Mały format, duży sukces

Szósta edycja Asymmetry Festival różniła się dość znacznie od dwóch poprzednich. Impreza przeniesiona została z powrotem do Firleja, a ograniczony do dwudziestu kilku zespołów line-up przyciągał uwagę ludzi poszukujących muzyki nieszablonowej i niebanalnej, owszem, był jednak ze wszystkich najbardziej ugrzeczniony. Bynajmniej nie jest to zarzut w kierunku organizatorów, ale spostrzeżenie osoby, która na Asymmetry pojawiła się już po raz któryś z kolei. Smutnym okazał sie również fakt line-upowych zmian. Nawet jeśli The Ocean szybko i do sucha otarli łzy zawodu po odwołaniu The Old Wind, to brak Anaal Nathrakh nie został już zrekompensowany zastępującym ich zespołem. Cóż, było już za późno, gdy okazało się, że Brytyjczycy nie dotrą do Wrocławia z powodu braku ważnych wiz. Nie mniej jednak w 2015 roku Asymmetry Festival odbył się, co w kontekście zeszłorocznej pauzy już jest sukcesem.

 

Mówiąc o ugrzecznionym line-upie, nie mam oczywiście na myśli, że na imprezę zjechały tylko i wyłącznie grupy parające się spokojną muzyką. Chodzi raczej o to, że nie było tak wielu stylistycznych odskoczni pomiędzy kolejnymi koncertami jak w latach poprzednich. Główne nurty obecne w tym roku to post-rock i post-metal, stoner, nieco psychodelicznego folku i ciut elektroniki. Nie było wśród nich ani jednej słabizny albo grupy czy artysty, którzy na deskach Firleja nie sprawdzili się lub zawiedli. Nieco zawiodła za to frekwencja – o 18:00 w piątek Sybil Vane zaprazentowali swoją wybuchową miesznakę rock’n’rola i mocnego rocka przed zaledwie garstką zebranych. Bardzo dobrze wróżę tej grupie. Widać było, że są w stanie dać z siebie o wiele, wiele więcej, ale malutka ilość ludzi przed sceną chyba zdusiła ich sceniczną energię. Nieco mocniej tego dnia zabrzmieli Brytyjczycy z Esben And The Witch. Nie wiedzieć czemu, jechałem na Asymmetry z nadzieją przesłuchania ich całej zeszłorocznej płyty na żywo, zapominając ile fantastycznych kompozycji ma grupa w dyskografii. Chylę czoła przed Esben, bo potrafią sprawnie balansować między skrajnie różnymi emocjami za pomocą jedynie trzech instrumentów. No chyba że piekny głos Rachel Davies uznać za czwarty. To był intensywny, kipiący od emocji koncert, jeden z tych, które przeżywa sie jeszcze długo po zakończeniu. Intrygująco wypadli też Belgowie z We Stood Like Kings. Bardzo przestrzenny post-rock o specyfice mocno soundtrackowej został zaprezentowany na tle ciekawych wizualizacji i pokazał duży talent zespołu, czarując nieco uśpioną wcześniej przez Fennesza publiczność.

O wiele spokojniejszą muzykę bowiem przedstawili tego wieczora właśnie Christian Fennesz i Troy Mighty. Austriak zahipnotyzował publiczność dźwiękowymi plamami urozmaiconymi bogato wykorzystanymi, elektronicznymi przeszkadzajkami. Jeśli więc syntetyczny minimalizm ocierający się czasem o glitch, czasem o drone, wam nie przeszkadza, to set Christiana zdecydowanie przypadłby wam do gustu. Mnie Fennesz zahipnotyzował już od pierwszych minut setu i w błogim bezwładzie pozostawił na nieco więcej niż kolejną godzinę. Z transu wypadłem dopiero, gdy przez niedomknięte źrenice do moich oczu dotarly zapalane po każdym występie snopy jasnych świateł Fireja. Troy, czyli Dead Western, urzekł ekstrawertyczną, acz niewymuszoną mimiką, która uruchamiała się dokładnie wtedy, gdy muzyk zaczynał kolejny utwór. To tak jakby podczas grania kontrolę przejmowało opętane przez demona alter ego Troya, co podkreślało mroczny, przejmujący charakter kompozycji. Znów okazało się, że do całkowitego przejęcia kontroli nad umysłami publiczności wystarczy gitara akustyczna i niebanalna osobowość. Wystarczy… ekhm…

Dzień drugi Asymmetry Festival 6.0 charakteryzował się zdecydowanie mniejszym eklektyzmem, jednak gwarantował bardzo ciekawe koncerty. Na poczatek Lo-Pan, a po nich Black Pyramid odpalili silniki swoich stonerowych maszyn. Niestety, silnik tych pierwszych był zdecydowanie zbyt głośny, przez co za nic w świecie nie mogłem odnaleźć odpowiedniego warkotu. Przemyślcie sami – wolicie pierdząco-huczący hałas spod maski hot roda czy ten niski sound muscle cara? Lo-Pan chyba wolą hot rody, ponieważ tak rozkręcili regulację poziomu głośności, że ciężko było wytrzymać do końca ich sztuki. To niemiłe piszczenie w uszach na początku występu Black Pyramid zakłócało mi jeszcze odbiór, jednak tym razem wskaźnik volume był ustawiony już odpowiednio, dzięki czemu cieszyłem się pełnią ich świetnego brzmienia. Sam ten aspekt powodował, że stoner metal w wykonaniu BP rozłożył na łopatki hałasujących łobuzów z Lo-Pan.

Inną z kolei estetykę zaprezentowało dwóch solistów. Maksymalnie wyluzowany, lekko nabzdryngolony King Dude rozbawił publiczność, prezentując się jako doskonały konferansjer, ale był to zaledwie dodatek do ciekawych kompozycji, które chciało usłyszeć bardzo wielu słychaczy przybyłych tego dnia na Asymmetry. Matt Elliott zdecydowanie bardziej opanował się pod względem spożywanego alkoholu, ale nie zamierzał odpuścić ani chwili z czasu, jaki przeznaczony został na jego występ. Z tego, co zdołałem zaobserwować, piękne kompozycje multinstrumentalisty uwiodły nie tylko mnie i nie mnie jednemu bardzo było żal było, gdy schodził ze sceny. 

Soniczny hałas nie był mi tego majowego dnia za bardzo na rękę (może to foch po odwołaniu Anaali, sam nie wiem…). Koncert Zeni Gevy opuściłem bez żalu (choć spodziewałem się innej reakcji) po to, by we wrocławskiej klubokawiarni Mleczarnia pobyć trochę z muzyką Zagi. W rekomendacji przed festiwalem pisałem o niej: Jeśli męczy was papka przesłodzonych damskich glosów i natarczywie przewidywalnych elektronicznych loopów i bitów, koncert Zagi we wrocławskiej Mleczarni na pewno okaże się szansą do nabrania świeżego, czystego muzycznego powietrza. Tak właśnie było. Jedynie gitara elektroakustyczna i cudownie współgrające z głosem wokalistki ukulele potrzebne były, by ta mogła skraść moje serce. To przemiła, czarująca dziewczyna, a jednocześnie bardzo przekonująca artystka, której z całego serca dziękuję za jeden z najlepszych koncertów festiwalu. Swoją drogą szkoda, że druga miejscówka, w której odbywały się asymetryczne koncerty, ulokowana została tak daleko jak Mleczarnia od Firleja. Owszem, nie musiałem przemierzyć całego pięknego Wrocławia, jednak skrócenie tego dystansu działałoby zdecydowanie na plus. Zastanawiam się, czy ktokolwiek oprócz mnie (i Alien, którą pozdrawiam i dziękuję za wspólną wycieczkę) pofatygował się z Firleja aż do Mleczarni… 

Piękna pogoda ostatniego dnia majowego weekendu nastrajała na koncerty najlepiej ze wszystkich. Niedziela okazała się też najlepsza pod względem stricte muzycznym. Już o 19.00 na łopatki powaliło Helms Alee. Trio składające się w większości z kobiet zagrało wszystkim metalowym macho na nosie, bo siła i zaangażowanie, jakie dziewczyny włożyły w swój występ, przyćmiewała niejednego chojraka z gitarą czy za drumkitem. Dużo psychodelii, dużo gęstych riffów i najpiękniejsza na świecie perkusistka okładająca swój zestaw, śpiewając i krzycząc – cóż, szybko zostałem kupiony. The Ocean zagrali instrumetale z ostatniej płyty Pelegial, pokazując, że nie potrzebują wokalisty, by zagwarantować set wciągający zarówno pod względem dźwiękowym, jak i wiuzalnym. Działo się na tej scenie, oj działo! Po post-metalowcach z Berlina na scenę wskoczyli Amerykanie z Torche, których muzykę określam jako wspólny mianownik Mastodon i Kings Of Leon. Wystarczy popatrzeć na typów, by wiedzieć, że stronią od przeciętności – jest śpiewający gitarzysta z wąsem i nieśpiewający – kudłaty, jest łysy basista o aparycji hardcore punkowca oraz groźnie wyglądający perkman. Nie chcę oceniać książki po okładce, ale czy w takim wypadku może być źle? Torche weszli na scenę pewni tego, że za kilka kwadransów ponad połowa asymetrycznej publiczności zgodnie uzna ich sztukę za jedną z najlepszych, jaką widziała. Melduję się pośpiesznie w tej propsujacej części słuchaczy i radzę – idźcie na ich koncert. W wersji live melodie utworów Torche są nieco bardziej wyeksponowane, a gruchoczące gitary i perkusja serwują arcyciekawe aranżacje z powalającą lekkością. Miło było również oglądać w akcji Russian Circles. Niby to post-rock, a jednak skojarzenia bardziej kierują się ku post-metalowi, bo wszystko sprawnie dociążone jest tu potężnymi breakdownami i dropami, rwanymi zagrywkami i bardzo mocno, czasem niemal jak w doom metalu bitą perkusją.

Kanonady Ruskich Kółek towarzyszyły mi, gdy opuszczałem teren festiwalu. Festiwalu z duszą, wspaniałą atmosferą i doskonałym doborem wykonawców. Miło było zobaczyć świetne zdjęcia Krzysztofa Zatyckiego z poprzednich edycji Asymmetry. Miło było też łazić co godzina w górę lub w dół po krętych schodach Firleja, by odpoczywać pomiędzy koncertami lub na nie zmierzając. Trzymam jednak kciuki, by impreza mogła wrócić do większej formy i szerszego stylistycznie line-upu. Póki co ślę wyrazy szacunku organizatorom za to, że udaje im się utrzymać tę wspaniałą atmosferę i ducha Asymmetry. Do zobaczenia za rok!

Dzień I

Dzień II

Dzień III

5kilo kultury było patronem medialnym fesiwalu

tekst: Tomasz Spiegolski, zdjęcia: Justyna Kamińska

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *