Nużący romans

Jest jasne, czego można spodziewać się po romantycznym indie melodramacie rodem z Sundance, w którym grają tylko dwie osoby i który rozgrywa się prawie wyłącznie w pokojach hotelowych (tak, dokładnie dwudziestu ośmiu). Są więc sceny seksu, które mają wyglądać jak Shame McQueena, długie rozmowy w łóżku o wszystkim i o niczym, kolejne rozstania i powroty, rozstania i powroty, rozstania i powroty… Jedynym sposobem, żeby taki film zadziałał, jest sprawić, aby widz zauroczył się parą kochanków i zaczął nie tylko usprawiedliwiać to, co robią, ale wręcz chciał robić to z nimi. Czy twórcom 28 pokoi hotelowych się to udaje?

 

Odpowiedź brzmi: tak, ale to niewielki plus, gdyż tak naprawdę jest to jedyna rzecz, która ratuje film przed absolutną katastrofą. Przy czym największym jego grzechem nie jest bycie karykaturalnie kiepskim, lecz nudnym i nijakim. 28 pokoi… lawiruje wokół schematów kina festiwalowego, które znamy już zbyt dobrze, by oglądać go z zaciekawieniem, a najlepsze momenty filmu to te, gdy reżyser odważniej eksperymentuje z formą lub – wręcz przeciwnie – pozwala nam lepiej poznać bohaterów filmu.

Fabuła występuje w postaci szczątkowej i skupia się na losach pary kochanków, którzy spotykają się hotelach w tajemnicy przed swoimi mężami i dziewczynami. On jest pisarzem i dużo podróżuje, ona często wyjeżdża w delegacje, więc gdy tylko są w tym samym mieście wynajmują pokój i spędzają razem jedną lub dwie noce. Film ma pokazywać, jak ich związek rozwija się na przestrzeni dni, miesięcy a nawet lat i… już tutaj zawodzi. Prawdziwy pomysł polegać ma bowiem na tym, że obserwujemy kochanków tylko gdy są razem – nie widzimy ich osobno, ze swoimi rodzinami i w codziennym życiu. Wszystko dzieje się w ciasnych pokojach, co sugeruje z jednej strony bliskość i intymność, a z drugiej odizolowanie. Brzmi to może i fajnie, ale właśnie z tego powodu filmowi brakuje ciągłości. 28 pokoi to 28 scen, z których każda jest odrębna i zamknięta, co odbiera obrazowi naturalność. Zdarzenia, zamiast wywoływać kolejne, nie mają większych konsekwencji – wszystko, co dzieje się w pokoju, zostaje w pokoju. Choć nie jest to do końca prawda, właśnie takie wrażenie ma widz, gdy odwiedza z bohaterami kolejne hotele. W konsekwencji film, który mógł (i może nawet miał) mówić o moralnych rozterkach i sprzecznych pragnieniach, nie mówi praktycznie o niczym.

Obraz jest nakręcony i zmontowany tak poprawnie, że aż wieje nudą i widz w połowie filmu zaczyna żałować, że nie liczył od początku, ile pokoi jeszcze zostało. Bardzo rzadkie są momenty, gdy pojawia się jakiś ciekawszy kadr albo odważniejszy formalnie zabieg. Co ciekawe, gdy już się pojawia, jest on tak dobry, że zaczynasz marzyć, by cały film był nakręcony w ten sposób (scena w przyspieszonym tempie!). Ale nie jest. Swoją drogą zastanawia mnie, jak celne jest naprawdę porównanie z Shame – są momenty, które autentycznie wyglądają jak (o wiele gorszy) remake. Te prześcieradła, te plecy zapełniające cały kadr…

Mimo wszystko seans 28 pokoi… da się przesiedzieć bezboleśnie, co jest zasługą między innymi jego długości (czyli jego krótkości), ale przede wszystkim aktorów. Bezimiennego mężczyznę gra Chris Messina, który ponoć przewinął się gdzieś w Operacji Argo, kobietę zaś – Marin Ireland, którą pamiętam z małej roli w serialu Homeland. W moim męskim, subiektywnym odczuciu to właśnie Ireland poniosła ten film. Gdy zobaczyłem ją w pierwszej scenie pomyślałem tylko, że nie jest zbyt ładna. Pod koniec filmu byłem już zakochany w niej po uszy i spokojnie byłem w stanie uwierzyć, że postać Messiny zrobi wszystko, by z nią być. Nie jestem jednak pewien, czy kobiety będą odczuwać to samo względem niego. Postać kobieca wydaje się być o wiele ciekawiej napisana – w trakcie filmu ryzykuje więcej od niego, przeżywa więcej rozterek, wreszcie więcej cierpi. Najlepsze momenty filmu to właśnie jej momenty, stąd moje rozgoryczenie faktem, że nie mamy okazji obserwować życia kochanków poza hotelami. Cały koncept filmu zamiast dodać coś ciekawego, odbiera nam możliwość prawdziwego zagłębienia się w losy postaci, na których, dzięki pracy aktorów, faktycznie zaczyna nam zależeć.

Jeżeli Matt Ross ma zamiar nakręcić kiedyś 29 pokoi hotelowych powinien porzucić ten sztywny gorset, który bardziej przeszkadza mu, niż pomaga opowiedzieć ciekawą historię i skupić się w pierwszej kolejności na swoich bohaterach, a w drugiej – na swoich aktorach. Zamiast zmuszać się do kręcenia w ciasnych, odseparowanych pokojach, bo przecież taki jest pomysł na film, powinien od czasu do czasu podążyć za postaciami, by nadać ciągłość historii i dać nam (choćby iluzoryczne) poczucie, że mamy do czynienia z dwojgiem żywych ludzi, a nie z dwudziestoma ośmioma scenami filmu. Większość z nas nie potrafi romansować z celuloidową taśmą.

Mateusz Podlasin

28 pokoi hotelowych

reżyseria: Matt Ross

premiera: 8 listopada 2012 (świat), 17 maja 2013 (Polska)

produkcja: USA

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Tagged with:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*