Ostatki miesięczne: maj

W życiu każdej redakcji zdarza się, że nie wszystko jest zrobione na czas. I u nas, mimo wszelakich starań, nie udało się napisać o niektórych płytach, w momencie gdy były one jeszcze na czasie. Dlatego też postanowiliśmy w każdą pierwszą sobotę miesiąca publikować skrócone recenzje płyt, o których chcieliśmy napisać, lecz nie zdążyliśmy tego zrobić miesiąc/kilka tygodni wcześniej.

 

The Knife – Shaking The Habitual (2013) Rabid

Shaking The Habitual jest dokładnie tym, do czego duet przygotowywał swoich zwolenników przez lata. To z jednej strony częściowy powrót quasi-tanecznej elektroniki, w wymiarze zgoła odmiennym, bo bardziej rozedrganym, posamplowanym, mało przystępnym. Z drugiej zaś zdehumanizowane przestrzenie jakby wyjęte z głowy szaleńca i odpowiednio zmodyfikowane elektronicznie. Singlowe A Tooth for an Eye z nieśmiertelną marimbą i połamanym rytmem to najbardziej klasyczne The Knife z tym zestawieniu. To jednak tyle, bo wycieczka, którą fundują Szwedzi, prowadzi poza granice wszelkiej wyobraźni, do miejsc podszytych perwersyjną przyjemnością i mistycznym zatraceniem się w amoku. Te łatwiejsze w odbiorze, stosunkowo bardziej melodyjne kompozycje jak galopujące Full Of Fire z załamującym się ciągle rytmem czy przypominające brzmieniem szamańskie rytuały Without You My Life Would Be Boring, to lepsza część płyty. Jej koncept rozmywa się zaś w niepotrzebnym, ambientowym Old Dreams Waiting to Be Realized czy piskliwym, irytującym Fracking Fluid Injection. Jedno można o tej płycie powiedzieć. Czerpiąc z własnych rozwiązań formalnych sprzed dekady i łącząc je z nowymi poszukiwaniami The Knife stworzyli dzieło wymykające się wszelkim kategoriom, jednocześnie fascynujące i odpychające, jednak przede wszystkim takie, które może być czytane na wiele sposobów.

Monika Pomijan

CocoRosie – Tales of Grass Window (2013) City Slang

Pamiętacie przejmujące dzięki wokalnemu wkładowi Antony’ego Hegarty’iego Beautifol Boyz z albumu Noah’s Ark? Ten featuring powraca tutaj w Tears for Animals i ponownie ma silny wpływ na charakter całego albumu. Z płyty na płytę siostry Casady coraz odważniej czerpały z dorobku muzycznego, na którym się wychowały – czy to był gospel, nowojorska bohema, kabaretowo-cyrkowe naleciałości, czy nawet szamanizm. Tales of Grass Window to płyta bardzo dojrzała, świadomie choć ostrożnie czerpiąca ze współczesnych nowinek technologicznych, ale wciąż oparta przede wszystkim na bezpretensjonalnej prostocie. Wykorzystanie elektronicznych efektów pogłębiło jej melodykę i nadało rytm, wydźwigując styl sióstr z nagrywania naturalnych dźwięków w konwencji lo-fi, co mogło trochę męczyć. Zmieniły się też wokale. W perspektywie dziecięcego tonu głosów sióstr z debiutu, tutaj stają się filarem budowania tajemniczego klimatu całej płyty, a ich osobliwa barwa fascynuje. Zagorzałych fanów CocoRosie, przyzwyczajonych do domowego, niełatwego w odbiorze brzmienia duetu, razić mogą stosunkowo ugładzone melodie z Tales…. Słychać tu jednak echo domowych pieleszy i tajemniczości z poprzednich krążków, szczególnie na Broken Chariot czy Harmless Monster. Choć krople deszczu zastąpiły beaty (End of Time, Gravediggress), a siostry zwróciły się bardziej w stronę psychodeliki, trudno odmówić im konsekwencji w budowaniu własnego, rozpoznawalnego wszędzie stylu. Nowa płyta to świetna propozycja dla osób, które nie znają bądź nie przepadają za poprzednimi dokonaniami CocoRosie.

Monika Pomijan

Savages – Silence Yourself (2013) Pop Noire Records

Niesamowity debiut. Skład czterech pań o niespożytej energii gniewnych chłopców w Polsce po raz pierwszy pojawił się przy okazji zeszłorocznego OFF Festivalu i został przyjęty bardzo ciepło. Wokal Jehnny Beth jest niezwykle mocny i klimatyczny, doskonale pasuje do zacierającej granice dekad muzyki. Wpływów z przełomu lat 70. i 80. nie sposób nazwać inspiracją – to dynamiczna mieszanka wszystkiego, co kochamy w post-punku i brytyjskiej nowej fali, wehikuł czasu i żywy obraz tamtego dziesięciolecia. Dziewczyny bez konwenansów bawią się sprzężeniami, basem na wzór Petera Hooka i nerwową, suchą perkusją, dołączając do tego czasem transowe, nieco etniczne elementy – wszystko to doskonale wyprodukowane. Jest ciężko i intensywnie, dla zakochanych w tych klimatach wręcz przejmująco, bowiem w końcu mają szansę na najprawdziwszym koncercie odczuć to, co czułoby się podczas występów Joy Division, Siouxsie and The Banshees czy nawet Fields of the Nephilim. Bez oszustw, bez udawania, bez oddawania hołdów, bo dziewczyny są tu i teraz i jeszcze długo będą młode.

Natalia Jankowska

Primal Scream – More Light (2013) Ignition Records

Na swoją dziesiątą płytę Szkoci kazali czekać fanom pięć lat, bowiem mniej więcej od czasu wydania Beautiful Future w 2008 roku Bobby Gillespie zaczął wychodzić na prostą. Frontman zapowiedział More Light jako pogłębienie ich niegdysiejszego stylu – narkotyczne brzmienie miało być łatwiejsze do uzyskania na trzeźwo. Nowym krążkiem Brytyjczycy pokazują ogrom swojej klasy, kiedy lata doświadczenia i warsztat z powodzeniem zastępują pójście na łatwiznę. Otrzymujemy hipnotyczne rytmy z naleciałościami klubowymi, mięsiste riffy i przede wszystkim zatraconego w śpiewie wokalistę. Wszystko to z dozą humoru w pastiszowym Goodbye Johnny i odrobiną porąbanego, innowacyjnego podejścia z odtwarzaniem gitar wstecz w Invisible City. Na klasycznie rockowe brzmienie albumu wpływ miał brytyjski producent David Holmes, dzięki któremu psychodelika w stylu lat 60. robi ogromne wrażenie, nie tracąc przy tym na lekkości. A Primal Scream po sinusoidzie od roku 2000 znów są na czysto.

Natalia Jankowska

UL/KR – Ament (2013) Thin Man Records

Ich debiut sprawił, że nasze serca zabiły mocniej. Płyta została okrzyknięta przez wielu najlepszym albumem roku 2012. Mnogość świetnych utworów przy tak krótki czasie odtwarzania, sprawiła że UL/KR było wszędzie. Powodów aby czekać na ich kolejne twory było wiele. W końcu nadszedł dzień, kiedy Ament ujrzał światło dzienne. Jak zwykle około dwudziestukilku minut grania. Jest podobna atmosfera, rozmyte melodie, rozmarzony głos Błażeja Króla. Utwory instrumentalne przeplatają się z tymi z wokalem. Słyszymy dużo syntezatorów, gitary łączą się z elektroniką. Wydawałoby się że znajdujemy tutaj wszystko to z czego słynie gorzowski duet. Niestety w ogólnym rozrachunku płyta jest nijaka. Poza trzema świetnymi utworami (Anonim, Menu i Dzieci, który swoją treścią przekazuje tak wiele w tak skromny sposób), reszta pozbawiona jest charakteru. Nic nie zapada w pamięć. Pomimo to cieszę się, że UL/KR znów zagości na licznych scenach festiwalowych podczas wakacji. Może na żywo przekonam się bardziej do tej płyty.

PS. Ament Amentem, ale Błażej i Maurycy pozostają najsympatyczniejszym duetem ever!  

Łukasz Joszko

Bibio – Silver Wilkinson (2013) WARP

Stephen Wilkinson powrócił do przeszłości. Fanów lo-fi być może taka wiadomość ucieszy, ale tych, którzy mieli nadzieje na coś jeszcze lepszego od Ambivalence Avenue czy Mind Bokeh, czeka  srogie rozczarowanie. Nowa płyta nie wnosi bowiem niczego nowego do twórczości Bibio i jest powrotem do muzycznych korzeni Brytyjczyka. W jego utworach znów dominować zaczęła dwustrunowa gitara oraz dźwięki nagrywane z otoczenia. Tym razem Wilkinson postanowił czerpać inspiracje ze swojego ogrodu. Zachwycony pogodą za oknem stwierdził, że studio nie może go ograniczać. Na płycie usłyszymy więc dźwięki deszczu, stukania w konewkę i sekatora. Są to brzmienia niezwykle przyjemne, lecz nie przekładające się na jakość płyty. Dobrych numerów wyciągnąć z niego można zaledwie kilka. Promujący płytę À tout à l’heure, Look at Orion! oraz najlepszy na całej płycie, całkowicie łamiący jej stylistykę You. Reszta utworów tworzy jedną, niepodzielną i lekko usypiającą całość. Pozycja idealna na leniwe, letnie dni w ogrodzie. Nic więcej.

Daniel Kiełbasa

Terror – Live By The Code (2013) Victory Records

Po zmianie wytwórni i trasie koncertowej klasyk hardcore’a, Terror, zaatakował armatą o nazwie „Live By The Code”. Działo ma kaliber 11 tracków, a każdy z nich, gdy trafia – miażdży. Jeśli jaracie się taką muzą i zapoznacie się z materiałem – zaczniecie tłumaczyć wszystkim, że to nie 10 przykazań, ale 11 utworów terror określa kodeks, jakim ludzie powinni się kierować w życiu. Nie dość, że nie ma tu biadolenia o sile wyższej, a jest o tej drzemiącej w każdym z nas, to dostajemy wykładniki szacunku, tolerancji, szczerości i porozumienia ponad podziałami (stare dobre czasy KNŻ :)). Nie ma tu ani jednego utworu, który zaczyna się tak, jak kończy, mimo że większość z nich nie przekracza 2’50”. Od bujającego w średni tempie „The Most High”, aż po ostatni na płycie, zapierdzielający jak chmara wściekłej szarańczy, Terror serwuje definiujące hardcore riffy, fantastyczne refreny podbijane chórkami, czasem znajdzie się fajna solówka, czasem miażdżący breakdown. Nic nowego, panowie nie są Kolumbami (byli nimi, gdy wydawali swój debiut 10 lat temu, poszerzając stare lądy gatunku), ale skomponowane to jest wręcz idealnie. Dzięki płytom pokroju „Live By The Code”, stary ramol taki jak ja wbija się w sam środek moshpitu, nie myśląc o wątłych i zdezelowanych koncertami kończynach.

Tomasz Spiegolski

Stone Sour – House Of Gold And Bones” (2013) Roadrunner Records

Druga część House Of Gold And Bones” doskonale kontynuuje historię zawartą w pierwszym odcinku opowieści. Zaznaczyć trzeba, że Stone Sour wydali płytę, która jest albumem konceptualnym zdecydowanie bardziej niż poprzedniczka. Po pierwsze, więcej tu zmian aranżacyjnych w każdym utworze. Akustyczne gitary i delikatny śpiew Corey’a Taylora przeplatają się z mocnymi i szybkimi riffami i growlem. Synkopowa perkusja i groove basu nie boją sie niemal deathowej naparzanki, miło atakując słuchacza. Do tego wszystkiego historia, której treść niezbyt jasna była w pierwszej części, tu wydaje się być znacznie bardziej klarowna. Teksty ciekawie opisują zagubienie podmiotu lirycznego w prawdziwym świecie, do którego bohater nie pasuje i pasować specjalnie nie chce. Wokalista bawi się swoim wokalem dokładnie tak jak w utworze Inhale” z debiutu grupy, co jasno pokazuje, kiedy wychodzi z bohatera to drugie ja”. Brawa należą się Stone’kom za to, że mimo zagęszczenia kompozycji pod względem aranżacyjnym, nie tracą one nic z przewrotnej przebojowości i piosenkowego polotu. Możemy nucić sobie refreny postgrunge’owych melodii, ale i machać czerepem przy metalowej jatce. Gdy po pierwszej części House Of Gold And Bones” zastanawiałem się, czy robienie koncept albumów wychodzi grupie na dobre, tak przy drugiej jestem pewien, że panowie wiedzą na czym to polega. Album dobry w całości, ale i w kawałkach na imprezę przy puszczaniu muzy z youtube’a. Ale w końcu producentem jest David Bottrill, więc cytując Wilq’a z komiksu Minkiewiczów, to dziwnym nie jest.

Tomasz Spiegolski

Laura Mvula – „Sing To The Moon” (2013) Sony Music Polska

Takiego albumu dawno nie było. „Sing To The Moon” znakomicie wypełnia muzyczny potencjał czarnoskórej Brytyjki i wspaniale bawi się przy tym nastrojami, opowiadając zarówno historie wesołe („Green Garden”), jak i nostalgiczne („Can’t Live The World”). Pod względem muzycznym debiut Laury Mvuli to album pełen „brudnych” interwałów, intrygujących harmonii i bogatych aranży. Instrumentalny podkład świetnie koresponduje z nieco ostrym głosem wokalistki, eksponując jego zalety, ale także odpowiednio łagodząc. Dzięki temu emocjonalny ładunek „Sing To The Moon” wybrzmiewa jeszcze lepiej. Wydaje się, jakby każdym kawałkiem Laura chciała opowiedzieć słuchaczom co innego. Mamy tu więc całe spektrum uczuć — od gniewnego „That’s Alright” i radośnie energetycznego, marszowego „Flying Without You” aż po rozmarzone „Sing To The Moon” i pełne goryczy „Father, Father”. Laura Mvula swoim debiutem pokazuje, że ma na soulowej scenie bardzo wiele do powiedzenia właśnie dlatego, że po mistrzowsku przekazuje emocje. Dokładnie tak powinien brzmieć być może najlepszy soulowy album tego roku.

Marta Kubacka

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.