompletnie się w nich zakochać. Potem pomimo wydania LP Why So Close? słuch o P&P jakby lekko zaginął. Teraz jednak wracają ze swoją nową epką, udowadniając, że zakochać się w nich – to zdecydowanie za mało.

 

Droga lubelskiego zespołu to pasmo wyjątkowo skomplikowane i kręte – były 3 epki, był Open’er i Jarocin, wielokrotne migracje w składzie, elektroniczne wydanie długogrającego debiutu, a nawet bankructwo wytwórni. Dodajmy do tego ciągłe poszukiwanie stylu, a wydawać by się mogło, że nie powstanie z tego nic dobrego. Nie ma jednak przyjemniejszego uczucia, niż bycie mile zaskoczonym. I tak muszę przyznać, że Reisefieber to jeden z najciekawszych mini-albumów, jakie udało mi się przesłuchać w ciągu ostatnich kilku miesięcy.

Nowe Plug&Play to granie zdecydowanie spokojniejsze i mniej undergroundowe niż dotychczas. A więc grupa idzie konsekwentnie w stronę wyjścia z podziemia. Jak sami przyznają na oficjalnej stronie internetowej, dotychczasowe osiągnięcia uwieńczyli albumem z 2012 roku, a wydaniem Reisefieber otwierają kolejny etap na swojej drodze. Ich muzyka wciąż jest pozytywnym chaosem, jednak tym razem nieco uporządkowanym. Wokal Kuby Majsieja jest jakby odmieniony – dopracowany, miękki, bardziej harmoniczny i pozbawiony zbędnej krzykliwości. I jeśli kiedykolwiek można było zarzucić mu jakieś braki, to teraz ten problem znika – zespół od wydania Why So Close? zasilają bowiem Luiza Orpik i Agnieszka Ozon, kapitalnie uzupełniające wokale. Dzięki nim, jak i ubogaceniu utworów saksofonem w Sahara Beach i Brand New Day, melodie na krążku idealnie ze sobą współgrają. Tu wszystko znajduje się na swoim miejscu, a żaden dźwięk nie jest przypadkowy.

Cities I’ll Never Go To to kawałek, jakich w polskiej muzyce powinno być więcej. Lekki, przepełniony niepowtarzalną, pozytywną energią zbudowaną z delikatnej linii gitary, rewelacyjnie zaśpiewany, okraszony swobodną perkusją. Gdyby nie Get Lucky Daft Punku, karmiłabym nim swoich sąsiadów ogłaszając niezaprzeczalnym hitem lata. Za to pierwsze dźwięki Sahara Beach skłaniają nieodzownie do skojarzenia z Foals. Utwór P&P jest jednak bardziej nieoczywisty, gęsto przybrudzony syntezatorami, bogaty w klawiszowe smaczki, uwieńczony wzrastającym, coraz ciekawszym chórem Majsieja i jego dziewcząt. Poza tym – Like Analog Tapes, które przenosi nas w taneczny klimat lat 80. Bujająca, płynna elektronika, puszczona w klubach czy w radiu, bez zbędnego powtarzania wyciągnie tłumy na parkiet. Epkę wieńczy wyciszone, wyśpiewane z lekkim niepokojem Brand New Day. I to właśnie taki wokal – lekko drżący, zachwiany, momentami niepewny – w połączeniu ze zgrabnymi bitami definiuje klimat płyty. Ostatniego utworu słucha się z ogromną przyjemnością o każdej porze. Zadowolony słuchacz nie jest jednak pozostawiony na kompletne odpłynięcie w końcówce płyty – w ostatniej minucie pojawia się znów saksofon i przyznam osobiście, że nie wyobrażam sobie lepszego rozwinięcia muzycznego, niż to zaproponowane przez Plug&Play. Grupa udowadnia, że ciągle ma na swoją muzykę niebagatelny pomysł.

Jakieś wady? Znajduję jedną – to tylko epka. Gdyby dodać do niej kilka równie mocnych energetycznie kawałków, płyta mogłaby okazać się dla zespołu przełomową, a recenzenci znów zaczęliby rozpisywać się o Plug&Play, tym razem na dobre okrzykując ich mianem rewelacyjnych. W tym momencie pozostaje jednak nadzieja, że tytuł krążka kryje podwójne dno i zapowiada przyszłą wyprawę zespołu na rynek muzyczny w postaci longplaya. I oby tej wyprawy nie bał się już nikt.

Alicja Cieloch

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.