Nie taki łagodny baranek

Przy okazji promocji nowej płyty Backspace Unwind zespół Lamb ponownie przyjechał do Polski. Kultowy trip-hopowy duet zagrał aż cztery koncerty w naszym kraju. Redakcji 5kilo kultury nie mogło tam zabraknąć. Tym razem mamy dla was podwójną relację: z Krakowa, gdzie muzyce przysłuchiwał się Tomasz Spiegolski, a czujne oko aparatu Justyny Kamińskiej uchwyciło nastrój koncertu, i z Warszawy, gdzie w żywiołowym tłumie znalazła się Anna Ślusareńka.

 

Ostatnią wizytę Lamb w Polsce wspominam z wielkim sentymentem, dlatego obawiałam się, że koncert w warszawskim klubie Basen może okazać się zawodem. Nic bardziej mylnego. Mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że był to najlepszy klubowy koncert tego roku. W dodatku zespół, mimo wielu lat owocnej kariery, nadal ma pomysł na siebie. Andy Barlow wciąż jest genialnym producentem, a głos Lou nie stracił ani odrobiny czystości i wdzięku. Nowa płyta Backspace Unwind pełna jest genialnych kompozycji. Fakt, że niektóre z nich rozgrzewały koncertową publiczność bardziej niż znane i kochane przeboje, jest na to najlepszym dowodem. Nie tylko Lamb zmienili się od czasu naszego ostatniego spotkania. Ich support — Ramona Flowers — również pokazał, że w ostatnim czasie nie próżnował. Poprzednio byli na początku swojej muzycznej kariery, z repertuarem skłądającym się zaledwie z garstki piosenek. Pod skrzydłami Barlowa ewoluowali w pełnoprawny zespół, który z powodzeniem łączy elektroniczną wrażliwość z rockowym powerem. Aż szkoda, że zeszli ze sceny tak szybko.

Nikt jednak nie miał o to pretensji, bo przecież za chwilę na scenie miał pojawić się Lamb. Pierwszy wkroczył basista… o kulach. W toku koncertu okazało się, że Jon Thorne jest człowiekiem szalonym i mimo złamanej nogi dał z siebie wszystko. Publiczność odpłaciła mu za to poświęcenie sutymi oklaskami. Po drugiej stronie sceny podobnym wulkanem energii był Andy, który mimo braku mikrofonu i odgrodzenia syntezatorami wcale nie dawał zepchnąć się na dalszy plan i wykorzystywał każdą okazję na kontakt z publicznością. Ta z kolei wydawała się być rozgrzana do czerwoności już od pierwszej piosenki i żywiołowo reagowała na każdy okrzyk z jego strony i na każdą zmianę bitu. Gdy wybuchły oklaski po We Fall in Love (zaledwie drugiej piosence tego wieczoru), zastanawiałam się czy tak ekstatycznej publiczności nie zabraknie energii do końca koncertu.

Całość równoważyła Lou, która była duszą tego występu. W anielskiej, białej sukni ze swoją posągową urodą wyglądała olśniewająco. Jednocześnie nie było w niej nic onieśmielającego. Chętnie wdawała się w pogawędki z publicznością, dzieliła przeżyciami z trasy, wrażeniami ze spaceru po warszawskim parku. Jej skromność, lecz równocześnie ogromna charyzma sprawia, że wydaje się bliższa i bardziej naturalna niż inne muzyczne divy. Błyszczy w najbardziej wzruszających momentach koncertu, przy piosenkach takich jak znany wszystkim Gabriel, As Satallites Go By (której towarzyszyły magiczne, gwiezdne efekty świetlne) czy What Makes Us Human. Ale nie wszystko podczas koncertu Lamb jest tak czyste i anielskie. Czasami robi się duszno, a emocje gęstnieją i wtedy energiczne basy i dynamiczne dźwięki produkowane przez Andy’ego pozwalają na ich ujście. W taneczny trans można było wpaść przy We forget to live czy B line. W takich momentach zastranawiałam się czy klaszcząca i stukająca w podłogę publiczność nie rozerwie klubu na strzępy. Zespół spoglądał na to z wyraźnym wzruszeniem i zadowoleniem. Zachwyceni warszawską publicznością zaprosili chętnych na małe spotkanie po koncercie.

5kilo kultury było patronem medialnym wydarzenia.

Anna Ślusareńka

Czwarta edycja cyklu Chilliholic zaowocowała koncertem legendarnej już grupy Lamb. Andy Barlow oraz Lou Rhodes wspierani przez kontuzjowanego, ale niezwykle energicznego basistę Jona Thorna wystąpili z przekrojowym setem. Nic w tym dziwnego — promują przecież nową, świetną skądinąd płytę Backspace Unwind, a ich dorobek artystyczny zawiera piękne piosenki, które zna każdy wrażliwy fan elektroniki. Trzeba przynać, że na scenie Andy i Lou zaprezentowali się niczym ogień i woda, dwa przeciwne sobie żywoły, które stworzyły spektakl zarówno energetyczny, jak i poruszajcy. Taki, na którym można było pobujać kuperkiem, pokrzyczeć wraz z nawołującym do tego Andym oraz przytulić swoją lubą/lubego i odpłynąć przy ciepłym i delikatnym głosie Lou. Wrażenie to dopełniał jeszcze jeden aspekt. Skąpa koszulka ze wzorem a’la  H. R. Gieger, w której paradował Barlow i piękna suknia Rhodes, jakby wyjęta ze zdjęć LaChepella, podkreślały to, jak dwa sceniczne przeciwieństwa mogą fantastycznie współgrać.

Publiczność nie uświadczyła wprawdzie jakichkolwiek wizualizacji, ale rekompensowała to rewelacyjna gra świateł, która budowała odpowiednią dla prezentowanej muzyki, oszałamiającą atmosferę. Szkoda jedynie, że bas Thorna był bardziej widoczny niż słyszalny, a do tego przez cały koncert miałem wrażenie, że muzyka odtwarzana jest z wspieranego przez małą, djską konsoletę Winampa. Stanowisko Barlowa składało się tego wieczora z klawiszy i padów używanych, delikatnie mówiąc, sporadycznie, co przyznam szczerze, raczej mnie rozczarowało. Zrekompensowały to jednak wykorzystane w secie gitara akustyczna i werbel, ale przede wszystkim ciepło i zaangażowanie muzyków, kórzy nie poddali się problemom technicznym i zaprezentowali bardzo ciekawy, buzujący energią, ale i wzruszający momentami show. Taki, który jest dla supportującego gwiazdę zespołu The Ramona Flowers poza jakimkolwiek zasięgiem. I może więcej o tym supporcie nie napiszę.

Lamb + The Ramona Flowers Lamb + The Ramona Flowers Lamb + The Ramona Flowers Lamb + The Ramona Flowers Lamb + The Ramona Flowers Lamb + The Ramona Flowers Lamb + The Ramona Flowers Lamb + The Ramona Flowers Lamb + The Ramona Flowers

tekst: Tomasz Spiegolski, zdjęcia: Justyna Kamińska

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.