Patrz, aż zrozumiesz

Jak lampę, kataraktę, gwiazdę / złudzenie, kroplę rosy, pęcherzyk powietrza / sen, chmurę, błysk pioruna / postrzegaj w ten sposób wszystkie stworzone rzeczy. – taki poemat zamyka Wędrówkę na Zachód Tsai Ming-lianga. Zwięzłe podsumowanie myśli przewodniej – zresztą nie tylko tego filmu tajwańskiego reżysera – możliwe do wyrażenia w prostej maksymie: patrz, aż zrozumiesz. Buńczuczność starego mistrza? Raczej odwrotnie – skromność, nierozerwalnie związana ze świadomością, że, by zrozumieć, najpierw trzeba się bardzo dużo napatrzeć. Oraz równie dużo pomilczeć.

 

Nie da się przy tym ukryć, że jest w tym niespełna godzinnym dziele, dużo bardziej galeryjnym i performerskim niż wszystkie poprzednie projekty Tsaia, coś z edukacyjnego posłannictwa. W końcu grany przez Lee Kang-shenga (który wystąpił we wszystkich pełnometrażówkach Tajwańczyka) buddyjski mnich nie udaje się w tytułową wędrówkę po to, by czegoś się od mieszkańców Zachodu nauczyć. Oni w ogóle go nie obchodzą; ulice słonecznej Marsylii stanowią jedynie tło dla jego pochodu. A jest to pochód szczególny – pomarańczowa szata przemieszcza się w tempie najwolniejszym z możliwych. Gdyby aktor spróbował iść choć odrobinę wolniej, zatrzymałby się. Niezwykła koncentracja potrzebna do tak męczącego, żółwiego ruchu powoduje, że mnich nie zwraca najmniejszej uwagi na świat zewnętrzny. Czy będą to mijający go w pośpiechu przechodnie, dla których zdaje się być ledwie kolejnym elementem barwnego miejskiego krajobrazu, czy wykazująca żywe zainteresowanie na poły komiczną figurą (subtelnie, tak właśnie po Tsaiowemu zabawne ujęcie, w którym bohater blokuje schody w metrze) kilkuletnia dziewczynka, wędrowiec nie zaszczyca ich nawet spojrzeniem. Jego wędrówka jest tyleż fizyczna i przestrzennie konkretna, co umysłowa i całkowicie wyzuta z tak przyziemnych ograniczeń. Dlatego trudno tu mówić o nachalnym nawoływaniu do przystanięcia na chwilę w typowo zachodnim pędzie – Zachód jest tu o tyle przypadkowy (i taki też jest jego pośpiech i gwar), że w kosmicznym schemacie rzeczy, jaki ogolony na łyso bohater zdaje się w swoim ćwiczeniu namacalnie odkrywać, lokalizacja jest całkowicie nieistotna.

wędrówka na zachód

Nie oznacza to jednak, że zachęty do konfrontacji z innością, skierowanej przede wszystkim właśnie do widza zachodniego, nie ma tu w ogóle. Pewną wyższość Wschodu nad Zachodem można wyczytać u Tsaia w ustawieniu wyśmienitego aktora, Francuza Denisa Lavanta (ulubieńca Leosa Caraxa – kolejnego kinowego oryginała) w roli naśladowcy, który od pewnego momentu podąża za mnichem krok w krok. Wybór Lavanta nie był przypadkowy – wystarczy przypomnieć sobie jego wygibasy w Holy Motors rzeczonego Caraxa, by zrozumieć, jak fantastycznie sprawnym jest artystą. I ta sprawność okazuje się niezbędna, by, poniekąd paradoksalnie, dotrzymać kroku Tajwańczykowi. Z drugiej strony – pokazuje, że ścieżka medytacji jest przed Zachodem jak najbardziej otwarta, wystarczy tylko mocno się skoncentrować. Dlatego jest to tylko życzliwe zaproszenie, a nie próba wykazania czyjejkolwiek wyższości.

Zaproszenie do koncentracji to stały motyw w twórczości Tsaia, wypełnionej ciszą i przeciągającymi się momentami życiowej pustki. I tak jak nigdy, w żadnym jego poprzednim filmie, nie było ono kompletne bez wielkiej uwagi poświęconej detalom pomieszczeń, drobnym przedmiotom i gestom, które wypełniały imponującej długości ujęcia, tak tutaj konieczne domknięcie idei przewodniej zapewniają marsylskie chodniki, zaułki i port. Dla wędrowcy przestrzeń ta może pozostawać fizykalnym przypadkiem, jednak dla twórcy takiego jak Tsai, badającego wzajemne zależności miejsc i czasu, takowym z pewnością nie jest. Samo obserwowanie kroczącego mężczyzny to bowiem jedno. Czymś więcej jest obserwowanie go, niezmiennego, w kontekście gwarnej zmienności. Nagle okazuje się, że punktu tak wyrazistego i jaskrawego można zwyczajnie nie dostrzec, jeśli będzie on schowany w tłumie albo za lustrem. Albo przeciwnie – w porównaniu ze sklepowymi manekinami pomarańczowa plama wydaje się wręcz pędzić, mimo że ani o jotę nie przyspieszyła. Całości dopełniają lustrzane odbicia i załamania perspektywy, które odsłaniają wciąż nowe kąty widzenia tego samego zjawiska. Tym samym Tsai nie tylko patrzy na swojego bohatera zgodnie z literą cytowanego poematu, ale też nabudowuje drugi poziom obserwacji. Odnosząc się do bogatej tradycji slow cinema, której sam jest jednym z najbardziej charakterystycznych reprezentantów, używa reguł kinowej gry do analizy jej samej. Jak przedstawić upływ czasu w kinie? Jak opowiadać o różnorodności perspektyw za pomocą perspektyw dostępnych kamerze? Wreszcie – ile może/musi pozostać ukryte, by to, co najważniejsze, mogło samotnie pozostać na pierwszym planie?

Oczywiście, koniec końców, pozostajemy z pytaniem: co jest najważniejsze, na co trzeba patrzeć, aż się to zrozumie? Być może tylko na tę drogę, na proces chodzenia, na konfrontację sposobów przemieszczania się (tak fizycznego, jak i mentalnego czy emocjonalnego), nawet bez próby wyłonienia zwycięzcy. A może wreszcie nie ma na to pytanie dobrej odpowiedzi, a liczy się sama przyjemność medytacji. Wypowiedziane na głos brzmi to jak paskudny, powtarzany niezliczoną liczbę razy banał. Całe mistrzostwo Tsaia zawiera się w tym, że nie musi tego wypowiadać – on to pokazuje. I tej różnicy nie da się zlekceważyć.

5kilo kultury jest patronem medialnym filmu.

Robert Mróz

Wędrówka na Zachód

reżyseria: Tsai Ming-liang

premiera: 9 lutego 2014 (świat), 24 kwietnia 2015 (Polska)

produkcja: Francja, Tajwan

Tekst pozyskany z archiwalnej wersji strony. Napisany przez autora bloga.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.