Meet me Halfway

Jak opisalibyście swój wymarzony festiwal muzyczny? Jaki byłby jego line-up i lokalizacja? Bardzo długo szukałam kameralnego wydarzenia, gdzieś z dala od zgiełku, z masą fantastycznych artystów, nie przepychających się do mainstreamu z własnej woli. Od kilku lat uczestniczę w letnich festiwalach muzycznych, ale po żadnym z nich nie wracałam do rzeczywistości tak długo. Stało się! Znalazłam swoje miejsce na mapie. Dawno nie czułam takiego niedosytu wrażeń, dawno nie byłam tak zmęczona i zrelaksowana jednocześnie. O jakiej magicznej krainie mówię? O Białymstoku i tegorocznej edycji Halfway Festival.

 

1_Nathalie and the Loners1_PatrycjaWojtas
Nathalie And The Loners

Białystok odwiedziłam po raz pierwszy w życiu. Nigdy wcześniej nie widziałam tak eklektycznej architektury miejskiej. Obok siebie wyrastały nowe wieżowce i rozpadające się fabryki. Kolorowe bloki, fantazyjne kolumny, zachwycające ścieżki rowerowe. Kiedy dotarłam do budynku Opery i Filharmonii Podlaskiej, od razu nasunęło mi się skojarzenie z Biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego. Jak się później dowiedziałam, oba projekty wyszły spod ręki tej samej pracowni architektonicznej należącej do Marka Budzyńskiego. Gdy do amfiteatru schodzili się pierwsi widzowie, nad białostockim niebem zawisły deszczowe chmury. Na szczęście ulewa nie trwała zbyt długo, a festiwalowa ekipa skrupulatnie wycierała ławki i rozdawała parasole.

Jak wspominali organizatorzy, to już tradycja, że każdą edycję festiwalu rozpoczyna koncert rodzimego artysty. Tak stało się również tym razem. Koncertem inaugurującym był występ białostoczanki Natalii Fiedorczuk, ukrywającej się pod pseudonimem Nathalie And the Loners. Piosenkarka opowiadała o genezie swoich utworów i spokojnymi balladami wprowadzała wszystkich w festiwalowy nastrój. Pod koniec pojawiło się również kilka ostrzejszych aranżacji. Największym zaskoczeniem wieczoru był jednak występ .K. Nie mogłam znaleźć na jego temat zbyt wielu informacji, nie miałam nawet pojęcia, jaką muzykę wykonuje. Być może białoruska cenzura zablokowała wszystkie jego filmy? O cenzurze kilka słów więcej wspomnę przy okazji koncertu fenomenalnego Moddiego. Jauhien Kuczmiejna grał na gitarze jak w narkotycznym transie. Całym swoim ciałem przeżywał wykonywaną muzykę. Żeby tradycji stało się zadość, na każdym festiwalu pojawia się motyw pochodzenia artystów. Moddi przyznał się do swoich polskich korzeni, podobnie jak Sharon Van Etten i perkusista formacji Maggie Björklund. Ten pierwszy zdradził również, że Polska ma dla niego szczególne znaczenie – pierwszy koncert za granicą grał właśnie w naszym kraju. Wyszedł na scenę na boso, z rozpromienioną twarzą i gitarą pod pachą. Do Białegostoku przywiózł materiał z nowej, wyjątkowej płyty. Utwory, które się na niej znalazły, to covery zakazanych piosenek, głównie z krajów komunistycznych. To właśnie przez te kompozycje ich twórcy stracili życie albo zostali skazani na więzienie. Wykonywane przy akompaniamencie orkiestry zahipnotyzowały słuchaczy, niejednego doprowadzając do łez.

5_Moddi1_PatrycjaWojtas

Moddi

Drugi dzień również rozpoczął się od polskiego akcentu. Duet chłopaków ze Śląska, Jóga, bardzo nieśmiało zaprezentował publiczności materiał z debiutanckiej płyty. W przeciwieństwie do formacji Garbanotas Bosistas (w wolnym tłumaczeniu Kudłaty basista), scenicznej zwierzyny tego festiwalu. Patrząc na ich występ, od razu nasuwały się skojarzenia z psychodelicznym rockiem lat 60. i wolną miłością celebrowaną podczas Woodstocku. Ich kawałki to kombinacja aury Devendry Banhart, Ariela Pinka i Grizzy Beara, wokalu Beach House i doraźnej dawki LSD. Gitarzysta znał na pamięć chyba wszystkie nagrania Jimiego Hendrixa, a swoim zachowaniem na scenie przyćmił resztę chłopaków. Występ sprawiał mnóstwo frajdy samym artystom, co nie zdarza się na wszystkich festiwalowych koncertach. Halfway Festival jest pod tym względem magiczny. Większość formacji bawiła się w najlepsze, traktując swoje występy bardziej jak zabawę niż wykalkulowany obowiązek. Nie zawsze artyści trudzą się o kontakt z publicznością, często prezentują suche aranżacje i zmykają za kulisy. Tu każdy wychodzi do ludzi, pije piwo na trawie i siedzi na deskach amfiteatru, oglądając swoich przyjaciół na scenie. Wielkie brooklińskie trio: Sharon Van Etten, The Antlers i She Keeps Bees wzajemnie kibicowali sobie podczas koncertów. Białystok to miejsce, w którym po kilku latach spotkali się ponownie. Wszyscy artyści opowiadali o tym fakcie z prawdziwym wzruszeniem. Szczególnie Sharon Van Etten, która na tym festiwalu kończyła trasę koncertową. Występ wcześniej wspomnianego duetu She Keeps Bees przez chwilę zamienił się w storytelling. Wokalistka Jessica Larrabee opowiadała o komarach i rozpinającej się koszuli. Na szczęście jej wokal i southern rockowe aranżacje przyćmiły sceniczne monologi. Zespół zabrał nas na przejażdżkę na południe Stanów. Podobnie jak niedzielny występ Maggie Björklund. Chociaż formacja wywodzi się z Danii, to dzięki ich filmowej muzyce znalazłam się gdzieś w okolicach Luizjany czy Teksasu. W pewnym momencie miałam wrażenie, że siedzę w zadymionej knajpie, z której głośników sączą się bluesowe ballady Toma Waitsa. Drobna duńska wokalistka obsługiwała niesamowity instrument, pedal steel, a pod koniec występu chwyciła za gitarę elektryczną.

Sharon Van Etten

Vök, który wszedł na scenę zaraz po She Keeps Bees, zabrał nas tym razem na północ, w okolice islandzkich wodospadów. Islandczycy, znani ze swojej słabości do polskich wafelków Prince Polo, zostali nimi obrzuceni pod koniec koncertu. Swoją energią rozbujali tłumy i zakończyli swój występ dwoma bisami, podobnie jak The Antlers czy Sharon Van Etten. Sobotnia noc upłynęła jednak pod znakiem Williama Fitzsimmonsa, który z dystansem do siebie opowiadał o swoich smutnych aranżacjach. Wspomniał o wykształceniu, rodzinie i genezie niektórych utworów. Przyznał, że muzyka jest dla niego formą terapii i rozliczeniem z demonami przeszłości. Chyba nikt nie spodziewał się tego, co stanie się później. William wyszedł pośród białostocką publiczność z mikrofonem i zaśpiewał covery m.in. Katy Perry, Backstreet Boys czy kultowego songwritera Elliotta Smitha. Jego bis trwał chyba tyle samo co pełnowymiarowy koncert.

William Fitzsimmons

Tuż po występie Maggie Björklund białostocka scena została na chwilę przejęta przez polskich artystów z wytwórni Kayax i Nextpop – Sister Wood Oly.. Obie formacje poprawnie przepłynęły przez materiał swoich debiutanckich płyt. Po ich koncertach odliczałam już tylko minuty do wyjścia Sharon Van EttenThe Antlers. Amerykanka, ubrana w zwiewną dziewczęcą sukienkę, nieśmiało trzymała gitarę i ze łzami w oczach śpiewała o miłości, przyjaźni i muzyce. Na drugi bis wykonała Every Time the Sun Comes Up. Miałam wówczas wrażenie, że większa część publiczności oderwała się od festiwalowych ławek i uciekła myślami w zupełnie inne miejsca. Przynajmniej tak było w przypadku osób w moim najbliższym otoczeniu. Skanowałam swój mózg w poszukiwaniu analogicznych odczuć i projektowałam istotne wydarzenia ze swojego życia. Być może brzmi to jak banał, ale nie potrafię w inny sposób opisać tego, jak się wtedy czułam. Jednak najtrudniej przemielić w słowa atmosferę podczas koncertu headlinera, The Antlers. Peter Siberman podczas jednego z bisów roześmiał się do rozpuku przez zwierzęcy odgłos wydany przez kogoś z publiczności. Biegał po scenie niczym w transie, przenosząc kompozycje w shoegazowe i post-rockowe rejony. Koncert zakończyły petardy z albumu Burst Apart – Putting The Dog To Sleep i I Don’t Want Love oraz Sylvia wraz z Epilogue z płyty Hospice. Na sam koniec wokalista rzucił swoją kostkę w publiczność i kilkakrotnie powtarzał, że nigdy wcześniej nie zagrał dwóch bisów na tym samym koncercie. Czy wspominałam już, że Halfway Festival to magiczne miejsce?

70_The Antlers_PatrycjaWojtas

The Antlers

Nie chodzi tu o same koncerty, które stanowią trzon tego wydarzenia. To głównie zasługa organizatorów, którzy są blisko artystów i publiczności. Tu nie ma stref VIP, bramek pod sceną czy miejsc, do których mogą dostać się tylko nieliczni. Wszystko jest dostępne na wyciągnięcie ręki. Możesz pójść na piwo z Moddim i zapalić z chłopakami z Garbanotas Bosistas. Dzięki temu, że amfiteatr liczy tylko ponad 600 miejsc, nie ma tu mowy o imprezie masowej. Ochroniarze nie będą przetrząsać twojej torby, bo przez te kilka dni obowiązuje tu zasada obustronnego zaufania. Na teren festiwalu możesz wejść ze swoim jedzeniem. Nie musisz się krępować. Nie znam podobnego wydarzenia, które tak bardzo skraca dystans między publicznością i artystami. Tu każdy czuje się jak równorzędny uczestnik, nie ma podziałów na lepszych i gorszych. Koncertom towarzyszyły również inne wydarzenia: warsztaty z kolaży, wystawy czy projekcje filmów. Największą dodatkową atrakcją był niedzielny piknik, na którym tłumy skąpane w słońcu raczyły się lawendową lemoniadą, mamy uprawiały jogę ze swoimi dziećmi, a trio chłopców nieśpiesznie prezentowało jazzowe standardy. Mogłabym się przyczepić tylko do tego, że przerwy między koncertami trwały zbyt krótko i kawałki puszczane spod namiotu DJ-ki nie zawsze pasowały do klimatu miejsca, w którym się znajdowałam. Dlaczego Halfway trwa tylko trzy dni? Dlaczego kolejna edycja dopiero za rok? Dlaczego to, co najlepsze, tak szybko się kończy?

5kilo kultury było patronem medialnym festiwalu.

tekst: Ola Owczarz, zdjęcia Patrycja Wojtas

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.