Miłość z branży

W czasach, w których żyjemy, temat homoseksualizmu prawie zupełnie już spowszechniał. Powstaje coraz więcej książek, filmów, programów telewizyjnych. Jesteśmy z nim obyci, przestaje on szokować, stajemy się bardziej tolerancyjni. Czy w takim razie sam fakt, że do zupełnie banalnej historii miłosnej dodamy wątek homoseksualny, wystarczy, aby zatrzymać widza przed ekranem na półtorej godziny?

 

Historie miłosne pokazywane na ekranie mają to do siebie, że tworząc je, bardzo łatwo jest otrzeć się o patos, banał albo po prostu nudę. Każdy z nas pewnie w ciągu sekundy jest w stanie wymienić swoją ulubioną parę kochanków, ale są to zazwyczaj opowieści przekazane nam w sposób wyjątkowy lub same postacie i wydarzenia pokazane są w sposób nietuzinkowy. Ale poza tym w całej kinematografii roi się od tandeciarskich love stories. Stąd mój wniosek, że jest to temat, który do pokazania wcale nie jest łatwy. Jednak debiutująca szwedzka reżyserka Alexandra-Therese Keining podejmuje wyzwanie, dokładając do tego wora i swoją miłosną opowiastkę.

Bohaterkami tej historii są dwie kobiety, Mia i Frida. Poznają się na przyjęciu zaręczynowym swoich rodziców, którzy na nowo próbują ułożyć sobie życie. Pierwsza z nich pojawia się na nim ze swoim świeżo upieczonym narzeczonym, z którym do tej pory wydaje się być szczęśliwa i mieć w miarę poukładane życie. Jedyną rzeczą, która w jakiś sposób zakłóca im spokój, jest fakt, że ojciec Mii chciałby już móc wychowywać wnuka, natomiast córka zdecydowanie się do tego nie pali. Druga kobieta, Frida, to wyzwolona, odważna blondynka, która nieustannie flirtuje z mężczyznami i tryska energią. Bardzo wyraźnie zarysowane są kontrasty i różnice pomiędzy bohaterkami, jedna jest wyciszona, spokojna, poukładana, a druga jest jej dokładnym przeciwieństwem.

Film otwiera się sceną erotyczną, subtelną i ładnie pokazaną, a erotyzm nie opuszcza już filmu aż do końca. To właśnie zdjęcia, ich ciężka atmosfera nadaje klimat filmowi, który staje się po prostu ponury, a przecież traktuje o dwóch młodych kobietach, które nagle się w sobie zakochują. Odrobina lekkości na pewno wyszłaby całości na dobre. Dodatkowo scenariusz jest zupełnie prosty, dziewczyny spotykają się w niesprzyjających okolicznościach, w nieodpowiednim momencie i właściwie wszystko stoi im na przeszkodzie do zbudowania szczęśliwego związku. Schodzą się, żeby za chwilę znowu rozstać się w napięciu i tak w kółko, aż do zakończenia. Pierwszy pocałunek, odkrycie byłych partnerów, nietolerancja ojca na orientację córki – to sztampowe elementy, które sprawiają, że film wiele traci na autentyczności i jakości.

To wszystko sprawia, że z minuty na minutę film staje się coraz bardziej przewidywalny, a nasza uwaga niebezpiecznie zaczyna błądzić w innym kierunku. Ciężko jest się skupić fabule i odebrać ją tak, jak prawdopodobnie chciała tego autorka. Bardziej przemyślane postacie, mniej zachowawczości w tworzeniu scenariusza i reżyserka ma szansę stworzyć rzeczy, które będą o wiele lepsze niż Pocałuj mnie. Bo choć powstanie jeszcze mnóstwo wiejących tandetą romansów, to miłość między dwojgiem ludzi wciąż pozostanie tematem wdzięcznym i ponadczasowym.

Magdalena Baljon

Pocałuj mnie

reżyseria: Alexandra-Therese Keining

premiera: 29 lipca 2011 (świat) 17 maja 2013 (Polska)

Produkcja: Szwecja

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.