Pan Gombrowicz byłby zadowolony

Zerova – Gombrowicz (2014) Antena Krzyku

Wojaczek, Bursa, Gajcy, Wyspiański, Tuwim, Lem, Szymborska oraz Stachura to nie tylko nazwiska wyjątkowo zasłużonych dla polskiej kultury poetów i pisarzy, ale również osobistości, które inspirują kolejne pokolenia. I nie chodzi wyłącznie o literaturę. Wyżej wymienieni są natchnieniem dla wielu młodych muzyków. W marcu tego roku do tej licznej grupy dołączył Witold Gombrowicz, którego postanowili odświeżyć muzycy Zerovej.

 

Pochodząca z Białegostoku formacja wróciła do nagrywania po bardzo długiej przerwie. Ostatni studyjny krążek – Hello Tree –  ukazał się bowiem aż 6 lat temu. Wyczekiwanie na nowy album trochę trwało, ale warto było być cierpliwym, gdyż Zerova zapowiadała istną rewolucję, z którą związany miał być oczywiście nikt inny jak Gombrowicz.

O tym, jak dużo pracy trio włożyło w nową płytę, niech świadczy fakt, że pierwsze nagrania rozpoczęły się już w kwietniu 2012 roku. Od tego czasu Zerova wczytywała się jeszcze dokładniej w teksty pisarza i pracowała nad nowym brzmieniem, diametralnie różniącym się od tego, co można było usłyszeć na poprzednich produkcjach. Muzycy zdobyli także oficjalną zgodę spadkobierczyni po twórcy – Ricie Gombrowicz. Koncertową premierę utwory z Gombrowicza miały już we wrześniu 2012 roku, kiedy to grupa wystąpiła na Up To Date Festival. Na album trzeba było czekać jeszcze grubo ponad rok, jednak każdy, kto słyszał nowy krążek Zerovej wie, że był tego wart.

Nowa płyta formacji okazała się bowiem dużo bardziej przystępna i różnorodna od poprzednich. Zerova postanowiła odejść od dominującego do tej pory minimalizmu na rzecz dużo bogatszej palety brzmień. Dzięki temu na Gombrowiczu usłyszymy zarówno sporą dawkę syntezatorów i elektronicznych efektów, jak i gitarę, perkusję oraz akordeon.

Płyta zaczyna się Słuchowiskiem, w którym zdehumanizowany wokal cytuje fragment Diariusza z Rio Parana. Nieco psychodeliczny początek może wprowadzić słuchacza w konfuzję, jednak dalej jest już zdecydowanie lżej. Zarówno rockowy i niezwykle melodyjny utwór Brzydkie kobiety, jak i oparty na pulsujących syntezatorach Józiu z gościnnym udziałem Noela Hogana, są świetnym otwarciem albumu. Dalej znajdziemy electropopowe smaczki w Formie oraz Nie bój się, gdzie elektronikę przecinają gitarowe riffy. Grupa zadbała także o bardziej chilloutowe, a nawet dreampopowe numery takie jak Port i Gęba. Interesująco wypada również nawiązujący do poprzednich płyt Ten kto oraz niezwykle zabawne Ciało.

Warto zauważyć także, że Zerova po raz pierwszy postawiła na język polski i od razu rzuciła się na głęboką wodę związaną z interpretacją dorobku Gombrowicza. W tym przypadku trudno analizować same teksty. Formacja wycięła z twórczości pisarza niewielkie skrawki, po czym umiejętnie przeniosła je na pole muzyczne. Pojedyncze zdania, powtarzane niczym mantra, najlepsze wrażenie robią w Panie Witoldzie, Józiu oraz wspomnianym wyżej Ciele.

Rewolucja stylistyczna Zerovej została przeprowadzona w najlepszym momencie działalności zespołu. Gombrowicz wydany na niemal ascetycznych podkładach mógłby zostawić pewien niedosyt. Zdecydowanie większa różnorodność gatunkowa oraz zabawa słowem sprawiają jednak, że albumu słucha się niezwykle przyjemnie, a sam pisarz zapewne nie wyraziłby żadnych obiekcji.

5kilo kultury jest patronem medialnym wydawnictwa.

Daniel Kiełbasa

Treść z archiwalnej wersji strony, stworzona przez autora bloga.

fvi/A9OG74KA5OE/0.jpg

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.