Od komputera do emocji

Röyksopp – The Inevitable End (2014) Dog Triumph

Są zespoły, na dźwięk nazwy których ludzie są w stanie przypomnieć sobie przede wszystkim jedną piosenkę. Simian Mobile Disco – Hustler, MGMT – Electric Feel, The Knife – Pass This On. Röyksopp – What Else Is There?. Jednak od dziś Röyksopp powinni być kojarzeni także – a może przede wszystkim – z płytą, która odbiega od stylistyki tego, co dotąd grali i wyznacza nowy kierunek ich twórczości.

 

The Inevitable End zaskakuje już od pierwszych dźwięków – poszatkowany rytm, twardy bit i mechaniczny, industrialny klimat Skulls kojarzy się raczej z dokonaniami Austry niż wcześniejszymi nagraniami Norwegów. Przepuszczony przez vocoder, zniekształcony głos i mnóstwo elektronicznych wstawek nadają kawałkowi dynamizmu i jednoczesnego niepokoju, czyniąc z niego murowany hit undergroundowych dyskotek. Ta dehumanizacja elektroniki jest zresztą charakterystyczna dla większości utworów z najnowszego albumu Röyksopp, bo choć później pojawia się i zmysłowy wokal Robyn, i ciepły, delikatny śpiew Jamiego Irrepressible, linię melodyczną wyznaczają raczej chłodne, przetwarzane komputerowo dźwięki kojarzące się momentami z debiutanckim krążkiem Davida Lyncha. W nich zresztą norweski duet wypada najciekawiej – łącząc gładkie klawisze z nienaturalnymi, mechanicznymi głosami, z czego powstaje np. zaskakująco melodyjny, ale niepokojący Touch Me.

fot. Stian Andersen

Dużo częściej pojawia się na tym albumie dyskotekowy, elektropopowy rytm (I Had This Thing, Sordid Affair) i bardziej romantyczne, odrobinę balladowe zagrywki z damskimi wokalami (Save Me, Running to the Sea). Ten pierwszy element czyni The Inevitable End płytą doskonałą na imprezę, pełną wyznaczanej przez bit i perkusję energii, ale i chłodnej, trochę ambientowej przestrzeni idealnej na złapanie oddechu. Najlepszym przykładem żywej melodii jest wspomniany I Had This Thing, który, choć zaczyna się nieśmiało, po wejściu komputerowo podrasowanego bitu i przeszkadzajek rozkręca się w pełnoprawny hit, do którego nie sposób nie tańczyć. Röyksopp czerpie garściami z trochę stadionowego popu, ale za pomocą elektroniki przerabia go na wpadające w ucho melodie. Poza nimi jest też miejsce na bardziej rozmarzoną atmosferę spod znaku Man Without Country, którzy udzielają się w Sordid Affair, fundując utwór stojący na pograniczu romantycznych Beach House i bardziej przekornych Wild Beasts. Do estetyki ich ostatniego albumu pasuje też trochę niespiesznie sunące, nostalgiczne You Know I Have to Go, świetnie korespondujące z opartym na pianinie i rozwijającym się w sythpopową balladkę Running to the Sea. Röyksopp potrafią zmieniać emocje jak w kalejdoskopie, od dynamicznych pląsów przechodząc do stonowanych, introwertycznych dźwięków (Coup De Grace), a przy tym zachowują stosowny umiar. Cały album jawi się więc nie tylko jako ogromny krok w rozwoju twórczym, ale też dojrzały popis żonglowania diametralnie od siebie różnymi estetykami.

Choć mnóstwo jest na The Inevitable End przetworzonych komputerowo dźwięków i wokali, co może czynić tę muzykę nieco sztuczną i trudno przystępną, zdecydowana większość utworów ma romantyczny, ludzki pierwiastek. Duża w tym zasługa bonusowego CD, gdzie umieszczone zostały kawałki dużo bardziej stonowane, lżejsze w stosunku do tych z pierwszego krążka. To sprawia, że, jako całość, najnowszy album Norwegów działa na dwóch płaszczyznach i nadaje się do posłuchania w każdych warunkach – na parkiecie, w tramwaju i pod kołdrą.

Monika Pomijan

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.