Jazz dla zielonych

Że trudny, że nie wiadomo od czego zacząć, że wymagający – to opinie o jazzie, które krążą wokół mnie powtarzane przez znajomych niczym mantra. 30 kwietnia to Światowy Dzień Jazzu, warto więc tę okazję wykorzystać do zapoznania się z gatunkiem i odkrycia, że kompozycje Milesa Davisa czy utwory wykonywane przez duet Fitzgerald-Armstrong należą nie tylko do ambitnych, ale przede wszystkim przyjemnych. Poniżej subiektywny przegląd siedmiu najistotniejszych i najbardziej esencjonalnych dzieł w historii. Korzystajcie mądrze.

 

Miles Davis – Kind of Blue (1959)

W zasadzie wszystkie albumy Davisa z powodzeniem mogłyby samodzielnie służyć za przewodnik po jazzie jako takim, w każdej jego odsłonie. Amerykański artysta przyczynił się bowiem prawie do każdego etapu rozwoju jazzu, od jazz-rocka po cool jazz. Jednak jeśli pozostałe albumy można by swobodnie przesuwać po kolejnych miejscach na liście, Kind of Blue to nagrania niezaprzeczalnie znajdujące się na miejscu numer 1.

Dave Brubeck – Time Out (1959)

Brubeck jest niewątpliwie złotym środkiem dla najbardziej opornych. Na Time Out odnaleźć można nie tylko energiczne, jasne Blue Rondo á la Turk, ale przede wszystkim jeden z najprzyjemniejszych utworów jazzowych, jakie kiedykolwiek powstały – Take Five. Nic, tylko zapętlić i słuchać do oporu.

Ella Fitzgerald & Louis Armstrong – Ella and Louis (1956)

Louis Armstrong – ach, to ten od What A Wonderful World, znam, wiem, nie trzeba mi go przedstawiać! Otóż nie do końca. Wysłużony hit ma bowiem ze standardem jazzowym tyle wspólnego, co Hendrix z disco polo. Duety z Ellą Fitgerald, Pierwszą Damą Jazzu, stanowią natomiast zbiór najdoskonalszych przebojów gatunku i jest to jednocześnie pozycja obowiązkowa pośród słuchaczy jazzu, swingu czy entuzjastów techniki scatu, czyli wokalnego sposobu naśladowania instrumentów (lub ratowania się z zapomnianego tekstu).

Duke Ellington – Harlem (1964)

Dużo, gęsto, bogato i z przepychem – to cechy orkiestry Edwarda Ellingtona, słynącego z dobrych manier księcia fortepianu. Ci, którzy oczekują tradycyjnych, skrzypiących i bardzo charakternych kompozycji, wszelkie nagrania Amerykanina okażą się strzałem w dziesiątkę.

Miles Davis – Bitches Brew (1970)

I znów ten Davis. Jednak Bitches Brew po prostu nie da się pominąć. Słuchając Spanish Key nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to najbardziej przełomowy i niezwykły album, jaki kiedykolwiek powstał. Davis, wkraczając w rejony odważnego jazz-rocka, skutecznie złamał granice gatunkowe, granice odbioru i przede wszystkim granice myślenia. Pierwszy album fusion zachwyci każdego otwartego na odważne, bezkompromisowe formy. Jeśli zachwycacie się projektem Fire! Orchestra, koniecznie wróćcie do korzeni.

Krzysztof Komeda – Matnia (1966)

Trudno, aby na liście zabrakło choć jednej pozycji autorstwa bodaj najważniejszego w polskiej historii człowieka jazzu. Matnia to nie tylko ścieżka dźwiękowa do filmu Romana Polańskiego, ale przede wszystkim jedno z najbardziej kompleksowych dzieł twórcy na polu muzyki filmowej. Kompozycje Komedy, mimo swojego bogactwa, pozostają w niezwykły sposób otwarte, przez co doczekały się już wielu interpretacji, jak choćby poświęcona artyście płyta Leszka Możdżera z 2011 roku czy “Litania. Music Of Krzysztof Komeda” Tomasza Stańki.

John Coltrane – Giant Steps (1960)

Album saksofonisty zawiera jeden z utworów-gigantów jazzu – Naima. Genialny utwór nazwany imieniem ówczesnej żony artysty został ostatnio wykorzystany w Idzie Pawła Pawlikowskiego. Trudno oprzeć się romantyzmowi nagrania, idealnego na długie noce z czerwonym winem spędzone w nieoczywistym półświetle. Szukający namiętnego, głębokiego jazzu odnajdą u Coltrane’a wszystko, czego im trzeba.

Alicja Cieloch

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *