Moc sprawcza

love & peace plakat9. edycja Festiwalu Filmowego Pięć Smaków nie tylko rozpoczęła się fantastycznie (do wyboru seanse Lepszego jutra Johna Woo albo Bahubali: Początek), ale również fenomenalnie zamknęła. Po raz drugi na deser organizatorzy zostawili film Siona Sono (w 2013 na zamknięcie pokazano Zły film), który mieści w nim wszystko, czego dusza zapragnie – historię Japonii, japońską popkulturę, uniwersalną baśń, satyrę na j-rockowy przemysł, ujętą w magiczny nawias przygodę i oczywiście miłość.

 

Love & Peace zaczyna się jak pierwsze lepsze japońskie anime – główny bohater Ryoichi jest mającym wielkie marzenie nieudacznikiem, którego wytykają palcami wszyscy poza nieśmiałą, zakochaną w nim koleżanką z pracy. Przy okazji jest też niespełnionym muzykiem rockowym, pragnącym nie tylko wspiąć się na listy przebojów, ale też wystąpić na stadionie zbudowanym specjalnie na tokijskie Igrzyska Olimpijskie 2020. Pewnego dnia tym pragnieniem obarcza dopiero co kupionego żółwia imieniem Pikadon (nazwa bomb atomowych z czasów II wojny światowej, z której Japonia wciąż się nie rozliczyła) i niczym do amuletu szczęścia szepcze mu do ucha prośbę o spełnienie snów. Nie bez przyczyny gest ten kojarzy się ze wszystkimi bohaterami pokroju pocierającego zaczarowaną lampę Alladyna, bowiem z torów rodzimej popkultury reżyser przerzuca historię w koleiny klasycznej baśni. W ten sposób żółw staje się postacią równie ważną co Ryo i niełatwa czeka go droga, by zadośćuczynić życzeniom swojego właściciela. Tym bardziej, że ten w odruchu samoobrony przed kpiącymi z niego współpracownikami spuszcza go w toalecie. Pikadon rozpoczyna więc podróż w głąb podziemnego świata wielkiej metropolii, a Ryoichi – prywatną odyseję po złote runo.

love & peace 1

Jest nim oczywiście kariera j-rockowego gwiazdora. Z zawadiacko użelowanymi czarnymi włosami, w skórzanej kurtce lub połyskującym cekinowym wdzianku i z pogardliwą miną Ryoichi aka Dziki Ryo nieodparcie kojarzy się z Miyavim, rzeczywistym symbolem j-rockowego rynku. Podobnie jak on po zdobyciu sławy porzuca zespół na rzecz kariery solowej (Miyavi odszedł z Dué le quartz) i staje się ikoną buntu zmieszanego z dość ckliwą wrażliwością, śpiewając wysokim głosem balladki oplecione rockowopodobną muzyką (Love & Peace, nigdy cię nie zapomnę) lub cytując wcześniejsze dzieło reżysera (o którym więcej pisaliśmy tutaj). Na przykładzie głównego bohatera Sono z jednej strony piętnuje pragnienie rozgłosu za wszelką cenę, również kosztem przyjaźni i miłości, z drugiej jednak czułym okiem spogląda w kierunku głośnego, kiczowatego, cekinowego i trochę smutnego świata j-rocka czy szerzej – marzeń, bo to one są tu najważniejsze. A ich symbolem staje się żółw.

Podążając tropem Władimira Proppa, Sono z jednej strony czyni Pikadona typowym pomocnikiem dla dążącego do celu bohatera, z drugiej zaś wpisuje go w schemat przygodówek w stylu Indiany Jonesa. Świetnie obrazuje to scena, kiedy płynąc kanałami żółw trafia w końcu do ostoi wszystkiego, co zapomniane i porzucone, a kamera trzyma się cały czas za jego plecami. Tak zasugerowana zostaje nie tylko tajemniczość świata, do którego zwierzak wkroczy – i rozpoczynająca się przygoda – ale też moment, w którym Pikadon staje się żywym symbolem życzenia swojego właściciela. Reżyser rozpoczyna grę z przyzwyczajeniami widza, a przede wszystkim z masą motywów, które zdobią kulturę i popkulturę nie tylko japońską. Jest więc urocze natrząsanie się z kaiju eiga, gatunku filmów o wielkich potworach (najsłynniejszy przedstawiciel to Godzilla), wariacja na temat Świętego Mikołaja, który wcale nie jest takim roześmianym staruszkiem, jakiego kochają dzieci, powracający motyw samospełniającego się życzenia (tutaj w dosłownym znaczeniu za sprawą Pikadona), a nawet puszczenie oka w stronę Terry’ego Pratchetta (Starożytni wierzyli, że świat płynie na grzbiecie żółwia). Dzięki temu trudno nie dać się porwać nurtowi tej rwącej rzeki szalonej zabawy, która okazuje się mieć zaskakująco ciepłe przesłanie. Sono wciąż kocha swoich bohaterów i nawet jeśli każe im się po wielokroć rozczarować, to finał, choć raczej gorzki, potrafi szczerze wzruszyć co wrażliwsze serce. Nawet jeśli Love & Peace ostatecznie nie spełnia się jako historia o zakochaniu, wygrywa na polu opowieści o niezwyciężonej sile przyjaźni – tym razem żółwia i człowieka.

Monika Pomijan

Love & Peace

reżyseria: Sion Sono

premiera: 26 czerwca 2015 (świat)

produkcja: Japonia

Dowiedz się jakie są najlepsze kamery cyfrowe.

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *