Kto jeździ jak błyskawica, spadnie z grzmotem

Najtrudniejszą miłością, jak się okazuje – przynajmniej z perspektywy współczesnego kina – jest miłość rodzicielska, skazana na szereg poświęceń, a nawet zapomnienie. Drugie oblicze w przejmujący sposób wpisuje się w szereg filmów o ojcostwie, gdzie z jednej strony bohater dojrzewa do swej roli, z drugiej zaś warunki społeczne uniemożliwiają mu ją. Przeciwstawia się temu jednak, ale czy gra warta jest świeczki?

 

Sukcesywnie budowany przez Cianfrance’a klimat psychicznego zaszczucia i życiowego impasu daje obraz Stanów Zjednoczonych dawno wykolejonej z american dream obcokrajowców. Tu na przedmieściach dorasta się do takich marzeń, na jakie pozwalają warunki, trudno więc o wzorzec nieskalanych wartości, a miano bohatera doczepiają człowiekowi dla medialnego pogłosu. Karierę robi się tylko w barze, policji albo polityce, ale ani jedno, ani drugie nie gwarantuje udanego życia. Na opustoszałych ulicach są tylko cienie, a w domach albo próby normalnego życia, albo imprezy do utraty świadomości. Nic więc dziwnego, że motocyklowy kaskader Luke Glanton (Ryan Gosling) postanawia wyrwać się z tej dziury, skoro jego była dziewczyna ma już innego faceta, a ich wspólną przeszłość traktuje jak przelotny romans. Wszystko zmienia się, gdy mężczyzna dowiaduje się, że mają dziecko i postanawia zrobić wszystko, by się nim zaopiekować.

Tak rysująca się pierwsza część filmu niebezpiecznie ociera się o dramat rodzinny z zaznaczonym mimochodem kontekstem społecznym. Cianfrance wychodzi jednak z tego obronną ręką, kierując się bardziej ku osobistej historii nieprzystosowanego do życia outsidera, któremu brak środków do życia nie pozwala na założenie prawdziwej rodziny. Jedynym wyjściem okazują się rabunki, do których zostaje namówiony przez przypadkowo spotkanego mężczyznę. Robin Van Der Zee jest w gruncie rzeczy podobny do Luke’a – złota rączka jeśli chodzi o naprawę samochodów i motorów, zepchnięty przez system na samo dno społeczeństwa, szuka czegokolwiek, co wydźwignęłoby go z przerażającego marazmu. Chwilowa adrenalina okazuje się dlań zbawienną namiastką życia naprawdę, tej witalności, w której zatracali się i poeci przeklęci, i później beatnicy. Luke’owi otwiera zaś drogę ku szczęśliwemu życiu z tymi, których kocha. Wymowna jest scena chrztu z początku filmu, kiedy kamera koncentruje się na jego poważnej, odbijającej wewnętrzną walkę twarzy (tu chapeau bas dla Ryana Goslinga), na której za chwilę pojawią się łzy. To błyskawiczne i poruszające zaznaczenie dorośnięcia bohatera do ojcostwa odciska piętno nie tylko na jego życiu, ale i życiu Rominy. Choć okradanie banków wyraźnie jest dla Luke traktowane marginalnie, wyłącznie jako środek do celu, bez żadnej refleksji nad konsekwencjami takiego działania, to w końcu ono będzie miało wpływ na dalsze losy jego syna i ukochanej kobiety. Nie na darmo mechanik mówi mu znamienne słowa: Kto jeździ jak błyskawica, spadnie z grzmotem.

Reżyser jednak nie stara się bawić w społecznego moralizatora, dzieląc bohaterów na jednoznacznie złych bądź dobrych, tym samym krytykując przede wszystkim przemoc i bezprawie. I tak jak w Blue Valentina z ujmującą wrażliwością pokazywał rozpad rodziny, tak tu oskarżycielski palec wymierza w kierunku modelu społecznego, pośrednio stojącego ludziom na drodze do szczęścia. Brak perspektyw zmusza Luke’a do kradzieży, przede wszystkim uniemożliwiając mu zapewnienie ważnym dlań osobom godziwego życia. Na oczach widza z lękiem i czułością budowana relacja z Rominą (choćby scena robienia sobie w trójkę zdjęcia!) rozpada się jak domek z kart, ostatecznie odbierając mężczyźnie szansę na zbliżenie się do synka. Ostatni gest w kierunku rodziny – ostatni napad na bank, jaki Luke chce wykonać, kończy się jednak tragicznie, a młody policjant niespodziewanie zostaje bohaterem społecznym.

Avery Cross (Bradley Cooper) to świeżo upieczony, ambitny, dobrze urodzony strażnik prawa, którego więcej szanują przez wzgląd na ojca niż to, że brawurowo rozprawił się z bandziorem. Z dnia na dzień zaczyna o nim mówić niemal cała Ameryka, podczas gdy on sam ledwo może pozbierać się psychicznie po patrolowym doświadczeniu. Chwilowo odsunięty od służby ma mnóstwo czasu na analizowanie w głowie tego, co się stało oraz rekonwalescencję w domowym zaciszu. I bynajmniej nie uważa siebie za bohatera, w tym określeniu więcej jest ironi, której zresztą nie ukrywa śledczy. Jednak raz splótłszy swojego losy z losami Luke’a i jego bliskich, nie będzie w stanie ani wymazać tego z pamięci, ani tym bardziej rozwiązać. Cianfrance w zajmujący sposób kreuje postać Crossa, nadając mu charakter wrażliwego, ale pragmatycznego mężczyzny, którego policyjna rzeczywistość pozbawia złudzeń. Jak się szybko okazuje, tu każda nieczysta przysługa wymusza rewanż, a awans – i w rezultacie bezpieczeństwo – można wywalczyć jedynie sprytem.

Na drugim torze zaś toczy się walka o wychowanie nastoletniego już syna, który w momencie bohaterskiej interwencji ojca był w wieku dziecka Glantona. Zaznaczona sceną rozmowy Avery’iego z psycholog, w której padają wymowne słowa: Po strzelaninie trudno mi patrzeć na mojego syna, analogia między życiem obu mężczyzn tutaj nabiera pełniejszego znaczenia. Reżyser z wnikliwością przyglądając się policjantowi, jednocześnie odsyła widza do postaci Luke’a, który przede wszystkim był – a na pewno chciał być – ojcem, dopiero gdzieś dalej w świetle prawa był przestępcą. Wybory, których dokonywał wiązały się z dojrzewaniem właśnie do ojcostwa, a szereg scen, kiedy trzyma w ramionach maleńkiego Jasona bądź namawia Rominę do wspólnego życia, kształtowały w nim gotowość do poświęcenia i jednoczesną świadomość, po jak cienkim stąpa lodzie. Cross nie jest w stanie zadośćuczynić Rominie tej straty, nie jest też gotowy na przyjęcie pod dach dorastającego syna, który nie chce dłużej mieszkać z matką. W pewnym momencie przeszłość da o sobie znać, zmuszając bohaterów do ostatecznego skonfrontowania się z nią. I choć osią późniejszych wydarzeń stanie się Jason, wypadnie to już dość płaczliwie, by nie powiedzieć – banalnie.

Budowany przez cały film gorzki portret ojcostwa zdeterminowanego przez warunki życia bohaterów, rozmywa się całkiem w ostatniej scenie. Przeniesienie akcentu na syna Luke’a, mającego być jego swoistym odbiciem, wytrąca reżyserowi broń z ręki. Nadzieja, którą ma nieść finał raczej wzbudza uśmiech politowania, zamiast pointować wszystko, co dotąd zostało powiedziane. Zakreślone w Drugim obliczu relacje ojciec-syn są wynaturzone lub nie ma ich w ogóle, ojcostwo staje się więc czymś współcześnie kalekim, bardzo trudnym, czymś, czego dopiero trzeba się nauczyć. Jednak w kontekście figury dziecka jest przede wszystkim potrzebą męskiego wzorca i chęcią udowodnienia, że społeczeństwo nie musi być machiną niszczącą najbardziej prozaiczne, ludzkie marzenia. Może dlatego właśnie słowa Luke’a – Nie mów mu o mnie ­– mają ten melancholijny, przejmujący wydźwięk, gdyż każde dziecko powinno znać swojego ojca. Nawet jeśli tylko z zagubionego w policyjnym archiwum zdjęcia.

Monika Pomijan

Drugie oblicze (The Place Beyond The Pines)

reżyseria: Derek Cianfrance

premiera: 7 września 2012 (świat), 24 maja 2013 (Polska)

produkcja: USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Tagged with: , , ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*