Left to die

15 listopada 2013 roku z pewnością zapisze się w pamięci wielu osób jako dzień długo oczekiwanego spotkania z legendą. Tego właśnie dnia odbył się jeden z dwóch polskich koncertów z międzynarodowej trasy “Death to All”.

 

Krakowski klub Kwadrat przeżył prawdziwe oblężenie. Na deathmetalową ucztę przybyła zarówno stara gwardia, jak i młodsze pokolenie fanów. Lecz to, co na pewno utkwi w mojej pamięci, to nie tłumy i wszechobecny ścisk w klubie, a niezwykła atmosfera, która była wyczuwalna w powietrzu. Niedowierzanie, oczekiwanie, przejęcie i wyjątkowość tego koncertu z pewnością dosięgły każdego miłośnika muzyki obecnego w klubie.

Na pierwszy ogień poszła kapela Darkrise. Szwajcarzy świetnie rozgrzali publiczność serwując ciężkie, mięsiste riffy w bardzo przystępny sposób. Z pewnością można powiedzieć, że grają chwytliwy death metal, a ciepłe przyjęcie publiki zdaje się tylko to potwierdzać. Warto zwrócić uwagę na ten zespół!

Po występie Szwajcarów atmosfera zaczęła się zagęszczać… Do klubu napływały coraz większe tłumy, a to za sprawą kolejnego supportu. Obscura wywołała falę euforii, grając swoje najpopularniejsze utwory. Niemcy doskonale czuli się na scenie, rozbawiając publiczność i wciągając ją w swoją dynamiczną muzykę. Dali niezwykły pokaz umiejętności, balansując pomiędzy złożonymi, wirtuozerskimi solówkami i ostrymi, połamanymi riffami. Sposób, w jaki kontaktowali się z fanami, wzbudzał nieskrępowaną sympatię, a mnie skradli serce.

Ostatnią kapelą, na którą wszyscy czekali z niecierpliwością, był legendarny Death. Zespół, który zakończył swoją działalność wraz ze śmiercią założyciela – Chucka Schuldinera – w 2001 roku, reaktywował się po prawie 12 latach. Trasa, w którą ruszyli, jest swoistym hołdem dla ojca death metalu. W skład zespołu wchodzą Steve DiGorgio, Sean Reinert i Paul Masvidal. Na wokalu wystąpił Max Phelps z zaprzyjaźnionego Cynic.

Radość towarzysząca temu koncertowi zdawała się nie mieć ograniczeń. Jednocześnie można było wyczuć powagę i pamięć o legendarnym założycielu. Atmosferę panującą na tym występie można opisać tylko jednym słowem: wyjątkowa.

Tę wyjątkowość czuło się w grze artystów, w zachowaniu Maksa Phelpsa grającego na gitarze Chucka (!) i w sposobie, w jaki publiczność skandowała na zmianę “Death!” i “Chuck!”. Całą oprawę podkreślił wymowny toast Steve’a DiGorgio. Death zaprezentował przekrojowy set, brzmieniem przypominający koncerty z lat 90. Wisienką na torcie był udział Steffena Kumerera i Hannesa Grossmanna (Obscura) w wykonaniu ostatnich utworów z setlisty, które przyprawiły mnie o dosłowne ciarki na plecach.

Szkoda tylko, że jest już “po”. Bo niezwykłe emocje będą towarzyszyć nam, fanom Death, jeszcze bardzo długo. Duch Chucka, krążący po sali podczas koncertu, na pewno o to zadba…

tekst i zdjęcia: Justyna Kamińska

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *