Norwegia, Polska, Francja, Australia…. Japonia!

W miniony poniedziałek Kawiarnia Naukowa ugościła całkiem pokaźną grupę miłośników gridcore’u i kilku innych, nieznacznie mniej hałaśliwych gatunków szeroko rozumianej muzyki. Za organizację imprezy odpowiedzialne było jak zwykle niezmordowane EveryDayHate, a ponieważ jej patronowaliśmy, nie mogło nas 14 lipca w Kawiarni Naukowej zabraknąć.

 

Kapelą otwierającą koncertowy wieczór był norweski Livstid. Panowie świetnie wywiązali się ze swojej funkcji. 25 minut niezwykle pozytywnego, crust/grindowego strzału w pysk spowodowało, że publiczność z szerokimi uśmiechami na owych ustrzelonych pyskach oglądała to, co wyczyniają Norwegowie. Gdzieś w powietrzu unosił się smród Disfear, który miło trącił z całej tej zabójczo przyjemnej i pędzącej na złamanie karku muzyki. Jak się z takiego smrodku nie cieszyć, jeśli kocha się metal i punk?

Inny już smrodek wydobywał się z kolejnych ekip. Whoresnation i Chiens pokazały, jak we Francji łoi się grind. 666BPM grindshit, jak określają się ci pierwsi, idealnie opisuje to, co prezentują na scenie. Chiens natomiast zmiotło wszelki kurz i pył z Kawiarni Naukowej niczym tornado. Do tego na niemały plus zaliczyć trzeba to, że wokalista grupy nawiązywał fizyczny kontakt z publiką, co ruszyło nieco zastane kupry przybyłych na EDG#3. Bardzo, bardzo na plus i do zobaczenia po raz kolejny. Jeśli wszyscy we Francji tak grają grind, to z czego oni sobie robią te bagietki, ja się pytam!?

Około 21:30 przed publicznością rozłozyli się lokalesi z d-beatowego Dishell. Nie miałem okazji spawdzić ich na poprzednim EveryDayGrind, więc tym bardziej ucieszyłem się z możliwości zobaczenia tej kapeli na żywo. Żeby zrozumieć, jak brzmi d-beat krakowian, musielibyście chwycić wielką płytę chodnikową i, rozpędzając się, ciągnąć ją po nierówno położonym asfalcie. Muzyka rzęziła jak trzeba a wokal przypominał odpalanie i podkręcanie obrotów zużytego Ursusa. Jeśli leży wam taki hałas, a ci zacni kawalerzy przyjadą do pięknego miasta, w którym pomieszkujecie, to czym prędzej rypnijcie z kolegami i koleżankami czteropak, spalcie przy nim jointa i lećcie na sztukę Dishell. Warto!

Doskonale spisali się również wieńczący imprezę The Kill. Na facebookowym profilu jako inspiracje panowie wymieniają jedynie Napalm Death i Judas Priest, co mówi chyba samo za siebie – grają głośno, szybko i brutalnie. Członkowie grupy to również niezwykle przyjemne chłopaki, które świetnie łapią kontakt z publiką i czerpią ogromną radość ze swoich koncertów. Niestety muszę doczepić się do brzmienia gitary, która znikała między atakiem perkusji i niskim, growlującym krzykiem wokalisty. Na szczęście została odpowiednio podkręcona, dzięki czemu australisjki grind wybrzmiał w pełnej okazałości. 

To, co najlepsze w ciepły, lipcowy poniedziałek w Kawiarni Naukowej, stało się jednak wcześniej – tuż po 22:00. Zawsze uważałem, że Japonia to przedziwny kraj. Spójrzcie choćby na ich filmy – z jednej strony cenzuruje się narządy płciowe w pornografii, z drugiej – tamtejsze horrory i thrillery to najbardziej wykręcone kino, jakie można sobie wyobrazić. Japonia dała światu jeszcze jeden ewenement – Final Exit. Ekipa ta swoim setem w Krakowie sprawiła, że pierwszy raz od dawien dawna koncert zagwarantował mi tyle samo gromkiego śmiechu, co wzbudził podziwu. 20 minut wystarczyło, by duet zdołał powalić na kolana absolutnie wszytskich. Wyobraźcie sobie, że Beach Boys nagrywają grindcore i noise i efekt mógłby być namiastką tego, czym para się Final Exit. Hisao (gitara, wokal) i Ryohei (perkusja) działają na scenie od 1994 roku, tym bardziej zastanawia mnie, jakim cudem nie wpadłem na ten zwariowany twór wcześniej. Bisu tych panów publiczność domagała się najbardziej. Tym mocniejszą mam nadzieję, że poskutkuje to szybkim powrotem grupy do naszego kraju. Oby po tegorocznym Obscene Extreme w Czechach Final Exit tak polubili europejską publiczność środka kontynentu, by odbyć po nim kolejną trasę. To by była dopiero radocha!

Livstid

Whoresnation

Dishell

Final Exit

Chiens

 

The Kill

zdjęcia: Justyna Kamińska, tekst: Tomasz Spiegolski

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.