Kocha, nie kocha…

Peanom na cześć romantycznej trylogii Richarda Linklatera nie ma końca. Wszyscy recenzenci podkreślają najbardziej oczywistą cechę tych filmów, obecną także w części trzeciej, Przed północą — doskonałe dialogi, balansujące między frywolną lekkością a typową dla francuskiego kina pikanterią, z pojawiającymi się gdzieniegdzie bardziej poważnymi odcieniami. Wydaje się jednak, że traktując te dzieła jak swego rodzaju słuchowiska, łatwo przeoczyć ich czysto filmowe mistrzostwo.

 

Jeśli ostatnie dwie dekady spędziliście w mongolskim stepie lub amazońskiej dżungli, oto krótkie przypomnienie: Amerykanin i Francuzka, oboje dopiero wkraczający w dorosłość, spotykają się w pociągu do Wiednia. Pod wpływem impulsu wysiadają i spędzają całą noc snując się po wspaniałym mieście, a gdzieś pomiędzy uroczymi parkami i przytulnymi kawiarniami zaczyna kiełkować w nich niespodziewane uczucie. Niestety, muszą się rozstać — on wraca do Stanów, jej kończą się studenckie wakacje. Obiecują sobie, że jeszcze się spotkają, ale na randez vous reżyser kazał nam czekać aż dziewięć lat. Dochodzi do niego w nieodmiennie romantycznym Paryżu, a przyczynkiem staje się wydana przez bohatera książka. I znów — spędzamy z bohaterami kilkadziesiąt minut wypełnionych nieustającą paplaniną na wszelkie tematy, zastanawiając się, czy tym razem zostaną ze sobą, czy może jednak znów coś stanie im na przeszkodzie. Być może półtoragodzinna obserwacja gadającej pary nie brzmi jak najlepsza możliwa propozycja na rozrywkowy wieczór. Przed wschodem słońca (1995) i Przed zachodem słońca (2004) zmienią to nastawienie — to mogę wam zagwarantować. Chyba nigdy wcześniej w historii kina film o miłości tak prosty, tak całkowicie odarty z fabularnego i kostiumowego sztafażu, nie był tak wciągający. Dialogów, koncentrujących się na uczuciach, seksie, różnicach między mężczyznami i kobietami, Amerykanami i Francuzami, nie da się określić inaczej niż mistrzowskie i to one stanowią siłę napędową każdej części. Wypowiadane ze swadą i naturalnością przez Julie Delpy i Ethana Hawke’a, zagwarantowały tej dwójce miejsce na aktorskim szczycie – w żadnych innych filmach nie byli oni tak dobrzy.

Minęło kolejne dziewięć lat, kiedy Linklater, zupełnie niespodziewanie, ogłosił, że oto trzecia część serii jest tuż tuż. W porównaniu do lekkich, wręcz zwiewnych poprzedników, Przed północą jest dużo mocniej osadzony w szarej rzeczywistości. Jesse i Celine wciąż spacerują (tym razem po słonecznych wzgórzach Peloponezu) i dyskutują, jednak teraz rozmowy częściej dotyczą problemów niż marzeń. Po dziewięciu spędzonych wspólnie latach najczęściej poruszane tematy to kłopoty z dwójką dzieci, ciągnąca się za Jesse’em przeszłość (po rozwodzie z amerykańską partnerką nie może wystarczająco często spotykać się z mieszkającym w USA synem) i dokuczliwy brak miłosnych uniesień. Jemu przeszkadza jej histeryczność, ona z kolei coraz częściej nie może znieść jego maniery wiecznego chłopca. W momencie kulminacji naprawdę można zacząć obawiać się o przyszłość ich związku. Nie oznacza to bynajmniej, że romantyzmu poprzednich części w ogóle tu nie odnajdziemy – musimy tylko zajrzeć głębiej, przeczekać wybuchy złości i wzajemnych pretensji, by usłyszeć starych dobrych Celine i Jesse’ego w ich żywiole, rozprawiających bez pruderii o miłości zarówno duchowej, jak i cielesnej. Przed północą to niezwykłe świadectwo dojrzałości autorów (Delpy i Hawke współtworzyli scenariusz), bez zbytniego krygowania się przedstawiające blaski i cienie bycia w związku. Ludzie po czterdziestce doskonale wiedzą, że życie nie składa się wyłącznie z przyjemności, ale nie mają najmniejszego zamiaru całkowicie z nich zrezygnować. Dzięki temu do Przed północą idealnie pasuje określenie życiowy. Choć brzmi ono prozaicznie, to chyba największy komplement, jaki można sprawić twórcom tego typu filmów.

Z powyższych dwóch akapitów wyłania się obraz perfekcyjnego kinowego słuchowiska, ale niekoniecznie perfekcyjnego filmu. Rzeczywiście, w ferworze wyrafinowanych zdań i ciętych ripost łatwo przeoczyć momenty, które świadczą o tym, że nie tylko dialogi dopięto tu na ostatni guzik. Jeśli jednak przyjrzeć się temu filmowi, a nie tylko się weń wsłuchać, nietrudno dostrzec wiele magicznych momentów. Jeden z nich czeka na nas już na samym początku — oto Jesse odprowadza syna na samolot do Stanów i doskonale widzimy, jak trudno mu się z nim rozstać. Gdy chłopak znika w korytarzu prowadzącym na pas startowy, Jesse wychodzi na parking, podchodzi do samochodu, a kamera powoli podjeżdża do tylnej szyby, pokazując dwie słodko śpiące kilkuletnie dziewczynki — wszystko w jednym ujęciu. Choć na ekranie królują słowa, ta jedna jazda kamery wystarcza, by ustawić całą sytuację dramatyczną i powiedzieć widzowi więcej, niż choćby najlepszy dialog. Bodaj najwspanialszy tego typu moment to ten, kiedy bohaterowie maszerują wśród malowniczych greckich ruin i — oczywiście — rozmawiają, przeskakując od tematów całkowicie błahych do coraz poważniejszych. W tym czasie na krawędzi ekranu, raz widoczne w polu widzenia kamery, raz pozostające tuż poza jego obrębem, splatają i rozplatają się ich dłonie, prowadząc ciągłą grę, w której jedna dąży do kontaktu, a druga niepostrzeżenie się odsuwa. To kolejny przykład na to, że obraz jest pełnoprawnym twórcą sensów w filmie Linklatera, że słowa nie zagarniają całej przestrzeni.

Dzięki takim smaczkom Przed północą stanowi nie tylko doskonały rozdział uwielbianej przez widzów na całym świecie serii ale też, po prostu, doskonały film. Mądry, wzruszający i zabawny. I choć niniejszy tekst zacząłem od sformułowania trylogia Richarda Linklatera, to przecież chyba wszyscy chcielibyśmy spotkać Celine i Jesse’ego jeszcze raz, albo i kilka razy. Może tym razem Przed południem?

Robert Mróz

Przed północą

Reżyseria: Richard Linklater

Premiera: 20 stycznia 2013 (świat), 28 czerwca 2013 (Polska)

Produkcja: USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.