Nebraska Dream

W momencie znalezienia na środku drogi wylotowej z miasta własnego ojca, podążającego pieszo w kierunku bliżej niezidentyfikowanym, można się delikatnie zdziwić. Zdziwienie może przejść w przerażenie, kiedy okazuje się, że ta piesza wycieczka przez minimum dwa stany ma na celu odebranie nagrody specjalnej w postaci miliona dolarów. Ale największy szok dopiero przed nami – zawiadomienie o nagrodzie zostało wysłane wraz z dostawą prenumeraty, a dostała je mniej więcej połowa Amerykanów.

 

W taki właśnie sposób zaczyna się Nebraska, jeden z tegorocznych kandydatów do Oscara. Siedemdziesięcioletni Woody Grant, kiedy tylko dowiaduje się o wspaniałej wygranej, chwyta laskę i w te pędy rusza na wycieczkę z Montany do Nebraski. Podczas kolejnej nieudanej próby, przechwycony przez syna po kilkuset metrach, stawia ultimatum i każe natychmiast przewieźć się w wyznaczone miejsce. Mimo zapewnień młodego mężczyzny oraz prawdopodobnie najbardziej upierdliwej żony na świecie, że nagroda jest jedynie tanim chwytem marketingowym, ruszają w podróż po odbiór wymarzonego miliona.

Po drodze jednak pada propozycja, aby zatrzymać się niedaleko celu, w mieście rodzinnym Woody’ego, i odwiedzić rodzeństwo oraz liczne grono znajomych. Okazje się, że wieść o tym, że bohater już niedługo zostanie milionerem, rozeszła się bardzo szybko. Na tyle, że w równie krótkim czasie dorabia się on grona amatorów domniemanej fortuny i jeszcze większej ekipy wierzycieli, którzy nagle przypominają sobie o dawnych niesnaskach.

W tych kilku krótkich zdaniach nie sposób opisać wszystkich rodzinnych zawiłości, delikatnej aury absurdu, która nieustannie unosi się nad małym miasteczkiem w stanie Nebraska czy pełni emocji, które nasilają się wraz z oddalaniem się od celu. I nie mówię tutaj o zbytnim sentymentalizmie. Film, mimo wielu spięć między bohaterami, nie przytłacza. Najtrafniej można by ich opisać jako dobrych prostych ludzi, pełnych wad, których nie potrafią ukryć, ale dysponujących też całym bagażem zalet. A przede wszystkim z dobrym sercem. Nawet Najbardziej Upierdliwa Żona Na Świecie (a w tej roli cudowna June Squibb, z pewnością niejeden rozpozna w jej postaci własną ciotkę) ostatecznie również wybiera się na wycieczkę do Nebraski. Pomiędzy bluzgami rzucanymi w kierunku męża można wyczuć uczucie, które po tylu latach wciąż żyje między starszymi ludźmi.

Nebraska to kino drogi w najpiękniejszym, najczystszym wydaniu. Niespieszne tempo oraz podróż, której cel jest podwójny. Nie chodzi bowiem tylko o to, żeby dotrzeć do biura prenumeraty, bo przecież wszyscy dobrze zdają sobie sprawę, że na Woody’ego może czekać jedynie zawód. Ta podróż jest okazją do wspólnego przeżywania niezapomnianych chwil, a także do dążenia do realizacji marzeń, mimo że te prawdopodobnie nigdy się nie spełnią. Sama opowieść ewidentnie kojarzy się z Prostą historią Davida Lyncha. Tam również kamera obserwuje zmagania starszego człowieka z samym sobą, ale i z demonami przeszłości. Lynch w ten sam sposób jest powściągliwy w tym, co pokazuje. Nie ma nachalności ani dosłowności, wszystko, co widać na ekranie, może zostać uznane za delikatnie zawoalowaną metaforę życia. Odniesienia do czasów minionych w Nebrasce są tym silniejsze, że główny bohater zostaje postawiony twarzą w twarz z zaszłościami, ze wszystkim, co materialne i ludzkie. Musi zmierzyć się ze starymi znajomymi, którzy w zazdrości nie są tacy, jakimi ich zapamiętał.

Nie da się jednak w całej tej wyliczance pominąć zasług Phedona Papamichaela, twórcy zdjęć. Cały film jest czarno-biały. Klimat, który został stworzony tym prostym zabiegiem, jest niepowtarzalny. Porównać go można jedynie do poprzednich filmów Payne’a i atmosfery, która tam panowała. Najbliżej jest mu chyba do wcześniejszych Bezdroży. Tu również mamy do czynienia z filmem drogi, który w bardzo dyskretny i delikatny sposób prowadzi analizę ludzkich zachowań. Reżyser pokazuje świat w taki sposób, że widz może poczuć się jak podglądacz, który, pozostając niezauważony, swobodnie obserwuje wszystko w najbardziej naturalnej odsłonie. W Nebrasce bardzo często kamera pokazuje świat przedstawiony na planach ogólnych, tych zupełnie prostych, z pobocza na drogę. Możemy w ten sposób śledzić życie miasta, w którym nie dzieje się zbyt wiele. W tej prostocie i stonowanych kadrach tkwi cały urok i piękno Nebraski.

Prawdopodobnie pojawi się wiele głosów, które zarzucą Nebrasce bycie jedynie łzawą historią o starych ludziach. Jestem jednak pewna, że takie określenia są całkowicie bezpodstawne, ponieważ jest wiele czynników przemawiających za tym filmem, których na próżno szukać w podobnych historiach. Przede wszystkim niemal w każdej scenie zawarta jest mądrość, którą delikatnie przemyca dla widza reżyser. Mądrość o ludziach samych w sobie, ale przede wszystkim o instytucji rodziny. Nieważne jak bardzo głupie i jak niemożliwe do zrealizowania wydają nam się pomysły najbliższych, naszym obowiązkiem jest wsparcie i poprowadzenie ich w taki sposób, aby nieunikniona porażka była jak najmniej dotkliwa. Człowiek powinien wiedzieć, na co można sobie pozwolić i gdzie są granice. Ale przede wszystkim film Payne’a pokazuje, jaką moc może mieć solidarność w walce z przeciwnikiem. Zwłaszcza rodzinna solidarność, o której utrzymanie jest chyba najtrudniej.

Magdalena Baljon

Nebraska

Reżyseria: Alexander Payne

Premiera: 23 maja 2013 (świat)

Produkcja: USA

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.