Kino kontra krytyk

Poświęcony Rogerowi Ebertowi dokument Life Itself jest filmem niezwykłym. Niekoniecznie dlatego, że bez ogródek prezentuje przykrą rutynę zmagań z nowotworem, walki skazanej na ostateczną i rychłą porażkę. Widzimy tu sytuację chyba bardziej wyjątkową – oto bowiem znani reżyserzy, jak choćby Martin Scorsese czy Werner Herzog, składają wyrazy uznania i wdzięczności przedstawicielowi chyba najmniej poważanej w tej branży profesji – krytykowi filmowemu.

 

Jak wiemy z wydarzeń kilku ostatnich lat, w Polsce recenzenci mogą liczyć na wiele różnorodnych reakcji ze strony filmowców. Przeważnie są to pozew sądowy (Kac Wawa vs Raczek), konfrontacja twarzą w twarz (Białowąs vs Walkiewicz) albo zwyczajne inwektywy (Zanussi vs plankton). Nie byłoby wcale najgorzej, gdyby pragnienie odwetu za nieprzychylne opinie kończyło się na powyższym arsenale środków. Sprawy przybierają poważny obrót dopiero, gdy twórca sięga po oręż szczególnie bliski sercu krytyka – sam film.

Nieudacznicy i łajdacy

Z tak okrutnym posunięciem polska widownia spotkała się w Superprodukcji Juliusza Machulskiego. Motto otwierające film stanowi cytat z Winstona Churchilla: Krytykować może każdy głupiec. I wielu z nich to robi. Machulski nie owija więc w bawełnę i już na wstępie daje jasno do zrozumienia, po co nakręcił to dzieło. Kiedy okazuje się, że głównym bohaterem jest krytyk filmowy grany przez Rafała Królikowskiego, robi się naprawdę nieprzyjemnie. Yanek Drzazga, bo tak niestety nazywa się owa postać, mieszka z nadopiekuńczą mamą, nie ma kobiety, nosi nieelegancki plecaczek. Ukończył filmoznawstwo, ale zdawał też do szkoły filmowej, oczywiście bez powodzenia. Gdy potężny mafioso proponuje mu zrobienie filmu, Yanek wykręca się, tłumacząc, że jest tylko teoretykiem. Superprodukcja ilustruje tym samym popularny pogląd, wedle którego krytyk i eunuch z jednej są parafii – obaj wiedzą jak, żaden nie potrafi.

Superprodukcja

Machulski nie poprzestaje jednak na ośmieszeniu recenzenta jako nieudacznika i niespełnionego artysty (to zresztą niezbyt odkrywcze spojrzenie). Wchodzi niby w polemikę z głosem polskiej krytyki, co wydaje się raczej mało uczciwe, jako że adwersarzem autora jest w gruncie rzeczy wyłącznie projekcja jego fantazji. Fikcyjni krytycy gremialnie zachwycają się kinem irańskim czy gruzińskim laureatem festiwalu w Karlowych Warach, o których wypowiadają się bełkotem udającym uczoność. Yanek jest jednym z nich. Postuluje realistyczne kino dotykające aktualnych społecznych problemów, pogardza natomiast filmami na hollywoodzką modłę, choć – jak ujawnia przed nami Machulski – potajemnie wielbi Kino Nowej Przygody. Jako egzemplifikacja pomysłu krytyków na polskie kino pojawia się stereotypowy czarno-biały obraz o biednym górniku, wyobrażony film, którego słabość miała być chyba oczywista, zwłaszcza w kontraście z samą Superprodukcją. Z wielką satysfakcją ogląda się ten obraz Machulskiego dzisiaj – po Oscarze dla czarno-białego, festiwalowego snuja; w czasach, kiedy o istnieniu takich dzieł jak AmbaSSada czy Kołysanka zapominamy najpóźniej po miesiącu od ich premiery.

Trzeba wszakże uczciwie przyznać, że nie tylko polscy twórcy mszczą się na recenzentach, a Yanek Drzazga z pewnością nie jest najpaskudniejszym krytykiem, jakiego można sobie wyobrazić. Bogata fantazja M. Nighta Shyamalana rozbudzona kiepską prasą Osady zrodziła Harry’ego Farbera, drugoplanową postać w filmie Kobieta w błękitnej wodzie. Farber to przemądrzały, arogancki samotnik o niepozornej aparycji Boba Balabana. Obejrzał w swoim życiu tyle filmów, że kino już dawno zaczęło go nudzić. Wszystko już było, filmy są takie przewidywalne. Shyamalan uparł się, aby utrzeć nosa krytykom wyznającym podobne poglądy, dlatego Farber, próbując rozpoznać fabularną strukturę filmu, którego sam jest częścią, ponosi totalne fiasko. Trudno mu się zresztą dziwić, ponieważ historia Kobiety… jest kosmicznie wydumana. Dość szybko można zorientować się, że Shyamalanowska zemsta na recenzentach jest podwójna, a tę zdecydowanie dotkliwszą jej część stanowi strata prawie dwóch godzin życia, jakie zajmuje seans. Ostatecznie wątek krytyka okazuje się być najlepszym w całym filmie – rozładowuje na moment nieznośną powagę tej niezrozumiałej bzdury, a poza tym kończy się szybciej niż inne, i to w sposób nieprzesadnie przyjemny dla wstrętnego pismaka.

Najgorzej na ekranie wypada i tak krytyk teatralny. Ostatnio solidarne wzburzenie wśród publicystów filmowych wywołała postać Tabithy Dickinson z filmu Birdman. To ponury zasuszony babsztyl, któremu wystarczą snobistyczne uprzedzenia, by zapałać żądzą zjechania sztuki w New York Timesie jeszcze przed jej obejrzeniem. Pozostaje tylko żałować, że Inarritu nie dookreślił tej postaci sceną, w której do ulubionego pubu przylatuje ona na miotle. Dickinson mogłaby stworzyć dobraną parę z Addisonem DeWittem, krytykiem teatralnym z klasycznego Wszystkiego o Ewie. Wyniosły, cyniczny, nie ma skrupułów przed wykorzystywaniem pozycji wpływowego recenzenta i manipulowaniem ludźmi dla osobistego zysku. W dialogach jego nazwisko przyciąga nieuchronnie słowa takie jak venom, poison czy heartless.

Life Itself

Ocieplanie wizerunku

W świetle powyższych przykładów trudno nie docenić Life Itself, nawet pomimo jego wyraźnych słabości (na przykład tego, że 115 minut to metraż co najmniej dwukrotnie za długi jak na taki materiał). Miejsce stereotypów zajmuje autentyczny człowiek w całej swojej złożoności. Daleko mu do ideału – już w młodości otyły, przesadzający z alkoholem (do czasu), zawsze gotów przypomnieć o zdobytym Pulitzerze. Poza profesją niewiele łączy go jednak z postaciami w rodzaju DeWitta czy Farbera – niemal do końca radosny, towarzyski, otwarty i pracowity, gotów do walki z uprzedzeniami oraz społeczną nierównością. Herzog przypomina tu, że zadedykował Ebertowi jeden ze swoich najlepszych filmów, Scorsese wyznaje, że krytyk Chicago Sun-Times miał niebagatelny wkład w rozwój jego kariery, Ava DuVernay, Errol Morris, Ramin Bahrani – wszyscy oni zawdzięczają coś Ebertowi. Wreszcie zauważone zostaje, że krytyka filmowa to nie tylko mieszanie filmów z błotem, ale również ich docenianie, konstruktywna analiza, odkrywanie nowych talentów, przypominanie o dawnych mistrzach.

Ebert to jednak postać wyjątkowa, co zabawnie ukazuje serial The Critic, gdzie ma on status wręcz gwiazdora krytyki filmowej, osobistości z zupełnie innych sfer niż główny bohater i jego pospolici koledzy z branży. No właśnie, The Critic – rysunkowy serial twórców Simpsonów przetrwał jedynie 13 odcinków w ABC oraz ostatnie 10 w Fox, dowodząc niejako nikłego zainteresowania społeczeństwa zawodem krytyka. Tytułowym bohaterem kreskówki jest Jay Sherman prowadzący własne telewizyjne show, w którym recenzuje filmy. Jego firmowe powiedzonko to it stinks!, a ponieważ stosuje je dość często w odniesieniu do popularnych tytułów, do tego rzuca cytatami z Rabelais’go, prawie nikt go nie lubi. Gruby, łysiejący flejtuch nieustanne od kogoś obrywa i kompromituje się w relacjach z kobietami, które zazwyczaj na jego widok krzywią się z odrazy. Co więc odróżnia Jaya od Yanka Drzazgi? Przede wszystkim czyste sumienie krytyka i szczera miłość do kina – żaden szantaż nie powstrzyma go przed zjechaniem złego filmu.

Zauważmy też, że The Critic nie koncentruje się na postaci recenzenta po to, by wyśmiać krytyków, choć oczywiście robi to, ale nie oszczędzając przy tym reszty społeczeństwa. Profesja głównego bohatera staje się tu pretekstem do wielu intertekstualnych żartów przynoszących nieco kinofilskiej frajdy. (Ten relatywnie mało znany serial stanowi też ciekawy przypadek połączenia społeczno-politycznego humoru Simpsonów z abstrakcyjnym, surrealistycznym dowcipem późniejszej o kilka lat Głowy rodziny).

Sneaking in the Movies

Podobny rodzaj przyjemności generuje też z pewnością Sneaking in the Movies – interesująca i całkiem zabawna parodia telewizyjnych shows Eberta i Gene’a Siskela (doskonałe połączenie tytułów Sneak Previews i At the Movies) pojawiająca się w autorskim debiucie Roberta Townsenda i Keenena Ivory’ego Wayansa Hollywood nie dla czarnych. Sekwencja ta, podobnie jak cały film, wymierzona jest przeciwko stereotypowym reprezentacjom czarnoskórych w mediach. Widzimy więc dwóch afroamerykańskich krytyków, którzy wśliznęli się do kina bez płacenia za bilet. Centralne miejsce w ich aparacie pojęciowym zajmuje bullshit, zbyt trudny do wymówienia tytuł przekreśla dzieło, a poza kciukami w górę/w dół film może dostać także środkowy palec tudzież serię piąteczek.

Ze wszystkich znanych mi przedstawień krytyków w filmach bądź serialach wizja Townsenda i Wayansa zdecydowanie wygrywa. Jest najzabawniejsza, służy dobrej sprawie, mimowolnie dowartościowuje profesjonalistów. Będąc satyrą na Hollywood oraz amerykańską telewizję, traktuje krytykę filmową jako integralną część branży i unika wartościowania. Co prawda, postać krytyka jest wciąż wehikułem stereotypów i chociaż są one innego rodzaju niż w pozostałych przypadkach, potwierdza się niejako, że o pełnowartościowy portret krytyka w filmie fabularnym jest niezwykle trudno. Pozostaje nam cieszyć się dokumentem o Rogerze Ebercie i śmiać się z kilku lepszych karykatur, a tym zupełnie nieudanym przyznać środkowy palec.

Maciej Kryński

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.