Matka boska włoska

Lykke Li – I Never Learn (2014) Atlantic Records/Warner Music

Jakiś czas temu w sieci zaczęło krążyć nowe zdjęcie Lykke. Artystka przysłoniła się na nim żałobnym woalem na znak tego, co odeszło; przybrała chłodną minę i pozę godną Giocondy lub samej Maryi, a dłońmi odgrodziła dostęp do serca. Aha, no i nagrała smętną płytę.

 

Zapomnijcie o Little Bit. W ogóle zapomnijcie o tym, że Lykke dla was zatańczy lub pobiegnie radośnie wzdłuż rzeki. Dla artystki nadeszły bowiem mroczne czasy, a sama zainteresowana zarzeka się, że już nigdy więcej nie pokocha. Wokalistka postanowiła wykorzystać osobiste doświadczenia do stworzenia najnowszego albumu, na którym smutek z żalem przeplatają się niemal nieustannie.

I Never Learn rozpoczyna się wręcz drastycznie – od szybkiej, nieprzesadnie mocnej technicznie gitary i chłodnego wokalu. Lykke w ten sposób pozbawia złudzeń – wesoło nie będzie. Niski, pozbawiony ozdobników i lekkości wykonania wokal pojawia się w niezmienionej postaci na całym krążku, którego dominantą pozostaje czarujący smutek. Klimat indie został tym razem zastąpiony bardziej tradycyjnymi, popowymi rozwiązaniami, więc zamiast bawić się środkami w poszukiwaniu nowych brzmień, Lykke stosuje sprawdzone melodie. Bezcelowe wydaje się wymienianie utworów, których główną cechą jest prostota, wszystkie bowiem zbudowane są w ten sam sposób. Stonowanym muzycznie wstępem kompozycje zapraszają do części głównej, którą to tworzą refreny, stanowiące zarazem – jak przystało na standardowy piosenkowy kształt – najważniejszy element konstrukcji. To właśnie na ich przestrzeni wydarza się najwięcej pod względem formy i treści – spotykają się tu spiętrzone instrumenty, następuje lawina chórków, a Lykke wyśpiewuje główną intencję utworu.

W jej głosie zaszło wiele zmian, a na pierwszy plan wybija się bez wątpienia to, że Szwedka dojrzała również wokalnie. Nie słychać już charakterystycznej, lekko dziecięcej maniery, zniknęła też zabawa barwą i sposobem akcentowania. Zamiast fantazjować, Lykke dostosowała się do zaplanowanych kompozycji i zaczęła śpiewać liniowo, decydując się niekiedy na podniesienie tonacji samym głosem. Nie okazało się to jednak najlepszym pomysłem, gdyż wokalistka zwyczajnie nie jest w tym mocna, a ciągnięcie płynnego wokalu za wszelką cenę tylko uwydatnia jego mankamenty. Niektórych zmian trochę więc szkoda, bo czyż właśnie nie za ten manieryzm i oryginalność ją lubiliśmy?

Artystka na najnowszym krążku utrzymuje poza tym wartość ukazaną przy okazji poprzednich wydawnictw, a mianowicie umiejętność wyjątkowo konsekwentnego opowiadania historii. Tematyka I Never Learn niewątpliwie oscyluje wokół rozstania i nieszczęśliwej miłości, nie należy jednak zapominać o tym, że – tak jak w każdym dziele artystycznym – sporo jest tutaj kreacji. I ta wychodzi szwedzkiej piosenkarce wyśmienicie, bowiem pomysł na album został dobrze wykorzystany i obudowany odpowiednimi środkami, dzięki czemu wszystkie elementy doskonale do siebie pasują. Emocjonalne teksty zaśpiewane są ze stosowną dramaturgią, a towarzyszą im adekwatne, melodramatyczne melodie uzyskane przy pomocy dość prostych rozwiązań aranżacyjnych. Mamy tu przede wszystkim przewidywalnie rozwijające się tła, pełne treści zwrotki, mocne, powtarzalne refreny i popowe, banalnie budowanie napięcie. Choć wszystko to wymienione razem może nie brzmi zbyt entuzjastycznie, tworzy album równy, spójny i z pewnością nieprzypadkowy.

Inną rzeczą jest to, że przez te rozwiązania I Never Learn staje się płytą bardzo jednostajną, a kompozycje wykonane są na jedną modłę. Poza balladą Love Me Like I’m Not Made of Stone i mocniejszym uderzeniem w Gunshot, krążek utrzymuje się na jednym poziomie brzmieniowym. Delikatne, wprowadzające zwrotki, ekspresyjnie wybuchające chórki w refrenach i prymitywne popisy wokalne to stałe elementy albumu. I Never Learn jest bez wątpienia dobrze zrobiony, jednak to twór nazbyt łatwy. Nowe piosenki Lykke są zdecydowanie mniej oryginalne niż dotychczas, zwiększa się także prawdopodobieństwo, że usłyszymy je w głośnikach centrów handlowych. Jednak czy przez to słucha się ich choć odrobinę mniej przyjemnie? Ani trochę.

Alicja Cieloch

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.