Marcin Sarna: Najlepsze filmy 2015

Mam coraz większy problem z podsumowaniami rocznymi, bo są one niestety obarczone grzechem pierworodnym, mianowicie kalendarzem dystrybucyjnym, który wpływa na kształt list w dwojaki sposób. Po pierwsze, niejednakowe opóźnienie polskich premier względem tych międzynarodowych (znikome w przypadku blockbusterów, nieco dłuższe w sezonie oscarowym i wielomiesięczne w przypadku kina festiwalowego) powoduje, że w ciągu jednego roku na ekrany wprowadzane są filmy wyprodukowane na przestrzeni dwóch, a nawet trzech lat, co stawia sens ich porówywania pod znakiem zapytania. Po drugie, krytyczne opinie dotyczące wielu nowych tytułów kształtują się przede wszystkim na festiwalach, a nie przy okazji ich wejścia do kin. Nie byłoby to tak wielkim problemem, gdyby nie fakt, że definicja premiery kinowej zaczyna się rozmywać ze względu na coraz częstsze pokazy przedpremierowe i repliki festiwali – efekt jest taki, że dziennikarze czy blogerzy nie czekają z publikacją swoich tekstów do terminu oficjalnej premiery. A jeśli o jakimś tytule głośno było półtora roku temu, to umieszczanie go w rankingu dzisiaj może być nieco dyskusyjne. Zasad należy jednak przestrzegać, zatem przedstawiam dziesięć, a właściwie piętnaście moim zdaniem najlepszych filmów spośród tych, które miały swoją premierę kinową w 2015 roku.

 

15. Pod ochroną, reż. Diego Lerman
14. Body/Ciało, reż. Małgorzata Szumowska
13. Marsjanin, reż. Ridley Scott
12. Intruz, reż. Magnus von Horn
11. Biały cień, reż. Noaz Deshe

10. Wołanie, reż. Marcin Dudziak
Wyróżnienie trochę na kredyt, ale mam wrażenie, że Marcin Dudziak ma w naszym kinie coś ważnego do powiedzenia i nie tylko posiada wystarczający talent, by to zrobić, ale też otacza się właściwymi ludźmi. Ogromną robotę w Wołaniu robią bowiem sugestywne zdjęcia Tomasza Woźniczki, w których chłodne barwy natury (zieleń drzew, błękit nieba i wody) kontrastują z ciepłem wznieconego przez ludzi ognia. W tej pięknej, medytacyjnej historii inicjacyjnej Dudziak dotyka tego, co stanowi istotę snucia historii: korzystając z minimalnych środków, opowiada o fundamentalnej zmianie w relacji między ojcem i synem – w dodatku czyni to dosłownie na przestrzeni jednej, kluczowej sceny, stanowiącej niejako osnowę dla całego filmu. I, w przeciwieństwie do Rubena Östlunda, który dokonał podobnej rzeczy w Turyście, ma na tyle dużo odwagi, by nie dopowiadać niczego i pozostawić widza sam na sam z bohaterami.

9. Kopciuszek, reż. Kenneth Branagh
Trudno o tym filmie napisać wiele więcej poza tym, że to idealnie skrojona, kipiąca od kolorowych sukienek i perlistych uśmiechów adaptacja baśni, która w różnych wersjach krąży po całym świecie od stuleci. W zalewie reinterpretacji, dekonstrukcji i zabawy konwencjami taka konserwatywna w formie (ale jednocześnie wydobywająca na wierzch dość postępowe przesłanie) wersja znanej wszystkim opowieści to miła odmiana. A że materiał źródłowy jest najwyższej jakości (choć jako produkcja Disneya Kopciuszek odnosi się przede wszystkim do animacji pod tym samym tytułem), a Kenneth Brannagh to sprawny inscenizator, to takie przedsięwzięcie nie mogło się nie powieść. Również Kenneth Brannagh wyreżyserował i zagrał główną rolę w filmie Morderstwo w Orient Expressie. Także polecamy ten film, który jest ponadczasowy. Film oczywiście oparty na podstawie książki.

8. Onirica, reż. Lech Majewski
Boska komedia Dantego, Smoleńsk, powódź stulecia, wypadek samochodowy, staroperskie poematy, Seneka i Heidegger – Lech Majewski osiąga w Onirice szczyty pretensjonalności, ale w tym szaleństwie jest metoda. Ostatni film reżysera Ogrodu rozkoszy ziemskich to nie tylko antologia symboli, ale także mistrzowskie studium traumy, a zarazem obraz momentu, w którym wszelkie kulturowe konteksty tracą swój pierwotny sens i zaczynają sprawiać wrażenie, jakby były elementem jakiegoś większego porządku. Majewski rozumie polską duszę i bierze się z nią za bary, a Oniricę warto obejrzeć choćby dla sceny orania pługiem posadzki hipermarketu. Mniejsza o nienajlepsze efekty cyfrowe (niestety, zapewne szybko się zestarzeją) – ilu dzisiejszych reżyserów może się pochwalić równie poetycką wyobraźnią?

7. Aferim!, reż. Radu Jude
Ten czarno-biały western (a może raczej eastern?) umiejscowiony na Wołoszczyźnie pierwszej połowy XIX wieku to niezwykle oryginalna i zarazem totalna wizja zamieszkanej przez najróżniejsze narodowości Europy Wschodniej. W odtworzonym z pietyzmem prowincjonalnej rzeczywistości sprzed dwóch wieków znajdziemy całą plejadę postaci wzbudzających naszą wesołość: rolników, pasterzy, duchownych, szlachtę czy Cyganów, ale śmiech staje nam w gardle, gdy zajemy sobie sprawę, że pod wieloma względami jesteśmy do nich zaskakująco podobni. Cieszy fakt, że kino rumuńskie nie pogrąża się w samozadowoleniu i nie zamyka w realizmie, szukając nowych dróg, by opowiedzieć o tożsamości ludzi z naszego rejonu świata. Radu Jude w wyrazisty sposób przypomina, że mroczna przeszłość nigdy nie znika na zawsze, unikając przy tym taniego moralizatorstwa czy politycznej poprawności.

6. Coś za mną chodzi, reż. David Robert Mitchell (nasza recenzja)
Głównym zadaniem horroru jest oczywiście wywoływanie strachu tudzież trzymanie w napięciu – i film Mitchella spełnia je w stu procentach. Ważniejsze jest jednak to, w jaki sposób wykreowane zostaje poczucie zagrożenia, a dokładnie – jak przyczynia się do tego tak wydawałoby się prozaiczna rzecz, jak umiejscowienie kamery. Cały sekret Coś za mną chodzi tkwi bowiem w tym, że punkt widzenia bohatera nie pokrywa się z punktem widzenia widza, dzięki czemu reżyser może dowolnie manipulować emocjami tego drugiego. Pisałem o tym w recenzji jeszcze w 2014 roku, przy okazji nieodżałowanego festiwalu Black Bear, i mimo że do tej pory nie widziałem Coś za mną chodzi powtórnie, to niektóre ujęcia pamiętam lepiej niż niejeden film obejrzany przed kilkoma dniami.

5. Pan Turner, reż. Mike Leigh
Na szczęście film Mike’a Leigh trafił w końcu na polskie ekrany, bo dzięki temu mogę go umieścić w niniejszym podsumowaniu. Bardzo możliwe, że twórczość J.M.W. Turnera, bodaj najbardziej wpływowego brytyjskiego malarza, jest nieco zbyt hermetyczna, by faktycznie trafić do szerokiej publiczności, ale warto było spróbować, nawet jeśli dla niektórych (choć pewnie niewielu) miałby to być pierwszy kontakt z twórczością malarza żywiołów. Leigh zadbał nie tylko o odtworzenie kluczowych chwil z życia Turnera (zagranego w zapadający w pamięć, zwierzęcy sposób przez Timothy’ego Spalla), ale przede wszystkim o przeniesienie na ekran estetyki jego dzieł. Film zmienia się i dojrzewa wraz z ewolucją stylu bohatera, a ja do dzisiaj zastanawiam się, ile czasu spędzała ekipa w oczekiwaniu na idealne wschody słońca, które rzeczywiście wyglądają jak żywcem wyjęte spod pędzla malarza.

4. Sicario, reż. Denis Villeneuve
Umberto Eco napisał w jednym ze swoich esejów, jak rozpoznać film pornograficzny: otóż po tym, że przemieszczenie się między punktami A i B zajmuje bohaterom więcej czasu, niż życzyliby sobie widzowie. Jeśli zgodzić się z tą definicją, to Sicario jest w sensie ścisłym pornografią przemocy – tego typu przejażdżek, gdy akcja zostaje zawieszona, a zamiast tego oglądamy zachód słońca, powierzchnię ziemi z kamery umieszczonej na samolocie, czy też widoki meksykańsko-amerykańskiego pogranicza, jest tu co niemiara. Łatwo o nich zapomnieć po seansie – Villeneuve w swoim stylu kończy film mocnym uderzeniem, co nie udało mu się tak dobrze od czasów Pogorzeliska – ale to one determinują rytm całego widowiska. Choć zaczyna się od hitchcockowskiego trzęsienia ziemi, to każdy taki przejazd z punktu A do punktu B przenosi nas do kolejnego kręgu piekła. Wprawdzie Emily Blunt w roli przewodniczki po najmroczniejszych stronach narkobiznesu jest równie zdezorientowana jak widzowie, ale chyba powinniśmy podziękować Villeneuve’owi za to, że wprowadził do swojego filmu postać, która może wziąć na swoje barki ciężar całego okrucieństwa – w przeciwnym wypadku seans Sicario mógłby chyba grozić zaburzeniami psychicznymi.

3. Plemię, reż. Myrosław Słaboszpyckyj (nasza recenzja)
W swojej recenzji sprzed kilku miesięcy interpretowałem Plemię jako rasowy film gangsterski. Zdania nie zmieniłem, choć oczywiście dzieło Słaboszpyckyja zostanie zapamiętane przede wszystkim za przełamanie tabu dotyczących osób niesłyszących, a także związaną z tym ascetyczną formę. Jeśli w kinie chodzi głównie o obraz, to film, w którym nie padają praktycznie żadne słowa – a mimo to udaje się skonstruować logiczną historię i przykuć uwagę widza – nie może nie być dobry.

2. W głowie się nie mieści, reż. Pete Docter
W głowie się nie mieści jest dla mnie tym, czym rok wcześniej był Grand Budapest Hotel – czystą filmową rozrywką najwyższej jakości. Wciągający scenariusz, świetne poczucie humoru (pochwały należą się również autorom polskiego dubbingu) i olśniewający świat wnętrza ludzkiego umysłu, w dodatku zamieszkany przez bohaterów, których nie sposób nie polubić – to wszystko powoduje, że w czasie seansu nie oderwiemy oczu od ekranu, a po jego zakończeniu szybko zatęsknimy nie tylko za Riley, główną bohaterką filmu, ale także za każdą z pięciu Emocji. Można się czepiać, że obraz działania mózgu nie został przedstawiony zgodnie z wiedzą naukową, ale nie o to tu przecież chodzi. Najbardziej dochodowa oryginalna produkcja Disneya minionego roku (przebiły ją tylko nowe części Avengers i Gwiezdnych wojen) ma przede wszystkim bawić, zachwycać i wzruszać – niekoniecznie na zmianę, zazwyczaj w tym samym momencie. I udaje jej się to lepiej niż jakiejkolwiek innej animacji od czasów Króla Lwa.

1 Victoria, reż. Sebastian Schipper
Victoria nie jest filmem bezbłędnym, ale to najskuteczniejsza próba rozszerzenia języka kina, jaką mieliśmy okazję oglądać na naszych ekranach w minionym roku. Decyzja o nakręceniu całości w jednym ujęciu nie jest tu wyłącznie formalną ekstrawagancją, ale niesie ze sobą poważne konsekwencje dotyczące samego sposobu budowania wypowiedzi filmowej: choć nie uświadczymy tu cięć, to trudno także mówić o zupełnym braku elips. Właściwie każda scena mogłaby pojawić się w typowej fabule – nie ma tu dłużyzn, których należałoby się spodziewać przy takim rozwiązaniu realizacyjnym. Może to sugerować, że, paradoksalnie, nie widzimy całej historii, nawet jeśli praca kamery jednoznacznie na to wskazuje. W efekcie po nieco ponad dwóch godzinach seansu mamy wrażenie, jakbyśmy obejrzeli normalny, wielowątkowy i rozwijający się w swoim tempie film. Schipperowi udaje się w ten sposób uchwycić towarzyszące mieszkańcom europejskich metropolii poczucie fragmentacji życia, które usilnie staramy się złożyć w jedną, logiczną całość. A przy okazji jest w stanie pomieścić w Victorii kilka różnych konwencji: romans, film sensacyjny oraz typowe dla kina niezależnego sceny imprez czy niezobowiązujących dialogów. Takie zmiany tonacji powodują, że poszczególne sceny wywołują dużo większe emocje, niż ma to miejsce w przypadku filmów ściśle trzymających się jednego gatunku. Nawet delikatne wpadki (których nie dało się ustrzec przy kręceniu wszystkiego za jednym podejściem) wyglądają naturalnie dzięki niezwykłemu zaangażowaniu w dużej mierze improwizujących aktorów.

Victoria plakat

Marcin Sarna

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *