Miłość od drugiego wejrzenia

Przypadkowe spotkanie, kilka spojrzeń, wymiana paru zdawkowych uwag. Rezultat: zauroczenie, potem miłość. Myślicie sobie Ileż to już razy widzieliśmy coś takiego na ekranie…. W takiej formie? Jeszcze nigdy.

 

Tajpej. Hsiao-kang sprzedaje zegarki. Shiang-chyi wyjeżdża do Paryża i potrzebuje zegarka. Upiera się, że chce kupić właśnie ten, który Hsiao-kang nosi na ręce i którego sprzedawać bynajmniej nie zamierza. Ponawia swoją prośbę do znudzenia, aż w końcu sprzedawca musi ulec. Tyle wystarczy, by nie mógł o niej zapomnieć, nawet mimo trudnej sytuacji w domu, w którym matka zupełnie nie potrafi poradzić sobie ze śmiercią ojca, powoli popadając w szaleństwo. Hsiao-kang przestawia wszystkie swoje zegarki na czas paryski. Jego matka odprawia tradycyjne buddyjskie rytuały, nie przejmując się irytacją syna, niepotrafiącego zrozumieć, jak niby martwy ojciec miałby powrócić z zaświatów, by zjeść przygotowywane dla niego z wielką pieczołowitością posiłki. W międzyczasie Shiang-chyi nie może odnaleźć się w obcym mieście, błądząc po ciemnych zaułkach i cierpiąc z powodu hałaśliwych współlokatorów podrzędnego hoteliku.

Te wątki istnieją w Która tam jest godzina? równolegle, opowiadając o dwóch różnych, ale ostatecznie bardzo podobnych wymiarach miłości. Opowiadając to zresztą niezbyt fortunne słowo w kontekście twórczości urodzonego w Malezji Tajwańczyka Tsaia Ming-lianga. Wyobraźcie sobie najbardziej powolny, najbardziej pozbawiony akcji film, jaki widzieliście, potem przemnóżcie te cechy przez dziesięć i otrzymacie całkiem niezły opis filmów tego reżysera. Powyższy szkic fabuły w zasadzie całkowicie wyczerpuje narracyjną zawartość jego najwspanialszego dzieła. Wszystkie sytuacje, przedstawione za pomocą niesamowicie wręcz długich, całkowicie statycznych ujęć kamery, są tak szczątkowe i enigmatyczne, że można np. w ogóle nie zauważyć, że oto właśnie umarł ojciec Hsiao-kanga. Moment ten jest bowiem zasygnalizowany jedynie poprzez zmienione ustawienie przedmiotów na kuchennym stole. I tak płynie sobie ta opowieść o osamotnionych ludziach, utkana z ledwie zauważalnych szczegółów. Mozaika, która mimo swojego ślimaczego tempa (choć trzeba przyznać, że w porównaniu z innym wybitnym dokonaniem Tajwańczyka, Goodbye, Dragon Inn, w Która tam jest godzina? dzieje się całkiem sporo) wymaga od widza ciągłego skupienia. Jedna chwila nieuwagi może zaowocować pominięciem jakiegoś sprytnie ukrytego detalu, trywialnego w odosobnieniu, ale nabierającego niezwykłej wagi w ramach układanki złożonej wyłącznie z takich detali.

Weźmy przykład. Oto tuż przed odjazdem, w pierwszych momentach filmu, Shiang-chyi otrzymuje od Hsiao-kanga karteczkę z numerem telefonu. Mija kilkadziesiąt minut i widzimy bohatera oglądającego 400 batów (którego reżyser, François Truffaut, jest idolem Tsaia). Po upływie kilku kolejnych chwil nasza zagubiona w Paryżu Chinka siedzi na parkowej ławeczce, wywracając torebkę do góry nogami w poszukiwaniu rzeczonego skrawka papieru. Przysiada się do niej nie kto inny, jak sam Jean-Pierre Léaud, odtwórca głównej roli w oglądanym przez Hsiao-kanga filmie – oczywiście o kilkadziesiąt lat starszy. Jak gdyby nigdy nic wyciąga zza pazuchy karteczkę, zapisuje na niej numer telefonu i podaje bohaterce. Cała ta sekwencja, rozpisana na długie minuty, przetykana wieloma innymi scenami i obywająca się niemal bez słów, to być może najpiękniejszy miłosny moment w historii kina, będący zresztą również wyrazem uwielbienia dla kinematografii samej w sobie. Pozbawiony melodramatycznych pocałunków, pociągłych spojrzeń, całego tego sztafażu. Żadne słowa nie oddadzą mu sprawiedliwości, to po prostu trzeba zobaczyć.

A jest w filmach Tsaia na co patrzeć. Mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego od ustawienia kamery, włączenia jej i zrobienia sobie przerwy na kawę (bo ujęcie trwa pięć czy dziesięć minut). Jednak na tym właśnie polega formalny kunszt najwybitniejszych twórców nurtu slow cinema (czy też, w zgodzie z mniej formalną terminologią, snujów) – potrafią statyczne ujęcia wypełnić precyzyjnie rozmieszczonymi obiektami i pieczołowicie zaplanowanym, powolnym ruchem aktorów. Każdy przedmiot i gest ma tu swoje miejsce i rolę do odegrania, a rozgryzienie wszystkich niuansów wymaga wielokrotnych powrotów do filmu i zmiany sposobu patrzenia, gdyż zwykłe oglądanie, sprawdzające się w kontakcie z bardziej konwencjonalnymi dziełami, na nic się tu nie zda. Oczywiście sprawia to, że tego typu obrazy są skrajnie nieprzystępne i nie jest niczym dziwnym widok zniechęconych widzów gremialnie opuszczających sale kinowe podczas festiwalowych pokazów. Mój pierwszy kontakt z kinem Tsaia również skończył się szokiem i niedowierzaniem, bo, choć pewną wartość jego filmów dostrzec jest stosunkowo nietrudno, to przecież wszystko na ekranie odbywa się tak powoooooli. Jednym słowem: męka. Ale intrygująca, mająca to słynne coś, choć skrzętnie to skrywająca. Celuloidowe per aspera ad astra. Uwierzcie, było warto. Szczególnie że dokonania tajwańskiego reżysera posiadają jedną cechę nieco pomagającą w ich odbiorze, a mianowicie błyskotliwy humor. Mistrzowski pod tym względem jest wspomniany Goodbye, Dragon Inn, ale i Która tam jest godzina? nie ma się czego wstydzić. Niezapomniana jest chociażby scena, w której Hsiao-kang, przestawiwszy już wszystkie zegarki w zasięgu wzroku, wchodzi na ratuszową wieżę, by – za pomocą kija od szczotki i z narażeniem życia – przesunąć wskazówki wielkiego miejskiego zegara, na który codziennie patrzą tysiące mieszkańców Tajpej. Oczywiście nie wypowiada przy tym ani słowa.

Jednak to dopiero sposób, w jaki wspomniane na początku dwa wymiary miłości zostają sprowadzone do wspólnego mianownika, czyni film Tsaia dziełem wybitnym. Albowiem nie tylko Hsiao-kang, za pomocą prostego gestu przestawiania zegara, próbuje zbliżyć się do oddalonej o tysiące kilometrów osoby, o której w gruncie rzeczy nic nie wie. Także jego matka dostosowuje się do rzekomego stylu życia swojego przebywającego w zaświatach męża. Zakleja wszystkie okna czarną taśmą izolacyjną i zaczyna podawać obiady w środku nocy. Te i inne podobieństwa między zachowaniami Hsiao-kanga i jego matki stawiają pod znakiem zapytania rozróżnienie na stosunkowo łatwy do pokonania dystans geograficzny i podobno niemożliwą do przekroczenia przepaść między światem doczesnym a wiecznym. W tamtej kulturze przekonanie o obecności duchów w naszym życiu codziennym nie jest bynajmniej tak absurdalne jak w naszej. Dlatego z każdą minutą stawiany przez Tsaia znak równości między miłością zaledwie międzynarodową, a tą prawdziwie romantyczną, przekraczającą granice naszego świata, staje się coraz bardziej widoczny. Kiedy wreszcie w samej końcówce okazuje się, że niezachwiana pewność matki Hsiao-kanga nie była może wcale tak szaleńcza, na ekranie dokonuje się prawdziwy akt transcendencji (oczywiście bez słów). Jest to jeden z tych rzadkich, absolutnie magicznych momentów, kiedy każdy malutki element układanki znajduje się w końcu na swoim miejscu, a nam nie pozostaje nic innego, jak tylko podziwiać.

Zresztą cała filmografia Tsaia to taka właśnie układanka – bohaterem niemal wszystkich jego dzieł jest Hsiao-kang (choć poszczególne historie najczęściej się ze sobą nie łączą), grany zawsze przez tego samego aktora, Lee Kang-shenga. Także i inni aktorzy wielokrotnie pojawiają się w tych filmach, za każdym razem grając bardzo podobne postacie. Jest to więc projekt rozpisany na lata, będący w gruncie rzeczy jedną wielką opowieścią.

Pozwólcie, że powiem wprost: kocham ten film. Zróbcie sobie przysługę i obejrzyjcie go. Natychmiast.

Robert Mróz

Która tam jest godzina?

Reżyseria: Tsai Ming-liang

Premiera: 15 maja 2001 (świat)

Produkcja: Francja, Tajwan

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.