Najlepsze płyty polskie 2014

Powoli zbliżamy się do końca – to już przedostatnie z naszych podsumowań roku 2014. Jednak zanim szeroko otworzymy oczy i uszy, by wybrać to, co najlepsze w kolejnych dwunastu miesiącach, ostatnie dwa spojrzenia przez ramię niech będą możliwie najprzyjemniejsze. No bo czy może być coś lepszego niż dzielenie się tym, co się nam podoba? Oto albumy, które w głosowaniu okazały się najlepszymi polskimi wydawnictwami minionego roku.

 

10. Merkabah – Moloch

Uwielbiam, kiedy już pierwszym kawałkiem na albumie zespół daje słuchaczowi z otwartej dłoni w pysk. Bicie w dalszej części co prawda czasem ustaje, chwilami panowie odpoczywają, lecz atmosfera łomotu towarzyszy nam do końca i pozostawia sporo siniaków. Tym właśnie jest Moloch – demoniczną kreaturą, która nawiedziła nas w nocy, by opowiedzieć, jak wyglądać będzie piekło, a przynajmniej jedna z jego komnat, gdzie wylądowało kilku jazzmanów, którzy pod wpływem atmosfery wszechobecnej pożogi i cierpienia zmienili nieco stylistykę. Nie wiem jak wam, ale mi taka wizja piekła jak najbardziej odpowiada, oczywiście z przerwami na regenerację skatowanych bębenków usznych. Krzysztof Wołongiewicz

Ależ ten tytuł pasuje do muzycznej zawartości krążka. Warszawiacy z Merkabah stworzyli album przytłaczający, pełen ciemnych kompozycyjnych labiryntów, w których łatwo zgubić wątek. Podchodziłem do tego albumu jak pies do jeża, ale kiedy już kliknęło, kiedy w końcu dociera do słuchacza złożoność tych utworów oraz to, w jaki sposób zostały skonstruowane, zostaje tylko zbierać zęby z parkietu. Dziwaczne polirytmie, akcenty nie tam, gdzie powinny być, przerażająco przesterowane basy i opętany saksofon. Merkabah nie jest pierwszym zespołem, który miesza metalowe brzmienia z awangardą dęciaków, ale jednym z niewielu, które są w pełni świadome potencjału i siły tego połączenia. Moloch to powiew świeżości na polskiej scenie, który, mam nadzieję, przewietrzy też głowy innym rodzimym wykonawcom. Patryk Pomichowski

10. Artur Rojek – Składam się z ciągłych powtórzeń

Większość wypatrywała czegoś spektakularnego, co nie nastąpiło. Rozwiązania, które proponuje Rojek, to obecnie podstawy twórczości wielu polskich młodych zespołów alternatywnych z pogranicza indiefolku i elektro. Jednak minimalistycznej formie krążka niczego nie brakuje, wręcz przeciwnie – jest dociążona warstwą tekstową, która miejscami niebezpiecznie balansuje na granicy intymności i grafomanii, skłaniając się zawsze niemal niezauważalnie w stronę tej pierwszej. Dzięki temu album nabiera nietypowych atutów, jak młodzieńcza naiwność i nadmierna wrażliwość, które wprawdzie ujmują mu dojrzałości, za to czynią debiutem z prawdziwego zdarzenia. […] Jak wiele można powiedzieć w piosence pozostając niewidocznym? Niezależnie od ilości interpretacji, czy to pozytywnych, czy mieszających wersy z błotem i sprowadzających je do grafomańskiego wybryku, prawdziwe znaczenie płyty dla siebie samego zna prawdopodobnie tylko Artur Rojek. A my mieliśmy okazję tylko na chwilę zajrzeć do jego szuflady. Natalia Jankowska

8. Ten Typ Mes – Trzeba było zostać dresiarzem

Skarpety sporty, czapka z możliwie jak najbardziej wygiętym daszkiem, czarne adidasy i oczywiście ORTALION. Do tego uliczna nawijka, kurwy zamiast przecinków, hasz, tablety, biedackie techno i wyłudzanie pieniędzy… Taką zapowiedzią najnowszego albumu uraczył nas posiadacz (prawdopodobnie) najlepszego flow w Polsce. Trzeba było zostać dresiarzem, mówi, a za tym przewrotnym tytułem kryje się, póki co, najbardziej dojrzały album Tego Typa Piotra Szmidta. […] Napisałem na początku posiadacz (prawdopodobnie) najlepszego flow w Polsce. Pal licho to prawdopodobnie, po przesłuchaniu Trzeba było zostać dresiarzem przyznaję: korona się należy. Z wiekiem Mes porzucił uliczno-melanżowy sznyt, ale technicznie nadal zachwyca, a nawet, mimo że kazał zatkać uszy, posłuchałem, jak śpiewa (ESC) i nie było wcale źle! Pozostaje tylko pogratulować i życzyć każdemu raperowi dorastania w takim stylu. Krzysztof Wołongiewicz

8. RSS B0YS – N00W

Łup. Łup. Łup. Łup. Łup. Łup. Łup. Łup. Łup. Łup. Łup. Łup. Łup. Łup.
Zero wstępów, od razu rzucenie w ciemny miejski zaułek w środku nieprzyjaznej, deszczowej nocy. Groza, podbijana dodatkowo wijącymi się, ledwo zmienianymi na przestrzeni minut afrykańskimi przeszkadzajkami. I tak przez pół godziny pierwszego utworu ostatniej płyty tajemniczych techno-bojów bez twarzy. Drugie pół godziny jest już nieco bardziej klubowe, nieco lżejsze, ale nie znaczy to, że mniej mocarne. Duszny bas to podstawa tej muzyki, cała reszta stanowi tylko pomoc dla miarowych tąpnięć wprowadzających w niesamowity, najlepszy trans tego roku. Elektronika to nie jest rejon, w który często się zapuszczam. Lecz gdy już to robię, chcę znajdować tam takie brudne perły. Robert Mróz

6. We Will Fail – Verstörung

Jeśli spoglądając na okładkę bardzo dobrej płyty i słuchając jej zawartości trudno zdecydować się, co bardziej ci się podoba, a następnie dowiadujesz się, że za jedno i drugie odpowiedzialna jest ta sama osoba, wiesz, że masz do czynienia z kimś wyjątkowym. Pani Aleksandra Grünholz alias We Will Fail to taka właśnie osoba. Nietrudno zatopić się w ambientowych pejzażach czy nieokreślonych szumach przykrytych subtelnymi, dyskretnymi bitami. Rzadziej wyciszające, raczej wprowadzające w stan niepokoju kompozycje warszawianki, przypominające nieco Boards of Canada skonfrontowanych z mrocznym światem Lustmorda, to obecnie jeden z najjaśniejszych punktów w polskiej muzyce elektronicznej, a przecież to dopiero debiut. Krzysztof Wołongiewicz

6. Julia Marcell – Sentiments

Niezwykle zaskoczył mnie muzyczny kierunek, w jakim podążyła Marcell. Brak tu krzykliwych, rozwydrzonych piosenek – choćby takich, jak na Jezus Maria Peszek – czy ciekawych, ale powtarzanych do znudzenia elektroakustycznych patentów ze Składam się z ciągłych powtórzeń Artura Rojka. Zamiast tego słuchacz dostaje rockowe, nawiązujące do wczesnych lat amerykańskiej lollapalloozowej alternatywy strzały oraz wyraziste, poruszające ballady. Muzyczny minimalizm został tu wykorzystany wręcz idealnie. […] Z podziwem patrzę na rozwój Julii. Ma ona talent do doboru osób zaangażowanych w powstwanie płyt, nie boi się żywiołowości nagrywania na setkę przy skromnym instrumentarium, które trzeba umieć wykorzystać, by osiągnąć odpowiedni efekt. Mam nadzieję, że nie ucieknie od razu do swojego ulubionego Berlina i pozwoli muzykom rozkręcać przestery gitar i bujać publiczność kompozycjami z Sentiments w Polsce. Czekam, aż zaśpiewa mi ze sceny tak samo pięknie, jak śpiewa mi z głośników, gdy odpalam jedną z najciekawszych i najodważniejszych polskich płyt tego roku. (Pełna recenzja) Tomasz Spiegolski

5. Innercity Ensemble – II

Kuba Ziołek i Tomasz Popowski to dwójka czarnoksiężników. Ci panowie posiadają magiczne moce, dzięki którym są w stanie zabierać nas w cudowne, czasem bajeczne, czasem przerażające miejsca. Jednak, jak to czarnoksiężnicy, są przy tym wyjątkowo tajemniczy, studiują prastare woluminy, zapraszają innych muzycznych magów do współpracy i za każdym razem lądujemy w zupełnie innej krainie. Tegoroczne dwupłytowe Innercity Ensemble to rytuał, w którym szamani wybijają zakazane rytmy, sędziwy starzec częstuje nas ayahuascą, a tubylcy tańczą wokół ogniska. Lecz, nie wiedzieć czemu, ten dziki, hipnotyzujący rytuał odbywa się podejrzanie blisko niemieckich klubów z lat 70. Pomimo tego nikt nie narzeka i wszyscy bawią się świetnie. Krzysztof Wołongiewicz

4. Decapitated – Blood Mantra

Ależ pocisk dostaliśmy od ekipy Vogga. Ich poprzedni album Carnival is Forever zbierał dość mieszane opinie, jednak nowe wydawnictwo otrzymuje prawie wyłącznie głosy pozytywne. Nie dziwota. Już na dzień dobry dostajemy riff, który w Guantanamo spisałby się dużo lepiej niż wykorzystywane tam utwory Deicide. Towarzyszące temu blasty nowego pałkera Michała Łysejki jeszcze dodają energii i tak naładowanemu kawałkowi. Album jest świetnie wyprodukowany. Vogg, razem z braćmi Wiesławskimi, znalazł złoty środek między surowością i sterylnością. Wszystko jest tu słyszalne, ale nie nachalne – a to nie lada sztuka w death metalu. Blood Mantra posiada też wyjątkowy groove, którego mogłaby im pozazdrościć niejedna kapela z kręgów core. To, plus kilka ciężkich breakdownów, sprawia, że momentami robi się rzeczywiście bardzo współcześnie, niekoniecznie w tym dobrym znaczeniu. Jednak odświeżenie i poszukiwanie czegoś nowego jest temu gatunkowi bardzo potrzebne. Decapitated robi to z pomysłem, nie ma się więc o co czepiać. Patryk Pomichowski

3. KRÓL – Nielot

Śmiało możemy powiedzieć, że oto nastały rządy lirycznego króla melancholii, który w ręce poddanych oddaje wszystko, co drzemie w jego duszy. Błażej Król od kilku lat wyznacza bowiem w polskiej muzyce alternatywnej unikatowy, całkowicie autorski styl. Choć zakończenie lub zawieszenie działalności ogłaszały po kolei wszystkie jego projekty – najpierw Kawałek Kulki, teraz UL/KR – królestwo jego nie przeminęło. Przeciwnie – wydaje się być silniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. […] Bezapelacyjnie jednak wszystko kradnie singlowe Szczenię wciągające w świat pełen tęsknoty, dusznej zmysłowości i echa rozczarowań. […] Tym sposobem Król po raz kolejny udowodnił, że ma niekwestionowany dar wychwytywania brzmienia słów i rozpisywania ich na miejscami koronkowe, melancholijne aranże. Trudno więc zaprzeczyć, że to królestwo melancholii jest jedynym słusznym. Monika Pomijan

2. Skubas – Brzask

Skubas nagrał płytę ze wszech miar wyjątkową, pozornie niemającą szans przebicia na rynku. Kompletnie po polsku, kompletnie po swojemu, kompletnie osobistą. I tym samym wygrał. Brzask to dziesięć niepowtarzalnych utworów rozwalających odtwarzacze, opanowujących umysł, chwytających za serce. Brzmi banalnie, ale właśnie w tej emocjonalnej prostocie tkwi sukces Brzasku- grunge’owego, szczerego grania z pięknymi tekstami Skubaji i Basi Adamczyk. Od wyrazistych, dociśniętych gitarowych numerów aż po wzruszające (ale ani przez sekundę tandetne!) ballady, Skubas opowiada o swoim świecie nie szczędząc gorzkich słów ani tkliwych określeń. Życzyłabym całemu polskiemu rynkowi muzycznemu, aby wszystkie przyszłe wydawnictwa były takie jak Brzask – do krwi szczere, przemyślane i tak prawdziwe. Z takiej muzyki jestem po prostu dumna. Alicja Cieloch

1. Fisz Emade Tworzywo – Mamut

Bracia Waglewscy chyba nigdy nie przestaną zaskakiwać. W tym roku, poszerzając jeszcze bardziej horyzonty swoich fascynacji, wydali płytę niemal w całości elektroniczną. I choć zapaleni entuzjaści hip-hopu mogli poczuć się nieco urażeni, to z pewnością nie mogą zaprzeczyć, że jest to jeden z najlepszych polskich krążków 2014. Mamut chwyta przede wszystkim autentyzmem oraz niezwykłą świadomością muzyków słyszalną w każdym dopracowanym, świetnie brzmiącym dźwięku. Pomimo nowych form, Fisz Emade cały czas pozbawieni są fałszu w tym, co robią i o czym opowiadają w swojej muzyce. To niezmiennie artyści ambitni i konsekwentni, skierowani nie na formę, lecz treść. Może właśnie dlatego w każdym muzycznym kolorze jest im tak dobrze – bowiem czy jest to taneczny Pył, czy bardziej refleksyjny Bieg, muzyka Tworzywa brzmi przekonująco i wciąga coraz mocniej. Nie zastanawiajcie się więc długo, lecz czym prędzej wprawcie stopy w ruch lub rozpłyńcie się w Śladach. Alicja Cieloch

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *